Konkursowa mafia prężnie działa. By wygrać znajdą każdy błąd, prześwietlą wszystkich, wynajmą prawnika, fotografa

Fot. screen z Facebooka
Konkurs firmy jubilerskiej na Facebooku. Do wygrania pierścionek. Wyłoniono szczęśliwca, do którego trafi krążek. Ale pozostali uczestnicy nie mogą się z tym pogodzić. Więc zaczynają szukać na niego haków. Najpierw oskarżają go o to, że "kupił lajki", ale niczego nie są mu w stanie udowodnić. Więc uważnie przeglądają jego profil. I jest: mężczyzna ma nieprawidłowe dane.

Organizator konkursu musi zadzwonić do firmy, w której ten rzekomo pracuje. I okazuje się, że wcale nie jest tam zatrudniony. – Pan pracował w Kancelarii Premiera i oficjalnie nie mógł tego napisać. Nie dostał nagrody, ponieważ miał nieprawdziwe dane na profilu – opowiada Monika Czaplicka, właścicielka agencji Wobuzz. O uczestnikach konkursów na Facebooku pracownicy agencji reklamowych mówią: "konkursowa mafia". Kiedy pytam jednego z nich, czy nadal ma z nimi do czynienia, słyszę: – Dzięki Bogu, nie.



Umiarkowany gracz
Marcina zdradza facebookowa ściana. Od góry do dołu wypełniona linkami, markami. Somersby, Purina, Werther's Original, Nescafe Azera, Bacoma, Litozin Active, Bayer, New Kansai Susi Bar – to żywe dowody na to, że na Facebooku nie próżnuje. Na swoim koncie ma "ze cztery wygrane na Facebooku konkursy". – To jeszcze umiarkowany gracz – ocenia Monika Czaplicka. Skąd takie zacięcie? – Raz udało mi się wygrać, więc spróbowałem i następny. To trochę taka forma hazardu, z tą różnicą, że nie ryzykujesz pieniędzy, a jedynie dobre postrzeganie ze strony twego najbliższego środowiska – przyznaje Marcin.

Nie jest jedyny. Takich, jak on jest w Polsce wielu. To ludzie, którzy są w stanie dużo zrobić, by wygrać od kubka, przez jajowar, na komputerze kończąc. – Dla niektórych to forma rozrywki, dla innych sposób, by zarobić na życie. Tych konkursów jest tak dużo, że wystarczy, że się kilka wygra. Niektórzy sami korzystają z tej konkretnej rzeczy, inni sprzedają ją na Allegro – mówi Czaplicka. Czasami gra naprawdę warta jest świeczki. Bo na przykład można zdobyć tablet, komputer czy wyjechać w daleką podróż. – Moja koleżanka regularnie zwiedza świat dzięki konkursom, w których do wygrania są wycieczki – słyszę. – A moja znajoma często do mnie dzwoni z pytaniem, czy np. nie chcę karmy dla psa, bo ona ma kota, a na Facebooku wygrała psią.
Wejściówki na "Dancing with the stars", zabieg liposukcji ultradźwiękowej, kubek, koszulka, rower – proste zadanie do wykonania lub po prostu udostępnienie strony i wszystko jest już twoje. No, musisz jeszcze pokonać konkurencję. Ale z tym zawodowi gracze nie mają najmniejszego problemu.

Konkursowa mafia

Ciężko nakreślić profil zawodowego konkursowicza, dla którego narzędziem pracy jest komputer i Facebook. To różnorodna grupa. – Często są to matki, które siedzą w domu, studenci. Raczej ludzie w wieku średnim, pracujący z domu, freelancerzy. Muszą mieć dużo czasu i samozaparcia – nakreśla Monika Czaplicka. Podobne obserwacje ma dyrektor kreatywny Grandes Kochons Digital Łukasz Chomyn: – Wydaje mi się, że najczęściej są to kobiety, między 25 a 40 rokiem życia, spędzające czas w domu z małymi dziećmi. Fakt, że nie posiadają stałej pracy, pozwala im spędzać sporo czasu w internecie, jednocześnie pogodzić to z licznymi obowiązkami mam.

Pracownicy agencji reklamowych, którzy dla swoich klientów organizują konkursy, zapalonych graczy nazywają "mafią". A to dlatego, że w drodze do celu – nagrody – ci są w stanie zrobić wiele. Czasami są to ludzie o podwójnej, a nawet i potrójnej tożsamości. Podszywają się pod zmarłego ojca, chorą ciotkę albo idą najprostszą drogą i zakładają fejkowy profil. A nawet kilka profili. Wszystko po to, by zwiększyć swoje szanse. Zdarza się także, że skrzykują się w ramach społeczności i nawzajem sobie pomagają. Aż roi się od próśb: "proszę o polubienie, rewanż gwarantowany"; "proszę o polubienie zdjęcia, oczywiście się odwdzięczę".
Łukasz Chomyn
dyrektor kreatywny agencji Grandes Kochonos Digital

Spotkałem się z "klanami" konkursowiczów, czyli grupami, które oddają nawzajem na siebie głosy w konkursach oraz z serwisami, które oferują podobne usługi za pieniądze. Był swego czasu taki startup, który deklarował dumnie że "wygramy to za ciebie", którego usługi sprowadzały się do wpływania na różnego rodzaju głosowania internetowe i konkursy oparte na głosowaniach. Oczywiście za opłatą.

Jeszcze inni, by wygrać w konkursie zwyczajnie kupują lajki. – Sto lajków na Facebooku kosztuje 3 zł. A jak do wygrania jest wycieczka, to przecież można się szarpnąć – zauważa Czaplicka. Na Facebooku bez trudu można też odnaleźć grupy wsparcia: "Konkursy – pomagamy w konkursach" (ponad 22 tys. członków); "Pomagamy w konkursach, konkursy" (ponad 27 tys. członków). Ale byle kto się tam nie dostanie, przeważnie wszystkie są zamknięte. Na akceptację czekam kilka godzin. Ostatecznie się udaje. I już kilka godzin później dostaję prywatną wiadomość o treści: "Bardzo proszę o lajk pod moim komentarzem :)) Bardzo proszę :))))". Wchodzę w link – w konkursie do wygrania jest fotobudka, a w zasadzie to możliwość wypożyczenia jej na dwie godziny.

Wynajmę prawnika, fotografa, udowodnię, że się mylisz

Marcin nie jest fanatycznym graczem i bierze udział tylko w konkursach, które naprawdę go interesują, a do wygrania są np. bilety na lokalne wydarzenia (koncerty, mecze). Ale są i tacy, którzy nie przebierają i grają o wszystko. Zdarzają się także konkursowicze, którzy dokonują selekcji i wybierają tylko te z drogocennymi nagrodami. I są gotowi wiele zrobić, by zwyciężyć. Zatrudniają nawet profesjonalistów.
Monika Czaplicka
właścicielka agencji Wobuzz

Rzadko jest tak, że jakaś praca ma w regulaminie zapis o tym, że jeśli wygrała w innym konkursie, to nie może już zakwalifikować się do kolejnego. I ludzie np. zatrudniają profesjonalnego fotografa, który robi im zdjęcia lepsze, niż mają niejedne modelki. I te wszystkie zdjęcia pojawiają się w wielu konkursach. Za fotografa zapłacisz np. 500 zł, a potem wygrywasz: tu aparat, tu bon pieniężny, kosmetyki. I spokojnie możesz z tego żyć.

Wielokrotnie spory o facebookowe konkursy kończyły się w sądzie. I blisko było, by stało się tak w przypadku konkursu jednego z banków. Do wygrania był tablet (mniej więcej o wartości 400 zł). A wystarczyło założyć konto internetowe i zapłacić rachunki wydaną kartą. Dla konkursowiczów był to wyjątkowo łatwy łup i tłumnie rzucili się do zakładania kont. Niektórzy nawet zdążyli już sprzęt wystawić na sprzedaż. A tu nagle okazało się, że w regulaminie są wykluczające się informacje i tablety nie trafią do wszystkich. Internauci upust swojej frustracji dali na Facebooku, gdzie założyli profil hejtujący bank. Były też skargi do UOKiK, sądów. Chcąc, nie chcąc bank musiał ustąpić i dostarczyć tablety wszystkim konkursowiczom. Ponosząc przy tym niemałe straty.

Często zdarza się, że uczestnicy konkursów uważnie przyglądają się regulaminom, szukają dziury w całym, wynajmują do tego nawet prawników. O tym, że to nie tylko zabawa, a prawdziwa rywalizacja, wiele razy przekonała się sama Czaplicka.
Monika Czaplicka
właścicielka agencji Wobuzz

Zdarza się, że ktoś podaje do sądu firmę za konkurs na Facebooku i wygrywa. Miałam przypadek, że konkursowicz doczepił się do regulaminu. Mieliśmy problemy techniczne, więc przejście między jednym a drugim etapem konkursu się opóźniło. I uczestnik udowodnił przed sądem, że w czasie, kiedy mieliśmy problem techniczny, a głosowanie trwało, on mógł wygrać. Zresetowaliśmy wszystkie głosy. Sąd przychylił się do jego prośby. Musieliśmy wykupić dodatkową nagrodę. Do wygrania był komputer.

Gdy nie uda im się zwyciężyć w konkursie, to publicznie dają upust swoim emocjom. I organizatorom zarzucają np. brak gustu, stronniczość, czy zwyczajnie nepotyzm. Nierzadko toczą też spory między sobą i dokładnie prześwietlają tego, który wygrał. Łukasz Chomyn pewnie długo nie zapomni konkursu, który zorganizował jeden z magazynów. – Po ogłoszeniu zwycięzców, przy dużym niezadowoleniu przegranych, ci drudzy zarzucili organizatorom, że wybrali człowieka, który nie podał w konkursie prawdziwych danych. Konkretnie poszło o to, że użytkownik jako swoje imię wpisał Lukasz zamiast Łukasz – podkreśla Chomyn.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...