"Przeżywam deja vu". Wypędzona z Polski w 1968 roku wyjaśnia, dlaczego znów usłyszała Gomułkę

Sabina Baral. Kto wyjechał z Polski w marcu 1968 roku na fali antysemityzmu?
Sabina Baral. Kto wyjechał z Polski w marcu 1968 roku na fali antysemityzmu? Fot. Renata Zawadzka
– Czytałam tekst, że Polacy musieli się zastanawiać, jaki prezent sprawić Żydom na tę 50-rocznicę "marca" i zrobili perfekcyjną rekonstrukcję wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat – mówi w wywiadzie dla naTemat Sabina Baral. Rozmawiamy przed jej przylotem na premierę spektaklu Krystyny Jandy opartego na książce Baral "Zapiski z wygnania". Ona została wypędzona w marcu 1968 roku.

Wkrótce okrągła rocznica obchodów wypędzenia z Polski Żydów w marcu 1968 roku, a do tego ogromne napięcie wywołane ustawą o IPN i zachowaniem obecnych władz. Czy tegoroczny marzec będzie szczególny?


Będzie znamienny. Niestety, ostatnie wydarzenia to stracona szansa wspólnego patrzenia w przyszłość. Wiem, że wielu z wypędzonych zdecydowało się nie jechać do Polski na obchody tej rocznicy ze względu na obecną sytuację. Ci, co przyjadą, będą bardzo ostrożni. A dla Polaków ostatnie wydarzenia to takie przypomnienie słów Faulknera, cytuję z angielskiego: "Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością".

Pani zdaniem w Polsce jest antysemityzm?

Zawsze był. Nie tylko antysemityzm, ale ksenofobia, homofobia. Łącznie z wytykaniem ułomnych, garbatych, ludzi z wadą wymowy czy rudych. W Polsce, tradycyjnie, po prostu trudno jest być innym. Ale przez ostatnie dwadzieścia kilka lat, od "Solidarności" do niedawna, nie było w dobrym tonie wyrażać takie uczucia i ludzie to rozumieli. Na zachodnią modłę Polacy uczyli się wyrażać szacunek i akceptować inność. Może tam, gdzieś, na jakiejś stodole, czy na przydrożnym słupie ktoś nabazgrał antysemicki napis, ale stanowczo nie w mediach, nie w marszach, nie z przyzwoleniem. To były wybryki, a nie przywołany wróg. Teraz jest inaczej.

Brzmi w tym echo przemówienia Gomułki?

Nie samo przemówienie, ale atmosfera jest podobna. I metodologia też. Przeżywam deja vu. Czytałam w "Gazecie Wyborczej” zgrabny tekst, że Polacy musieli się zastanawiać, jaki prezent sprawić Żydom na tę 50-rocznicę "marca" i zrobili perfekcyjną rekonstrukcję wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat.
Będzie pani na premierze Krystyny Jandy. Czy nie obawia się pani zobaczyć siebie, swoje przeżycia pokazane przez aktorów?


Nie. Wiem czego się spodziewać. Magda Umer dzwoni do mnie kilkakrotnie o północy swego czasu i mówi o szczegółach spektaklu. Mam roboczą kopię scenariusza. Może to, co wywołuje strach, to że będą maszerować przed teatrem, że ktoś rozwinie wrogie transparenty i będzie wykrzykiwał obraźliwe hasła. Ale w samym teatrze będzie spokojnie i przyjaźnie. Osoby, które przygotowały spektakl, rozumieją, że ja zadałam sobie ból, aby w "Zapiskach" wydobyć z siebie najgłębsze przeżycia i najbardziej intymne wspomnienia. Wyrwać tę książkę ze swojej duszy. Pisząc ją po polsku i wydając w Polsce adresowałam ją do Polaków. Gdy ją wydawałam, moim marzeniem było, wtedy jeszcze mogłam o tym marzyć, że stanie się lekturą szkolną.

W ten sposób ludzie dowiedzą się o "marcu". Bo wie pan, na moje pierwsze spotkania uczestnicy przynosili podręczniki swoich dzieci, aby pokazać, ile jest napisane o wydarzeniach w marcu 1968. Trzy akapity. Pół strony o jakichś rozgrywkach partyjnych. O nas – o wypędzeniu kilkunastu tysięcy polskich obywateli – nic. Dla mnie z czasem stało się ważne, aby mieć spotkania autorskie, aby jak najwięcej ludziom opowiedzieć, co przeszliśmy.

W 1968 roku była pani na studiach na politechnice. Dlaczego uczestniczyła pani w strajku?

Jak to dlaczego? To była moja sprawa. Nas wszystkich. Ja nie myślałam wtedy o sobie, że byłam inna. Strajkowałam, bo trzeba było to robić, działać. Przecież chodziło o naszą, polską sprawę. Ja wtedy nie rozumiałam, że "marzec" nas rozdziela. A to, co się wydarzyło potem, szybko pokazało jak bardzo.
Jak pani wspominała, profesor na sali wykładowej włączył radio z przemówieniem Gomułki. Słynne już o "piątej kolumnie żydowskiej". Tak jak obecnie w mowie polityków, nie było w nim otwartego przyzwolenia na atak na Żydów.

Wtedy do mnie jeszcze nie dotarło, że to jest przejaw antysemityzmu. Sygnał - antysemici proszę uderzać! Nie rozumiałam nawet dokładnie, co to jest syjonista. Bardzo było mi żal, że moja ojczyzna zrywa kontakty z Izraelem, dlatego, że Rosja (Związek Radziecki – przyp. red.) popierała Arabów. Jeszcze wtedy nie czułam się osaczona, to uczucie pojawiło się później. Pierwszy raz do mnie to trafiło podczas strajku. Na politechnice podszedł do mnie jeden ze strajkujących kolegów i powiedział: "Ty, Sabinka, lepiej wracaj do domu".

Mieszka pani w Stanach Zjednoczonych. Z tak dalekiej perspektywy, co pani sądzi o tym, co wydarzyło się w Polsce?

Czasem na Facebooku dostaję pytania, czy mnie martwi sytuacja w Polsce. Odpowiadam, że martwić to was powinna. Ja wsiadam w samolot i po kilkunastu godzinach jestem w moim normalnym domu. Tu mnie nikt nie pyta kim jestem.

Poruszyło mnie pani wspomnienie. W 1968 rok w pociągu z Wrocławia, przed przekroczeniem granicy, funkcjonariusze złośliwie wyrzucili wszystko z walizek. Pani odebrali pamiętnik, mapę rodzinnego miasta, Wrocławia. Podniosła pani tomik Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej. Poruszyło mnie to, bo dziewczyna zabiera to, co najcenniejsze dla niej, tomik polskich wierszy. I nasunęło myśl: kto w "marcu" stracił więcej? Wy, wypędzeni, czy my, bo was nie ma w Polsce?

Ja mogę określić zakres swoich strat, a Polacy swój. Trudno mi ocenić całościowo, bo słucham pewnej grupy osób, ale nie ludzi na ulicach. Kilka dni temu Olga Tokarczuk po przeczytaniu mojej książki napisała do mnie, że to straszna strata, że was nie ma. Dodała myśl, że: z waszym wyjazdem myśmy straciliśmy szansę na lepszą Polskę. To bardzo głębokie stwierdzenie. Bo fakt, Polska potrafiła coś takiego zrobić, wypędzić. Polacy nie ujęli się za nami. Nikt się za nami nie ujął. Kolejna strata dla Polski, wkład, który włożyliśmy w nasze nowe, przybrane ojczyzny. Tego w Polsce nie ma. Cytując profesora Dariusza Stolę, wśród wygnańców "marca" procent osób z wyższym wykształceniem lub studentów był osiem razy wyższy niż reszty społeczeństwa. To więc chyba była strata? Tylko Polska może ocenić, jak duża. Myślę, że ta ocena nie jest jednolita, bo jako naród jesteście ogromnie podzieleni.
Kiedy ostatni raz była pani we Wrocławiu na ulicy Włodkowica? Tam mieszkaliście, rodzice pracowali niedaleko, w fabryce szczotek.

Dwa lata temu. Zawieźliśmy z mężem trójkę naszych synów. Chcieliśmy im pokazać skąd pochodzimy. Byłam na swojej ulicy, stanęłam przed kamienicą. Jakaś kobieta w oknie (moja mama też przesiadywała) zaczęła wołać, czy chcę wejść do środka. Otworzyła mi domofonem. Poszłam do mieszkania, w którym spędziłam dzieciństwo. Tam jest teraz gabinet. Jego właścicielka wpuściła mnie. Czułam się nieswojo. Nic tam już ze mnie nie było. Przed laty z rodzicami też mieliśmy gościa. W czasie Wyścigu Pokoju przyszedł do nas niemiecki kolarz. Tłumaczył, że mieszkał przed nami i przyszedł sprawdzić, czy dobrze się zajmujemy mieszkaniem.

Po co pani odszukała swoją klasę z "siódemki" we Wrocławiu, wówczas żydowskiej podstawówki i liceum?

Ta klasa to kontekst mojego wyrastania, mojej młodości. Wszystkie moje bliskie relacje, jedyne przyjaźnie, intymności, znajomi, którzy znali moich rodziców, to ta klasa. Ja strasznie zazdrościłam mojemu pierwszemu mężowi, Amerykaninowi, gdy jeździliśmy do jego rodziców. On pokazywał mi wówczas swoje przedszkole, szkołę, czy wreszcie uczestniczył w zlotach klasowych. Ja tego nie miałam. Byłam jak duże drzewo, które się przyjęło w nowym miejscu, ale bez przeszłości. Wydzierała z niej ogromna czarna plama. Jedyne osoby, które mogły to wypełnić, to byli koledzy i koleżanki z mojej dawnej klasy. Po marcu 68 z 36 osób tylko jedna została w Polsce. Udało się mi odnaleźć 28 osób. Sporo jest w Izraelu, Stanach, są też w Danii, Szwecji, a nawet Australii.

Pierwszy i jedyny nasz klasowy zjazd odbył się we Wrocławiu. Napisałam do urzędu miasta z informacją, że organizujmy takie spotkanie. Spytali, co chciałabym w ramach tych uroczystości. Ja odpowiedziałam, że klucze do miasta. Ten pomysł narodził się wcześniej, gdy ciocia z Krakowa spytała, czego ja oczekuję od władz miasta. Spełnili moją prośbę, a dla cioci to było ogromnie ważne, wręcz symboliczne wydarzenie. My, marcowi, mamy bardzo duże poczucie więzi. Co trzy lata się spotykamy. Są śpiewy. "Płonie ognisko w lesie", czy inne piosenki harcerskie. Tak, rozmawiamy ze sobą po polsku. My jesteśmy zaadaptowani w różnych krajach, ale należymy do siebie, bo łączą nas wspólne przeżycia.

A tymczasem po wyjeździe po polsku nie chciała pani rozmawiać.

Bo byłam obrażona na Polskę. W Stanach długo nie miałam okazji rozmawiać po polsku, a potem nie czułam się w tym języku swobodnie. Ja wyjechałam z Wrocławia, gdy miałam 20 lat, moja polszczyzna to był język młodej dziewczyny, nieadekwatny do moich potrzeb. U mnie w domu były książki w różnych językach, dopiero powoli pojawiać zaczęły się moje ukochane poezje z polskiej młodości. Sytuacja zmieniła się, gdy przeprowadziłam się z mężem do Szwecji. W domu czy na ulicy rozmawialiśmy po angielsku, ale kolacja była po polsku, co wieczór spotykaliśmy się z gronem "marcowców”. Na spotkaniach z koleżankami przypominałyśmy sobie słowa. Ja się śmieje, że język polski jest moim pierwszym językiem. I ostatnim, którego się nauczyłam.
Przejrzałem listę pani spotkań autorskich, zaskoczyło mnie, że jest ich tak dużo. Tyle osób chce słuchać o "marcu"?

Miałam już 20 spotkań w Polsce. Zawsze było wiele osób na widowni. Dwa dni temu napisała do mnie na Facebooku pani, która na moje spotkanie autorskie planuje przylot z Londynu. Tłumaczyła, że zrozumiała teraz, po wysłuchaniu na Youtube mojego przemówienia we wrocławskim ratuszu, (zakładam, że pani w wieku 50 lat), iż praktycznie nic nie wiedziała o "marcu". Może też na moje spotkania przychodzą ci o żydowskich korzeniach, ja się nigdy nie pytam.

Było spotkanie, które panią poruszyło?

Zawsze, gdy pada pytanie o moich rodziców, to mam kluchę w gardle. Bywają też zaskakujące spotkania. W Toronto jakaś bardzo ukulturowiona pani zaczęła recytować patriotyczny poemat, strasznie długi. Poczuła się pokrzywdzona tym, co ja mówię. A raz pewien pan miał pretensje: "wyjechaliście i nie ma kto zajmować się waszymi cmentarzami". Czasem w takich wypadkach nie mam okazji odpowiedzieć, bo zaraz z sali padają głosy. Właśnie ten pan oberwał za swój komentarz.

Zapowiedziała pani, że przetłumaczy "Zapiski z wygnania" na język angielski dla córek. Już są przetłumaczone?

Napisałam książkę w języku, którego nie znają moje córki. Uważałam, że ważniejszy jest hiszpański, francuski, czy chiński. Teraz trochę żałuję, że nie uczyłam ich polskiego. Nie z powodu sentymentu do Polski, tylko ten język jest pomostem dla wszystkich "marcowców”. Gdy my się spotykamy, rozmawiamy po polsku. Natomiast nasze dzieci mówią w różnych językach i czasami nie mają wspólnego. Już przetłumaczyłam "Zapiski”. Zależało mi na tym, aby samemu przetłumaczyć. Po mojej wizycie w Polsce zacznę szukać wydawcy. To będzie zamknięcie mojego emigracyjnego życia. Ostatni akt. Ciekawa jestem reakcji dzieci. Oni wiedzą to wszystko, co przeżyłam, ale nie rozumieją. To było i z nami. Rodzice o Holocauście nie mówili, a tego, o czym mówili, my nie rozumieliśmy. Do pewnych rzeczy trzeba dojrzeć, mieć perspektywę. Tak samo jest z naszą emigracją. Wygnali nas z Polski, żyjemy tutaj, wszystko jest dobrze. Żyjemy w normalnym świecie. To wszystko wydaje się takie proste.

W marcu 68 straciła Pani ojczyznę, dom, sterty książek, ale coś jeszcze. Na studiach miała pani chłopaka. Chciał panią zabrać w góry. Nie znalazłem odpowiedzi, jak zakończyło się to uczucie.

Pisaliśmy do siebie, ale w końcu ja zakończyłam. On chciał, abym przyjechała do Bułgarii, tam moglibyśmy się pobrać. Ja nie wyobrażałam sobie jak mogłabym zostawić rodziców, było im trudno, potrzebowali mnie, mojej kompetencji językowej, mojej energii. Moje życie odbiegało od jego. Ja mu pisałam, że muszę kupić samochód, jeden dla siebie, drugi dla rodziców. Chyba myślał, że oszalałam. Musiałam się odciąć. Niestety, taka jest cena emigracji. Zostawić wszystko.

Krystyna Janda. "To było haniebne!"

Czy Polacy dużo wiedzą o marcu 68? Trudno mi ocenić, bo ja wiem bardzo dużo i przyjaźnię się z wieloma osobami, które musiały wyjechać. Dla mnie to jest jasne i wyraźne, że marzec 68 był ogromną stratą dla Polski. To było haniebne!

Magdalena Umer. "Ta książka powinna być lekturą szkolną"

"Zapiski z wygnania" powinny być lekturą szkolną. Dlatego, że ta książka napisana jest z godnością, wrażliwością. Mówi o... upokorzeniu. Nawet trudno to określić. Ta książka mnie tak poruszyła, że po jej przeczytaniu sięgnęłam po nią jeszcze raz. Chyba jak nigdy. Przeczytałam ją podczas urlopu, na którym byłam razem z Krystyną Jandą. Wówczas już postanowiłyśmy, że trzeba pokazać "Zapiski" w teatrze.

Trwa ładowanie komentarzy...