Krzysztof Hołowczyc miał groźny wypadek. Auto dachowało i nie nadaje się do jazdy

Agnieszka Miastowska
19 października 2022, 11:38 • 1 minuta czytania
Auto Krzysztofa Hołowczyca dachowało na drodze w lesie w okolicy Oleszna. Co ciekawe, ze służb pierwszy na miejsce zdarzenia przyjechał patrol Żandarmerii Wojskowej, ponieważ miejsce wypadku znajduje się pod jurysdykcją wojska. Do zdarzenia doszło w godzinach porannych.
Krzysztof Hołowczyc miał groźny wypadek. Auto dachowało Fot. Twitter@MariuszGierszew

Więcej ciekawych artykułów znajdziesz na stronie głównej naTemat.pl


Krzysztof Hołowczyc miał wypadek — auto dachowało

Do wypadku doszło 16 października w niedzielę nad ranem. Około 8 rano jeden z kierowców zauważył zniszczony pojazd marki BMW, który prawdopodobnie wcześniej dachował — przekazał jeden z lokalnych portali. Na początku nie wiadomo było, kto kierował wcześniej autem.

Jak potwierdziło Radio Zet, wypadek wydarzył się na drodze w lesie w okolicy Oleszna w województwie zachodniopomorskim. W okolicy odbywał się Rajd Baja 22 Drawsko Pomorskie. Właśnie w nim wystartował Krzysztof Hołowczyc. O zdarzeniu poinformował anonimowy kierowca, który zadzwonił na numer 112. – W zdarzeniu uczestniczył jedynie kierowca, nie stanowiło ono zagrożenia dla innych uczestników ruchu drogowego. Zastosowano więc artykuł 41 Kodeksu Wykroczeń, który mówi o środkach oddziaływania wychowawczego. Kierowca został pouczony – powiedział Radiu ZET kapitan Tomasz Zygmunt z Oddziału Żandarmerii Wojskowej w Szczecinie.

Policja, która na miejsce przybyła po żandarmerii zatrzymała dowód rejestracyjny pojazdu. Auto nie nadawało się do dalszej jazdy.

Hołowczyc o życiu bez prawa jazdy

Przypomnijmy, że Krzysztof Hołowczyc stracił prawo jazdy za zbyt szybką jazdę. Paradoksalnie kierowca tłumaczył się tym, że spieszy się na konferencje na temat bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Hołowczyc jechał 113 km/h w terenie zabudowanym, gdzie obowiązywało ograniczenie prędkości do 50 km/h.

Takie wykroczenie powoduje automatyczną utratę prawa jazdy na okres trzech miesięcy. W 2013 roku policjanci zatrzymali go po pomiarze prędkości. Według funkcjonariuszy "Hołek" miał przekroczyć prędkość o 114 km/h. Ten nie przyjął mandatu i sprawa trafiła do sądu. Po dwóch latach procesu Hołowczyc musiał zapłacić grzywnę za przekroczenie prędkości, jednak jak wykazało dochodzenie, policyjny radar przekłamał wynik o ponad 40 km/h.

Legendarny polski rajdowiec utrzymywał potem, że funkcjonariusze dokonali złego pomiaru. Twierdził, że tempo, z jakim jechał, było "raczej relaksowe, a nie nadzwyczajnie szybkie". "Tłumaczymy im z Maćkiem, że jesteśmy przekonani, że nie jechaliśmy powyżej 100 km/h, że odczyt to jest ich prędkość, a nie nasza, że taka metoda pomiaru nie jest precyzyjna, że są wyroki sądów w tej materii. Pokazujemy, że w radiowozie ciśnienie kół jest sporo za niskie i to też zawyża wskazywaną prędkość. To wszystko na nic" – napisał Krzysztof Hołowczyc na Facebooku.

Emerytowany sportowiec dodał, że nie zgodził się na przyjęcie mandatu, bo pomiar był jego zdaniem przeprowadzony nieprawidłowo. Mimo to rajdowemu mistrzowi Polski i Europy zatrzymano wtedy prawo jazdy.