Uważasz, że „feminizm kończy się, kiedy trzeba wnieść szafę na 3. piętro”? Jesteś ograniczony

Roy Lichtenstein „Kobieta w kąpieli"
Kliknąłeś, bo się wkurzyłeś. Jak ktokolwiek śmie zarzucać ci, że jesteś ograniczony? Opowiadasz od czasu do czasu powyższy dowcip na zakrapianych domówkach i myślisz o sobie jako o fajnym, postępowym facecie. Nigdy nie poklepałeś obcej kobiety po pośladkach i nie uważasz, że obowiązkiem twojej dziewczyny jest robienie ci dwudaniowych obiadków. Gdybyś miał zdefiniować ad hoc swój stosunek do feminizmu, powiedziałbyś pewnie, że jesteś przeciwny, zaznaczając jednak, że popierasz równouprawnienie. Przeczytaj, a wreszcie przestaniesz okazjonalnie się ośmieszać i zrozumiesz dlaczego feminizm jest czymś, czego potrzebują twoja mama, dziewczyna i czego niestety będzie pewnie potrzebowała także twoja córka.

Wikipedyjna definicja gmatwa obraz feminizmu wszystkim tym, którzy do wyrobienia sobie opinii potrzebują odrobinę więcej, niż kilku przekazów medialnych pokroju wypowiedzi Anny Zawadzkiej czy zdjęć transparentów z inskrypcjami z rodzaju „Mam cipkę i jestem z tego dumna”. Do wniosku, że feminizm to „ideologia, kierunek polityczny i ruch społeczny” można dojść samodzielnie. Z kolei rozwinięcie definicji mówiące o dążeniu do emancypacji „pod względem formalnym i faktycznym”, czy o tym, że feminizm zajmuje się „problemem kobiecości i konstrukcją płci kulturowej” to dla osoby pierwszy raz stykającej się z tematyką podobny pustosłów, co dla przeciętnego człowieka opis działania systemu informatycznego. Niby wszystkie słowa są jasne i mniej-więcej orientujemy się, o co chodzi, ale od dogłębnego zrozumienia jesteśmy lata świetlne. Z tej prostej przyczyny, że nie bardzo wiemy co to ta płeć kulturowa, a nad dumanie nad „problemami kobiecości” nigdy nie przyszło nam do głowy.



Tym sposobem brzydkie słowo na „F” pozostaje niezrozumiane nawet dla dociekliwszych od szarego ogółu szperaczy, którzy w końcu nie muszą być zainteresowani zgłębianie tematu przy pomocy lektur. Co naród wie o feminizmie najlepiej pokazuje sieć, współczesna skarbnica mądrości ludowych. Wybieramy i komentujemy najgłupsze (a przy tym jedne z mniej wulgarnych) cytaty małowiedzących i głośnowrzeszczących.

Współczesne feministki walczą o nic. Bo mówienie "pani prezes" jest niefeministyczne i trzeba mówić "prezesa"? To jest k***a, faktycznie, problem.

Przyznaję, że to kwestia, która budziła i we mnie spory opór. Przede wszystkim dlatego, że długo nie słyszałam, żeby jej tłumaczenie w mediach wychodziło poza „to ważne dla równości płci”, co wydawało mi się argumentem o podobnym kalibrze, co twierdzenie, że obcasy są ważne dla wyrównania wzrostu kobiet i mężczyzn. Tyle, że studia filologiczne każą ci zastanawiać się więcej nad językowym obrazem do świata, czyli nad tym, jak słowa, których używamy do opisu rzeczywistości wpływają na to, jak tę rzeczywistość postrzegamy. Jeśli używamy tylko słowa naukowiec, to w naszej głowie będzie ono ewokowało zawsze mężczyznę, nigdy kobietę.

Dla dorosłej osoby używane formy są drugorzędne, za to kolosalnie wpływają na postrzeganie świata przez dzieci. Mała dziewczynka nie pomyśli, że może być prezydentką czy premierką, no bo przecież już sama nazwa wskazuje, że to zajęcie dla chłopców. W Stanach stanowiska liderek chciałoby objąć aż 39 % dziewczynek, w Polsce takiego pomysłu na siebie nie ma nawet 1%. Słowa to głównie kwestia przyzwyczajenia. Nie boli mnie już psycholożka czy pilotka, doktora nauk humanistycznych budzi wciąż pewien opór. Warto nad tym pracować, to jak będziemy nazywać świat wpływa na to, jak będzie go widziało najmłodsze pokolenie.

Zobacz sobie listę noblistów i sprawdź ile tam jest kobiet. I co JAKBY MNIEJ??? To chyba jasno pokazuje jacy „równi” jesteśmy z kobietami, hehe

Autor tej perełki (i wielu podobnych, gdzie Nobla zamienia się np. na listę najlepszych szachistów) nie jest przeciwny feminizmowi. On jest przeciwny demokracji. Podejrzewam, że sam nie jest wybitnym umysłem XXI wieku, który dołożył swoją cegiełkę do rozwoju ludzkości. Od takiego twierdzenia bardzo blisko do konstatacji, że obywatelami są lekarze, rolnicy i nauczyciele, ale już ekspedienci w sklepach z butami, dekoratorzy wnętrz i operatorzy wózków dźwigowych JAKBY MNIEJ. Bez ich pracy moglibyśmy się w końcu jakoś obejść.

Jeśli przyjrzymy się tej opinii uważniej zobaczymy jeszcze kilka „ale”. Nagroda Nobla przyznawana jest od 1901, kiedy nie wszystkie uczelnie wyższe przyjmowały kobiety, a nawet jeśli to robiły, to kobietom było się tam o wiele trudniej dostać. Po pierwsze dlatego, że lwia część dobrych liceów, gdzie przyjmowano dziewczyny, bardziej przypominała „pensje dla panien”. Oprócz standardowych przedmiotów, zazwyczaj na niższym poziomie niż w szkołach dla chłopców, nauczano haftu, gry na pianinie czy kaligrafii. Przedmiotów z punktu widzenia rekrutacji na uczelnie zupełnie nieprzydatnych, za to niemniej czasochłonnych niż geografia czy historia. Nawet jeśli kobieta skończyła szkołę, gdzie była nauczana mniej-więcej tego samego, co rówieśnik mężczyzna, to musiała pochodzić z bogatego domu, bo w wielu krajach nie było mowy, żeby miała możliwość pracy na własne utrzymanie.

Chodziło też o wymagania rodziców i społeczeństwa. Tak, jak współcześnie są piętnowane są kobiety, które chciałyby młodo urodzić i siedzieć w domu, tak przez długie lata było tak z tymi, które zamiast szukać męża wolały się uczyć. Powiecie „ok, ale od pół wieku już nie ma takich problemów, a Nobli dla kobiet nie przybywa lawinowo”. Jasne, ale dochodzi do tego też tzw. efekt Matyldy, czyli przypisywanie sobie przez naukowców-mężczyzn dokonań koleżanek z zespołu. Oczywiście nie twierdzę, że gdyby nie to (i masa innych czynników) nagrody rozkładałyby się równo między płciami, ale nie jest to żaden argument przeciwko równości w życiu codziennym. Niech pierwszy sprzeciwi się ten, kto ma już swojego Nobla na półce! Co ciekawe, jeśli chodzi o zrozumienie motywów dla których tej prestiżowej nagrody nie otrzymało więcej Polaków, wykazujemy się nadzwyczajnym zrozumieniem uwarunkowań historycznych i ich następstw...

Tak strasznie wojują o zaostrzenie kar za gwałt, a prawda jest taka, że większości z tych nieogolonych babsztyli nikt nie tknąłby nawet kijem.

Mój ulubiony nie-argument. Osoba, która wypowiada takie zdanie zakłada, prawdopodobnie nie do końca świadomie, że gwałt jest jakiegoś rodzaju wyróżnieniem, które jest zarezerwowane jedynie dla kobiet atrakcyjnych. Te brzydsze mogą o gwałcie co najwyżej pomarzyć, bo przecież żaden mężczyzna nie tknąłby ich kijem. „Nie wypowiadaj się babo, bo ciebie ten problem i tak nie dotyczy", to typowa retoryka antyfeminizmów.

Nie jesteś bezpłodna? Nie zabieraj głosu na temat in vitro! Nie byłaś w ciąży zagrażającej twojemu życiu, nie masz prawa mówić o aborcji! Co się za tym kryje? Patologiczny brak empatii. Przekładając logikę na dziedziny niezwiązane w żaden sposób z płcią i doprowadzając do absurdu wcale nie mniejszego, niż kryje się w cytowanych słowach – nikt nie powinien zajmować się problemami głodu w Afryce, bo przecież nie umierał z głodu, czyż nie? Bezdomność też nas nie dotyczy, więc dlaczego ktoś miałby się na jej temat wypowiadać i myśleć jak można jej zaradzić.

Nie jestem za feminizmem, choć jestem kobietą. Przez feminizm kobiety nie dość, że muszą harować w domu to jeszcze w pracy. Feministki nie zyskały równouprawnienia, tylko przysporzyły kobietom więcej problemów.

Feminizm zmusił kobiety, które wcześniej w spokoju piekły placki ze śliwkami i haftowały stokrotki do pracy? Cóż, niestety największy udział w tej kwestii miały wojny światowe. Mężczyźni trafili na front, więc w pracy zastąpiły ich kobiety, co wcześniej było niewyobrażalne we wszystkich, poza najniższymi, warstwach społecznych. Część kobiet nie chciała potem wracać do domów, ponieważ zauważyły, że praca sprawia, że przestają być na łasce lub niełasce męża lub ojca.

Nie przekonuje cię, droga kobieto-nie-feministko ten argument? Mały eksperyment myślowy: jesteś chowana na żonę i matkę, nie umiesz nic, poza dbaniem o dom i domowników. Wychodzisz za mąż, ale twój mąż szybko zaczyna mieć kochanki. Odeszłabyś od niego, bo jesteś nieszczęśliwa, ale nie umiesz się utrzymać, więc musisz zaciskać zęby, uśmiechać się, gotować i sprzątać. Kiedy myślisz, że nie może być już gorzej, twój mąż zostawia cię dla jednej z kochanek. Trafiasz do przytułku.

Poza tym, chwila, to feminizm winny jest temu, że twojemu partnerowi nie przyszło nigdy do głowy posprzątanie łazienki? Stawiałabym jednak nie na jakąś podejrzaną ideologię, ale raczej na mamusię, która nigdy o feminizmie nie słyszała i wydawało jej się normalne, że tylko córce pokazuje jak odplamia się tłuszcz, a jak filetuje kurczaka. Feminizm zakłada, że kobieta i mężczyzna mają równe prawa i obowiązki, a zatem jeśli ze sobą mieszkają powinni dzielić się pracami domowymi. Równe nie oznacza bynajmniej "identyczne" (jak zakładają antyfeminiści chętnie proponujący feministkom pracę w kopalniach). To jasne, że jedna osoba będzie np.uważniejsza, więc dokładniej wyczyści żaluzje, a inna będzie miała silniejsze ramiona, więc szorowanie wysokich szafek będzie dla niej prostsze. Tyle w kwestii „dokopywania kobietom pracą przez feministki”.

Savoir-vivre damsko-męski z którego nie chcą zrezygnować feministki,to zamaskowana forma nienawiści, stawiający nas na poziomie tragarzy, posługaczy, niższych rangą szaraczków. Osoby rozpowszechniające czy propagujące takie treści, powinny moim zdaniem, odpowiadać tak samo jak kibole ubliżający osobom innego koloru skóry. Dla mnie nakaz otwierania drzwi kobiecie = ustąp miejsca białemu panu, Murzynie. Taką jesteś feministką? To nikt ci nie powinien otwierać drzwi!

Dobre wychowanie niezależnie od strony światopoglądowej barykady pozostaje dobrym wychowaniem. Nakazuje ustępować starszym osobom miejsca, mówić „dziękuję” po skończonym posiłku ludziom z którymi siedziało się przy stole i nie chodzić w ubłoconych adidasach do teatru. Przestrzeganie niepisanych reguł pożycia społecznego lub ich negowanie nie ma nic wspólnego z feminizmem, a raczej z jednostkami. Co kto lubi i z czym mu wygodnie. Traktowanie otwieranie drzwi jako zamachu na niezależność, albo symbol poddaństwa nie jest najwartościowszym ze spektrum przekonań, które można wyznawać. Powyższy cytat jest dla mnie kolejnym dowodem, że tradycyjne w kulturze europejskiej szarmanckie zachowania wobec kobiet ograniczają się w nadwiślańskim grodzie do tego, że wieczorową porą pijany dres cię nie tknie. Przecież „dupie nie przywali” (ale tylko cudzej, swojej dlaczego by nie).

Tak naprawdę feministki wierzą, że kobiety są gorsze i chcą to wyrównać ustawowo, różnymi prawami na ich rzecz. Ja tego nie potrzebuję, sama dobrze sobie radzę.

W potwierdzaniu ustawami, że kobiety są gorsze przez lata przodowali akurat mężczyźni. Myślicie, że to domena krajów arabskich? Pudło, spójrzmy choćby na prawa wyborcze dla kobiet. Lichtenstein wprowadził je zaledwie 32 lata temu, a ta zamożna, światła Szwajcaria dopiero w 1971.

Polska w końcu przyjęła konwencję antyprzemocową, która umożliwia policji m.in. wydanie oprawcy nakazu opuszczenia miejsca zamieszkania. Idąc tokiem myślenia komentującej, ta ustawa uwłacza kobietom. Kiepsko idzie ci walka wręcz z małżonkiem-agresorem? Pierwszą rundę wygrywa pijany pan z prawego narożnika? Wstawaj kobieto, bij się, nie jesteś gorsza, nie są ci potrzebne żadne „wyróżniające” cię reguły!

Projekt innej ustawy niepotrzebnej silnym i niezależnym antyfeministkom mówi o zaostrzeniu kar za gwałt, tak, żeby nie dochodziło do sytuacji w której 18-latek, który ukradł z MediaMarktu konsolę, dostawał taki sam wymiar kary jak mężczyzna, który zgwałcił kobietę, terroryzując ją scyzorykiem. Wracając do cytatu „sama dobrze sobie radzę”, chciałam zapytać kobiety, które mają podobne podejście, czy stopień ich zaradności z nożem na gardle jest równie wysoki?
W istocie feminizm bardziej niż listą „do & don't” jest sposobem myślenia o świecie. I to sposobem, który nie tyle się od kogoś przejmuje, co samodzielnie rozwija. U jego podstaw leży umiejętność i chęć spojrzenia z boku na otaczające nas zwyczaje i niepisane reguły związane z płcią. Po co? Żeby wybrać model kobiecości, który nie jest ciasną zbroją, tylko elastycznym kombinezonem własnego projektu. Ludzie zwykli przyjmować to, w czym wyrośli, nie tyle za element kultury, co za odwieczne prawo natury. No a praw natury się przecież nie podważa. Feministki wierzą, że można. Chodzi o poważne sprawy, jak pomoc ofiarom przemocy domowej czy walkę z molestowaniem seksualnym, ale też o takie zdawać by się mogło drobnostki, jak uświadomienie nauczycieli, żeby nie zbywali skarg dziewczynek w podstawówce, tekstami z rodzaju „dokucza ci, bo mu się podobasz”. Gdyby chłopiec nacierał śniegiem kolegę, albo nagminnie szarpał go za włosy, najpewniej jego rodzice byliby w szkole częstymi gośćmi.

Mój wujek zawsze gardził homoseksualistami, podśmiewał się z nich, nie uznawał do końca za pełnoprawnych obywateli. Do momentu, aż znalazł sobie nowego fryzjera, który nie tylko był wesołym młodym facetem, ale też odmłodził twarz wuja, który zaczął polecać jego usługi wszystkim kolegom z pracy. Pewnego dnia na grillu jeden ze znajomych powiedział „Co ty, Krzysiek, pedał ci włosy obcina, jak ty się nie brzydzisz, powinniśmy bojkotować ten salon”. Wuj poczerwieniał i zamrugał zszokowany, niepewny co odpowiedzieć, ale po chwili zebrał się w sobie i z całą mocą zaczął bronić chłopaka. Podobnie sprawa ma się z feministkami – Naród widzi je w mediach i puka się w głowę, tak dziwne i nierealne wydają się ich postulaty. Feministki jawią się kimś obcym, więc budzą niepokój, podobnie jak budzili go homoseksualiści w wuju Krzyśku, dopóki żadnego nie poznał osobiście.

Nie jest to oczywiście wina wyłącznie sensacyjnej poetyki współczesnych mediów, ale też polskich feministek, które jak niczego innego potrzebują obecnie dobrego PR-u, o który od lat nie są w stanie zadbać. Prowokacje z rodzaju „usunę ciążę w Wigilię” nie są nawet dla tego ruchu strzałem w kolano, ale raczej między oczy. Bo co ma o takiej kobiecie pomyśleć pani po sześćdziesiątce bez dostępu do internetu? Albo nastolatka z małego miasteczka, której matka pełni funkcję służebne wobec męża i braci? Oczywiście, gdyby feministki chodziły wyłącznie w dobrze skrojonych garsonkach i uśmiechały się dobrotliwie, najpewniej usłyszałoby o nich znacznie mniej osób, ale mamy 2016 rok, zdążyły już zaistnieć w świadomości społecznej. Czas negatywny obraz zakorzeniony w tej świadomości zmienić, zamiast pozwalać sobie na kolejne potknięcia.

Feminizm nie jest złą macochą mówiącą ci „nie depiluj się, bo umacniasz patriarchat”, tylko raczej dobrą ciocią pokazującą możliwości na zasadzie „pięknie wyglądasz w szpilkach, ale gdyby bolały cię już stopy, nie będziesz mniej wartościowym człowiekiem w crocsach”. Są feministki-katoliczki przeciwne aborcji, ale pragnące, żeby kobiety mogły piastować funkcje w Kościele. Feministki, które są za ostrzejszym tępieniem prostytucji przez państwo, ale też takie, które uważają, że należy ją zalegalizować i wprowadzić związki zawodowe, żeby ukrócić wykorzystywanie pracownic typowe dla szarej strefy. Feministki, podobnie jak ja przeciwne parytetom i takie, które nigdy nie wyszłyby na ulicę, ale uczą swoje córki, że „jak dziewczyna” nie znaczy słabiej.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...