Drogie i nieprzydatne jak Obrona Terytorialna. Zakup karabinów wyborowych dla żołnierzy OT to zwykła fanaberia

Zakup karabinów snajperskich dla oddziałów Obrony Terytorialnej to zdaniem zawodowych żołnierzy niepotrzebna fanaberia.
Zakup karabinów snajperskich dla oddziałów Obrony Terytorialnej to zdaniem zawodowych żołnierzy niepotrzebna fanaberia. 123rf
Szkolenie snajperów i strzelców wyborowych zajmuje wiele miesięcy, a i tak potrzebny jest jeszcze talent i predyspozycje. Tymczasem MON kupuje dla żołnierzy OT karabiny snajperskie. O tym, że zakup jest tylko fanaberią rozmawiamy z żołnierzem, który w swoim plutonie pełni funkcję strzelca wyborowego.

Od dawna strzelasz?

Kapral Andrzej Raczewski: Od dziecka. Najpierw „pykałem” z wiatrówek, z czasem przyszło trzymać w ręku także coś bardziej „poważnego”. Jeszcze przed zaciągnięciem się do wojska zacząłem wyrabiać pozwolenie na broń strzelecką. Myślałem też o zostaniu myśliwym, ale to chyba nie dla mnie.



Dlaczego?

Jestem żołnierzem, nie myśliwym. Ćwiczę, żeby być najlepszym w swoim fachu, i nieśmiało powiem, że jestem całkiem dobry. Strzelanie do zwierząt ze 100 metrów kojarzy mi się raczej z egzekucją…

Dużo ćwiczysz?

Sporo. Staram się strzelać w różnych warunkach, w słońcu i w deszczu, gdy jest ciepło i zimno. Bo pogoda ma bardzo duże znaczenie, nie tylko dlatego, że pot zalewa oczy, albo ręce "latają" na mrozie. Gdy pocisk leci kilkaset metrów do celu, w skrajnych warunkach nawet kilometr lub więcej, to na jego lot wpływ mają nie tylko wiatr, ale też ciśnienie powietrza, wysokość nad poziomem morza czy nawet to, że w nocy deszcz padał.

Deszcz który padał kilka godzin wcześniej?

Tak. Gdy wilgoć paruje, pocisk inaczej leci niż wtedy, gdy jest suche powietrze.

Czyli umiesz trafić w coś mniejszego niż w drzwi stodoły na 300 metrów?

Zwykle tak, ale jak wieje huragan, a ja właśnie przebiegłem w pełnym rynsztunku kilka kilometrów, to te drzwi też mogą być wyzwaniem.

Słyszałeś, że MON kupuje dla wojsk Obrony Terytorialnej karabiny snajperskie?

Tak. To głupota

Dlaczego?

Powiem tak… Żeby wycelować RPG w kierunku czołgu i nacisnąć spust nie potrzeba wielkich umiejętności. Radzą sobie z tym nawet początkujący mudżahedini. Sterować dronem, tym jednym z tysięcy, które zamawia Macierewicz, też można po kilku dniach przeszkolenia i ćwiczeń. Zresztą, skoro będą ich tysiące, to jest jakiś margines na popełnienie błędu. Ale książki pod tytułem „jak zostać strzelcem wyborowym w weekend” jeszcze nikt nie napisał.

W ministerstwie podkreślają, że ci co podpisują kontrakty, będą żołnierzami OT przez kilka lat. Myślisz, że nie zdążą nauczyć się strzelać?

Nie.

Ale przecież strzelanie to w sumie prosta sprawa. Trzeba wycelować i nacisnąć spust.

Teoretycznie tak, zwłaszcza na filmach to wygląda na mało skomplikowane. Tymczasem strzelec wyborowy musi niekiedy "odkładać" takie poprawki, że w lunecie cel jest gdzieś z boku kadru. Czasem nawet poza kadrem. A to i tak nie jest najgorsze, bo to można wyćwiczyć. Jak się ma czas.

A co jest gorsze?

Miałem tego farta, że nigdy nie strzelałem do żywego człowieka. Ale mój przyjaciel był w Afganistanie i gdy wrócił musieli się za niego wziąć specjaliści od głowy.

Wrócił ranny?

Na psychice. Kiedyś jego pluton wpadł w zasadzkę, przykryli ich ogniem, nasi siedzieli w dziurze z pół godziny. Podobno było mnóstwo krzyków, wszyscy strzelali na dystans jakichś 300-400 metrów. Normalnie na tę odległość strzelasz do sylwetki, czegoś co tylko wygląda jak człowiek. Tymczasem Rafał strzelał do ludzi, których twarz widział w lunecie. I widział, jak trafia. I widział grymas bólu i obłok krwi. Te obrazy rzuciły mu się na psychikę.

Nie szkolą was na takie okoliczności?

I tak i nie. Owszem, są pogadanki, w jednostce mamy opiekę specjalistów, ale nikt nigdy nie wie, jak to będzie, gdy przyjdzie do zabijania.

Ile trwa szkolenie snajperskie?

W Polsce właściwie nie szkoli się snajperów, przynajmniej nie w taki sposób, jak w armii brytyjskiej czy w USA. U nas szkoli się przede wszystkim strzelców wyborowych.

Na czym polega różnica?

Snajper zwyczajowo działa w parze ze spotterem. On ma w ręku karabin i umie strzelać, a kolega podaje mu koordynaty, siłę wiatru, wilgotność, odległość, a w razie potrzeby osłania go ogniem. Strzelec wyborowy jest członkiem swojego plutonu, jest takim samym żołnierzem jak reszta, z tą tylko różnicą, że ma specjalistyczną broń i umiejętności, jak tę broń optymalnie wykorzystać.

To ile trwa takie wyszkolenie strzelca wyborowego?

Lata. I mówię to bez żadnej przesady. To są lata nauki i ćwiczeń. Co więcej, nigdy nie przestaję się uczyć. I nie mogę zarzucić ćwiczeń.

Całe szczęście, że to lubisz…

To prawda. Bez tego się nie da. Ale to chyba normalne, że albo lubisz swoją pracę, albo szukasz następnej.

To kiedy ćwiczysz?

Oczywiście w jednostce. Ale nie tylko, mam też swoją prywatną broń, więc kiedy mam akurat wolne – jadę na strzelnicę. Czasem wystartuję w jakichś zawodach strzeleckich, tak zupełnie prywatnie.

To może żołnierze Obrony Terytorialnej też będą ćwiczyć po godzinach?

Może. Ale to stawia na głowie cały system szkolenia. Nie może być tak, że żołnierz doskonali się w swoim fachu jedynie na własną rękę. Musi mieć kontakt z grupą i instruktorem. Zupełnie na marginesie trzeba też wspomnieć o tym, ze strzelanie nie jest tanim hobby, więc jeśli ktoś idzie do OT tylko po to, żeby służąc ojczyźnie zarobić te sławetne 500 złotych, to nie będzie go stać na amunicję. Przynajmniej nie na tyle, żeby się czegoś nauczyć. Te pięć stów można przepuścić przez lufę w jeden dzień…

Dużo strzelasz miesięcznie?

I tak za mało. Bo w wojsku nigdy się nie przelewało, a prywatnie też przecież nie wydam całej pensji na naboje. Ale można śmiało powiedzieć, że strzelam miesięcznie tyle, co pewnie niejeden żołnierz OT wystrzeli przez cały rok. I to jak dobrze pójdzie.

Wielu żołnierzy OT będzie przychodziło do wojska z różnego rodzajów grup paramilitarnych, wielu strzelało już w LOK-ach czy innych organizacjach promujących obronność.

A jeszcze więcej z nich ma w domu pistolet na plastikowe kulki i amerykańskie wojskowe kalesony. Tylko nie wystarczy bawić się w wojsko, żeby być dobrym żołnierzem, bo armia to nie zabawa. Żeby być dobrym trzeba czegoś więcej, niż tylko spędzić dwadzieścia dni rocznie na poligonie.

Żołnierze OT mają mieć przynajmniej dwa dni szkolenia miesięcznie, i jeszcze na dzień dobry jakieś 16 dni „unitarki”, czyli szkolenia podstawowego.

Czyli musztry. Pokażą im jak się hełm zapina pod szyją i czym się różni generał od pułkownika. Prawdziwe szkolenie zacznie się później. To znaczy powinno się zacząć, ale go nie będzie.

Jak to?

A czego można nauczyć żołnierza przez dwa dni? Dobrze, niech to będzie nawet 24 dni w roku. Ja żołnierzem jestem około 240 dni w roku. Jest różnica?

Ale ty jesteś żołnierzem regularnej armii. Obrona Terytorialna to formacja, która ma wam dawać wsparcie, ganiać zielone ludziki po lasach i pilnować mostów.

Niczego nie upilnują, bo w XXI wieku nie w ilości siła, tylko w jakość uzbrojenia i wyszkolenia. Nie ma znaczenia, czy to będzie 30 czy 50 tysięcy wojaków. Może tylko taka różnica, że w przypadku wojny trzeba będzie przygotować tych kilka tysięcy trumien więcej.

Nie tryskasz optymizmem.

Założenie jest głupie, moim zdaniem lepszym rozwiązaniem byłoby zwiększenie liczby etatów w armii zawodowej. Ale jeśli nawet bawimy się w szkolenie przyszłych partyzantów, to do cholery uczmy ich technik partyzanckich.

A umiejętność strzelania na duże odległości się nie przyda?

Umiejętność? Jak najbardziej. Problem w tym, że na razie mówimy o karabinach za ciężkie pieniądze dla ludzi, którzy nie będą mieli czasu nauczyć się z nich dobrze strzelać. Ten zakup to czysta fanaberia. Jakaś mania wielkości ministra i urzędników, którzy koniecznie chcą mieć swoje oddziały na wzór amerykańskiej Gwardii Narodowej. Tylko, że to nie tak. GN w USA ma nawet pilotów i własne F-16, a u nas?

A u nas kupują karabiny wyborowe zamiast myśliwców.

Jeden karabin SAKO wraz z osprzętem kosztuje więcej niż parę Beryli i kilka skrzynek amunicji. To może głupie porównanie, bo zaraz można przeliczyć cenę SAKO na ilość plastrów opatrunkowych albo racji żywnościowych. Ale prawda jest taka, że każda broń jest tak dobra, jak żołnierz trzymający ją w ręku.

Czyli lepiej mieć Beryla i wiadro amunicji od SAKO?

Dlaczego broń automatyczna jest tak niebezpieczna? Właśnie dlatego, ze jest automatyczna. "Sieje" pociskami po całym polu walki i będzie to robić póki lufa się nie przegrzeje lub amunicja nie skończy. Na korzyść strzelających działa statystyka, w końcu któryś pocisk trafi.

Ty nie strzelasz seriami?

Strzelec wyborowy tak nie działa, to nie ekonomiczne. Ten mój przyjaciel, o którym wspominałem, podczas zasadzki oddał zaledwie kilkanaście strzałów, a i to głównie dlatego, że ta rozróba trwała z pół godziny. Każdy strzał powinien być mierzony, każdy powinien być celny. Bo może nie być szans na powtórkę. Gdyby to ode mnie zależało, to wolałbym powierzyć moje życie trzem nieopierzonym ludziom z berylami i ładownicami pełnymi magazynków do automatów niż rekrutowi, który może trafi. Który raczej nie trafi. Bo wtedy znów do głosu dochodzi statystyka, która mówi że albo zginę ja, albo on. A najpewniej obaj.

Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...