"Bezproduktywni, jak pedały". Tym, którzy nie chcą mieć dzieci, nie żyje się w kraju nad Wisłą najłatwiej...

Dlaczego niechęć do posiadanie dzieci uchodzi w wielu środowiskach za coś nienormalnego, samolubnego i niedojrzałego?
Dlaczego niechęć do posiadanie dzieci uchodzi w wielu środowiskach za coś nienormalnego, samolubnego i niedojrzałego? Fot. Shutterstock.com
W czasach, gdy na każdym kroku krzyczą, że trzeba walczyć o wzrost demograficzny nad Wisłą, niełatwo iść pod prąd "baby boomu" naszych czasów. Życie ludzi, którzy swoje związki świadomie tworzą bez planów rodzicielskich to ciągła walka z wyrzutami niedoszłych dziadków i przytykami znajomych, którzy pękają już z dumy mając swoje maleństwa.

Chorzy albo nienormalni
– Chcecie być bezproduktywni, jak pedały? – taką czułością zakończyła się ostatnia rodzinna impreza jednych z moich rozmówców. Jego rodzice i rodzeństwo nie potrafią zrozumieć, z jakiego powodu trzydziestolatkowie z własnym mieszkaniem i niezłymi posadami nie zdecydowali się jeszcze na dziecko.
Krystian

Albo leczenie w klinice in vitro. Mama od czasu, kiedy dowiedziała się, że państwo dopłaca do zabiegów, bombarduje nas nowymi materiałami reklamowymi klinik chyba co tydzień. Sądzi, że nasze decyzja, by nie przysporzyć jej kolejnych wnuków, to musi być tylko i wyłącznie wstyd przez przyznaniem, iż zmagamy się z bezpłodnością.

Tak o swoim "bezproduktywnym" związku mówi Krystian. 32-latek jest architektem sieci w jednej z międzynarodowych korporacji z siedzibą w Trójmieście, z którą współpracuje jego o trzy lata młodsza partnerka. Poznali się dzięki firmie i przekonują, że podobna praca sprawia, iż ten związek wytrzymuje liczne próby w postaci nielimitowanego czasu pracy, stresu, wielodniowej rozłąki.



Choćby dlatego nie decydują się nawet na ślub. – Każdy wolny moment poświęcamy dla siebie i na odpoczynek. Nie byłoby go więc na organizowanie nawet czegoś skromnego – tłumaczy mi Wioletta. Ich rodzinom niezbyt przeszkadza jednak brak sakramentalnego czy choćby urzędowego poświadczenia związku. Wszyscy czekają na dzieci.

"Wszyscy z podwórka już dzieci mają..."
– Moi rodzice po prostu od czasu do czasu coś rzucą, typu "wiesz zegar tyka, już najwyższy czas". Rodzina Krystiana natomiast zaczyna szaleć – mówi wprost moja rozmówczyni.

Jak mówi mi para gdańszczan, wszystko przez to, że urocze maleństwo już mają wszyscy z rodzeństwa Krystiana i większość jego najbliższych przyjaciół, których zna rodzina. – Dotąd tłumaczyłem im na odczepne, że nie mamy czasu na dzieci. Rodzice uparcie twierdzą jednak, że jeden wnuk do opieki więcej nie robi im różnicy, nawet gdyby miał tej opieki potrzebować przez kilka dni pod rząd – opowiada.

Okazało się jednak, że presji rodziny na zrobienie sobie dziecka nie powstrzymała próba zamknięcia tematu o wiele szczerszym wyznaniem.
Wioletta

Ostatnio nie zniosłam już tego suszenia głowy przez teściów i pokrętnych tłumaczeń Krystka i jak się tłumaczył, zapytałam wprost: "co Ty im pieprzysz, przecież nie chcemy dzieci?". Teściowa w płacz, szwagierka w płacz, teść wyszedł obrażony, a szwagier zrobił mi karczemną awanturę...

Wioletta przyznaje, że po kilku tygodniach od tych wydarzeń co dnia walczy w myślach między swoimi planami na życie i przekonaniami a wyrzutami sumienia z powodu rodzinnych awantur.

Zmarnowane lata?
"Bezproduktywnych" naciskają jednak nie tylko rodziny. Na presję otoczenia, by mieć dziecko wskazują także inni moi rozmówcy. Maja i Karol z Sopotu są małżeństwem od siedmiu lat. Pobrali się dość wcześnie, bo już na drugim roku studiów. W przeciwieństwie do wielu małżeństw zawieranych przez bardzo młodych Polaków, ich przetrwało już niezłą próbę czasu. Tym trudniej ich znajomym zrozumieć, dlaczego w tym obrazku brakuje dziecka.
Karol

Gdy się pobieraliśmy, wszyscy przyjaciele pukali się w czoło i przekonywali, że oto zniszczyliśmy sobie młodość. Ubolewali, jak to uwiązaliśmy się w najlepszych latach. Od kilku lat tymczasem front się diametralnie zmienił i słyszymy, jak to czas nam ucieka i z najlepszych lat nie korzystamy w pełni.

Jak dodaje jego partnerka, znajomi dzielą się na dwie grupy. Ci nieco mniej delikatni wprost przekazują swoje życiowe prawdy objawione i nie wahają się zarzucać bezdzietnym znajomym, że są na przykład samolubni.

– Raz słyszę, że nikt na mnie nie zarobi. Drugi raz, że samolubnie zabieram swojemu przyszłemu dziecku moją młodość – mówi Maja. Bardziej dyplomatyczni przyjaciele zatroskani próbują tymczasem wybadać, czy problemem nie jest jednak ukrywana bezpłodność. – Ostatnio kumple dopadli mnie w toalecie, gdzie we dwóch uporczywie zapewniali, że na pewno nie jest źle i są lekarze, którzy mi pomogą... – wspomina z rozbawieniem Karol.

Dzieci szkodzą w pracy?
Do śmiechu nie było mu jednak wiosną, gdy zatwardziała bezdzietność okazała się być problemem w... pracy. Pracodawca Karola uznał, że w gronie samych przykładnych ojców – pomimo najlepszych wyników – nie będzie zasługiwał na stanowisko szefa zespołu.

– Byłem w szoku. Myślałem, że tego typu problemy w pracy mają tylko kobiety. I to ze względu na posiadanie dzieci, a nie ich brak. Tymczasem dowiedziałem się od szefa, że małżeństwo i świadome nieposiadanie dzieci obniża moją wiarygodność, która w naszej branży to podstawa. A w czym my jesteśmy gorsi? – pyta rozżalony.

Na to, iż tego typu ostracyzm związany z niechęcią do dzieci to nie jednostkowe przypadki wskazuje także psycholog społeczna Barbara Stawarz. Jej zdaniem, także tej kwestii Polacy zbyt mocno tkwią w przeszłości i ulegają stereotypowym schematom myślenia.
Barbara Stawarz, psycholog

Osoby decydujące się na świadome życie bez dzieci są wciąż w polskim społeczeństwie poddawane bardzo krytycznej analizie, które czasami kończy się wręcz na odrzuceniu. Wiele środowisk nie potrafi zrozumieć, że ktoś może chcieć żyć bez tak wielkich zobowiązań

Uwolnieni spod dyrektywy biologicznej
W ocenie Barbary Stawarz, nawet teoretycznie otwarte i liberalne społeczności reagują wciąż w ten sposób, bo większość z nas nie potrafi wyrwać się spod dyrektywy biologicznej, która nakazuje walczyć o przetrwanie gatunku. - Ta presja wspomagana jest też stereotypem, że osoby w wieku "produktywnym" muszą mieć dzieci. A przynajmniej muszą tego chcieć - tłumaczy.

Psycholożka podkreśla jednak, że wszyscy atakujący "bezproduktywnych" powinni zwrócić uwagę, że czasy nieco się zmieniły. - To wszystko miało sens, gdy ludzkość w przeszłości borykała się z bardzo wysoką umieralnością wśród dzieci. Później posiadanie potomstwa i to najlepiej licznego pomagało natomiast w kumulowaniu majątku. Biorąc pod uwagę wszystkie przemiany społeczne i obyczajowe, które już się dokonały i nadal dokonują, ten model nie ma już uzasadnienia - ocenia.
Trwa ładowanie komentarzy...