Do komentarzy na temat Janusza Korwin-Mikkego i jego wyborczego sukcesu wkradają się, a dokładniej, wlewają się, tony histeryczne. Zupełnie niepotrzebnie. Sukces pana z muszką i motywy jego wyborców trzeba oceniać spokojnie i wyciągać z tego spokojne wnioski.

REKLAMA
Zacznę od tego, że wynik Korwina absolutnie mnie nie zdziwił. Jest raczej łatwo zrozumiałe, że - szczególnie młodzi ludzie - mają wiele powodów do frustracji i odczuwania antypatii wobec naszego politycznego establishmentu. Może w tym wszystkim być obecny czynnik chęci odreagowania nudy albo zrobienia czegoś "dla jaj". Jest w tym jednak także czynnik realnej złości, autentycznego zawodu.
Oczywiście wydaje mi się pewną perwersją głosowanie przez, w sporej części inteligentnych wyborców, na kogoś, kto kobiety uważa za osobniki intelektualnie drugorzędne, niepełnosprawnych za jednostki społeczeństwu nieprzydatne, a Hitlera za kogoś, kto mógł być wprowadzany w błąd przez swoje otoczenie w sprawie programu wymordowania kilku milionów Żydów. Rozumiem, że złość i chęć pokazania środkowego palca nielubianym politykom okazały się silniejsze niż elementarne poczucie smaku. Cóż, trudno, bywa.
Trwa właśnie dyskusja, czy to nie media nakręciły popularność Korwina i czy to media nie są katalizatorem jego sukcesu. Prawdę mówiąc, z całym szacunkiem dla mediów, nie przeceniałbym ich znaczenia. Nie media decydują o tym kto wybory przegrywa, a kto wygrywa. Korwin stał się newsem nie dlatego, że wygadywał głupoty, bo konsekwentnie czyni to od dawna. Stał się newsem, bo jego notowania poszły w górę. Dopiero potem jego postać rozświetliły reflektory, a jego opinie zaczęto recenzować.
Dylemat - pokazywać Korwina czy nie - wydaje mi się nonsensowny i przede wszystkim dość arogancko brzmiący. Ten sam dylemat stawiano w przypadku Andrzeja Leppera. W sprawie Korwina powiem to, co mówiłem w sprawie Leppera. Pokazywać, gdy na to zasługuje.
Ekscentryczne poglądy mają we współczesnych mediach wielkiego sojusznika. To idiociejące media, które każde głupstwo łykają i ponad miarę trawią. Nie twierdzę więc, że nie należało mówić o werbalnych ekscesach Korwina. Należało, ale we właściwych proporcjach. To nie był ani najważniejszy, ani w ogóle ważny element kampanii. To był jej margines. Margines jest fragmentem rzeczywistości, ale nie przestaje być przez to marginesem. Poza tym jedna czy druga odrażająca wypowiedź może być jakimś tam newsem, ale siódma czy jedenasta niekoniecznie.
Zwolennicy Korwina wkrótce przeżyją srogi zawód. Żadnej Unii nie rozwali, żadnego Parlamentu Europejskiego nie zburzy. Szybko zostanie uznany za niegroźnego wariatuńcia. Przez moment będą kpiny, potem wyłącznie wzruszenie ramion, na końcu całkowita obojętność, a koniec będzie kwestią tygodni nawet, nie miesięcy.
Pisałem trzy tygodnie temu i powtórzę, czemu nie przeczy akapit poprzedni - Korwin w wyborach parlamentarnych może odnotować jeszcze lepszy wynik. To prawda, w niedzielę był beneficjentem niskiej frekwencji, ale za 16 miesięcy może zdobyć nawet ponad 10 procent głosów przy frekwencji dwa razy wyższej. Taka może być po prostu polityczna dynamika, której przewidzieć nie sposób.
Klasa polityczna w jakimś sensie powinna podziękować Korwinowi. To jest swego rodzaju dzwonek ostrzegawczy. Ładunek złości, frustracji, poczucia wykluczenia jest autentyczny. Idiotyzmem jest obrażać się na to. Trzeba to po prostu przemyśleć i wyciągnąć z tego wnioski. A jedno i drugie robić bez histerii, która niczemu nie służy.
A media powinny zachować umiar i powściągliwość, pamiętając, że poza słupkami oglądalności i danymi o sprzedaży jest jeszcze miara zdarzeń. I rozum, który nie powinien spać, szczególnie wtedy, gdy pojawiają się upiory. Także upiory z muszką, trącące myszką.