"Dahmer – Potwór" jest prawdziwy do szpiku kości. Ledwo znalazłem różnice między serialem a faktami

Bartosz Godziński
26 września 2022, 20:06 • 1 minuta czytania
"Dahmer – Potwór: Historia Jeffreya Dahmera" to nowy miniserial Netfliksa, który jest tak przerażający, że aż nie chce wierzyć, że takie rzeczy miały miejsce. Niestety nawet te najbardziej chore sceny są oparte na faktach, a niektóre cytaty wzięto wręcz 1:1. Fikcyjnych momentów jest bardzo mało, co jeszcze bardziej wzmacnia cały przekaz.
Niektóre sceny w serialu "Dahmer – Potwór: Historia Jeffreya Dahmera" są przeniesione 1:1. Kadry z serialu Netfliksa i rozprawy sądowej (Court TV / YouTube

Historia Jeffreya Dahmera jest tak dobrze udokumentowana i brzydko mówiąc: mocna, że nie trzeba jej dodatkowo podkręcać. Przestępcy w filmach i serialach są jednak nieraz gloryfikowani, pokazywani niczym superbohaterowie lub przedstawieni w takim świetle, że chce im się kibicować. Nawet w innych produkcjach Netfliksa, np. "Jak pokochałam gangstera" czy "Clark".

Sam zresztą "kanibal z Milwaukee", jak mówiono o Dahmerze, stał się ikoną popkultury, która często pojawiała się na małym i dużym ekranie, a także w piosenkach czy komiksach (tak, ten wątek z serialu to prawda). Wielu fanów takich historii nazywa go "ulubionym seryjnym mordercą". Tak jakby wszyscy wyparli ze swojej świadomości, że zamordował 17 osób.

Nowy serial Netfliksa nie robi z niego gwiazdy lub biednej ofiary systemu, a próbuje obiektywnie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego porywał, mordował, torturował, a czasem też zjadał i kolekcjonował szczątki chłopców i mężczyzn. I choć podaje wiele tropów, to nie ma jednego wytłumaczenia – tego nie da się logicznie wyjaśnić, ale tak blisko prawdy chyba nie byliśmy nigdy.

Serial Netfliksa o Jeffreyu Dahmerze chciał oddał hołd ofiarom i zrobił to aż za dobrze.

"Dahmer – Potwór: Historia Jeffreya Dahmera" pokazuje również to, co rzadko jest poruszane w dokumentach czy serialach true crime: kim były ofiary mordercy i ich rodziny. Zwykle w centrum uwagi jest sam psychopata, a zabici są pomijani, całkiem anonimowi lub wymienieni jako suche liczby na jego koncie.

Twórcy podeszli do tematu z ogromnym szacunkiem, bo np. aż tak bardzo nie epatowali scenami zbrodni, które przecież mogli zrealizować w stylu "Piły" czy innych horrorów. Choć niektóre filmy grozy nie są nawet w połowie tak brutalne jak rzeczywistość.

Serial Netfliksa pokazuje też jak geje i osoby o innym kolorze skóry niż biała byli traktowani w tamtym czasie. I to nie jest żadna "polityczna poprawność". Niektórzy przecież są święcie przekonani, że problemu homofobii i rasizmu w Stanach nie ma. W serialu wszelkie protesty społeczne, znieczulica czy skandaliczne zachowania policji nie są wyssane z palca (do tego jeszcze przejdziemy).

Samych zabójstw widzimy mało, o większości tylko słyszymy lub pośrednio w nich uczestniczymy (np. będąc w mieszkaniu sąsiadki Dahmera), a fabuła skupia się bardziej na wydarzeniach je poprzedzających. Co jest mądrym zabiegiem, który zupełnie nie "niszczy" napięcia, a wręcz przeciwnie.

Szósty odcinek jest w całości poświęcony niesłyszącemu Tony'emu Hughesowi (Dahmer zeznawał, że poznał go w noc zabójstwa, ale przyjaciel zamordowanego zeznał, że znali się przynajmniej rok), który był równolatkiem swojego oprawcy i trudno się po takim seansie pozbierać lub żywić jakąkolwiek sympatię do bezwzględnego psychopaty.

Jedne z najbardziej poruszających momentów serialu toczy się na sali sądowej. Twórcy mieli dostęp do nagrań (są też na YouTube), więc mogli je pieczołowicie przenieść na ekran. Przemowy rodzin ofiar są wypowiadane przez aktorów słowo w słowo – wraz z gestykulacją. Są tak realistyczne, że bliscy przeżyli traumę na nowo. Napisał o tym na Twitterze Eric Perry, członek rodziny Errola Lindseya.

Perry napisał, że rodziny nie pytano o zgodę na nakręcenie serialu (teoretycznie nie musieli, bo wszystko jest dostępnie publicznie). Podejrzewam, że Ryan Murphy i jego ekipa nie chcieli na nowo otwierać ran, ale no, mogli ich chociaż poinformować. Ich celem, podobnie jak Glendy Cleveland (o której też za chwilę), było sprawienie, że ofiary i bliscy nie zostaną zapomniani i pominięci, jak to było w przeszłości. I podobnie jak ojciec Dahmera, Lionel, który napisał o tym książkę, by rodzice wiedzieli, jakie błędy on popełnił przy wychowywaniu dziecka.

Dyskusje o sensie kręceniach seriali o seryjnych mordercach nie mają końca, a produkcji o Dahmerze powstało już bez liku. Czy trzeba było tworzyć kolejny? Myślę, że tak, bo w końcu pokazuje całą historię z różnych perspektyw, z kontekstem społeczno-politycznym, a po wszystkim nie chce nam się wieszać plakatu "kanibala z Milwaukee" na ścianie. Choć takie osoby zawsze się znajdą. Żywię jednak nadzieję, że dla większości będzie jednak przestrogą.

Żadne chore zbrodnie Dahmera nie zostały zmyślone w serialu. Z jednym wyjątkiem.

Jeżeli kiedykolwiek czytaliśmy o odrażających czynach Dahmera, to oglądając serial, będziemy mieć deja vu. Niemalże wszystko się zgadza – zarówno narzędzia zbrodni, jak i okoliczności czy teksty, które mówił. Pierwszy odcinek, w którym poznajemy Tracy'go Edwarda, który uciekł i wezwał policję, przez co seryjny morderca w końcu wpadł, niemalże scena po scenie pokrywa się z relacją cudem ocalałego. Serio puszczał mu "Egzorcystę 3" na kasecie, a na polaroidach znalezionych przez policję odtworzono te same makabryczne pozy i zwłoki.

I tak, Dahmer naprawdę wiercił dziurę w czaszkach ofiar i wlewał w nią kwas solny, by przeobrazić ich w "zombie", w mieszkaniu trzymał trofea w postaci szkieletów, głowę w lodówce, serca w zamrażarce, a także zjadał mięso ofiar (przyznał się do usmażenia bicepsa). Jest chyba tylko jej moment dotyczący jego "hobby", który został lekko zmieniony: krew, którą ukradł z centrum krwiodawstwa, pił z fiolki, nie worka. Spróbował ją z ciekawości, ale wypluł, bo mu jednak nie smakowała.

I to w zasadzie jedyne odstępstwo dotyczące tego aspektu jego koszmarnej działalności. I choć uważam, że Evan Peters był za ładny do tej roli, a część ujęć z jego nagą klatą można było sobie darować, to aktor zagrał bezbłędnie i zgarnie mnóstwo nagród. Sceny, w których był pijany czy beznamiętne się wypowiadał, odwzorował bardzo przekonująco i autentycznie (możecie sobie porównać z wywiadem z prawdziwym mordercą lub innym serialem Netfliksa: "Rozmowy z mordercą: Taśmy Jeffreya Dahmera", tym razem dokumentalnym).

Glenda Cleveland nie była sąsiadką Dahmera. Rozdawał jednak kanapki – teraz wszyscy myślą, że z ludzkim mięsem.

Największa zmiana w całym serialu dotyczyła postaci Glendy Cleveland (Niecy Nash), która wielokrotnie dzwoniła na 911, a nawet do FBI. Zaczęła obserwować Dahmera po tym, jak jej córka spotkała na ulicy ranne i otumanione dziecko (w rzeczywistości w jego mózgu już płynął kwas).

Poinformowała policjantów, ale ci olali sprawę, bo uważali, że to była kłótnia naćpanych kochanków. I oddali w ręce mordercy 14-letniego Koneraka Sinthasomphone'a (Dahmer przekonał funkcjonariuszy, że jest o 5 lat starszy), który zaraz potem został zamordowany i poćwiartowany. Wystarczyłoby, by sprawdzili wiek chłopca, a także to, że jego "partner" był już wcześniej aresztowany m.in. odurzenie i molestowanie 13-latka. Uratowaliby by i Koneraka, i kolejnych czterech mężczyzn.

Twórcy serialu połączyli 2 postacie: Glendy Cleveland i prawdziwej sąsiadki Dahmera – Pameli Bass. To ona wspominała, że morderca robił kanapki innym mieszkańcom budynku Oxford Apartments. Glenda nie widziała ich na oczy.

W dokumencie z 2013 r. Bass przyznała: "Prawdopodobnie zjadłam czyjąś część ciała". Nie mamy jednak stuprocentowej pewności, czy to było ludzkie mięso. Prawdą jest za to to, że sąsiedzi skarżyli się na smród dochodzący z mieszkania Dahmera, a budynek, w którym popełnił większość zbrodni, wyburzono. Obecnie teren jest otoczony płotem i nic tam nie wybudowano.

Policjanci, którzy oddali Koneraka Sinthasomphone w ręce policji nie dostali nagród.

Wracając do wątku policji i Koneraka Sinthasomphone'a, nie mogłem znaleźć potwierdzenia, czy policjanci dzwonili do ojca chłopca z pogróżkami, jak to było pokazane w serialu. Wcale bym się jednak nie zdziwił, bo po wspomnianej interwencji mówili sobie homofobiczne żarciki z sytuacji. "Dziesięć-cztery. Zajmie to minutę, mój partner musi się odwszawić na komendzie" - powiedział przez radio John Balcerzak, po tym jak wyszedł z mieszkania Dahmera.

On i dwaj inni policjanci zostali zawieszeni, a Balcerzak i Joseph T. Gabrish, którzy najbardziej nawalili tamtej nocy, zostali zwolnieni, kiedy sprawa morderstw wyszła na jaw. W 1994 r. przywrócono ich do służby z zaległym wynagrodzeniem, a John Balcerzak został... szefem związkowców policji w Milwaukee. Żaden z funkcjonariuszy nie dostał jednak odznaczeń za bycie "policjantem roku", jak to pokazano w serialu. Z kolei Glenda Cleveland owszem, została uhonorowana przez urzędników za bycie wzorową obywatelką.

Takich drobnych zmian jest pewnie jeszcze kilka i dokonano ich, by scenariusz miał ręce i nogi – podejrzewam, że zeznania świadków, rodzin zamordowanych i samego Dahmera też mogły się różnić od siebie. Jednak zdecydowana większość wątków i scen, które mogą wydawać się nierealne, wydarzyła się naprawdę. Niestety.