Smak "wiejski" coraz bardziej "miejski". Dla kogo jest regionalna kuchnia?

Wiejskie specjały zalewają półki w miastach
Wiejskie specjały zalewają półki w miastach Fot. Michał Lepecki/ Agencja Gazeta
Mleko od krowy, świeże masło, jaja i warzywa. Od pewnego czasu lokalne produkty robią furorę w miastach, na wsi jednak dostanie ich graniczy z cudem. Rolnicy, jeżeli już coś hodują, to tylko na własną potrzebę, albo ewentualnie na sprzedaż w mieście. To co nam się wydaje z gruntu wiejskie, z prawdziwym obrazem niewiele ma wspólnego.

– Pamiętam, że jak zaczęłam hodować bakłażany, to ludzie we wsi pytali się mnie co to – opowiada „Pani Ziółko”, która od lat sprzedaje warzywa w Warszawie. – Na wsi ludzie żywią się w prosty sposób. Ziemniaki i cebula. Nie w głowie im cukinie, roszponki i rukola. Większość warzyw w naszym gospodarstwie jest hodowana z myślą o miastowych. Na wsi nie ma na to rynku zbytu. Tu wszyscy wolą pójść do sklepu i mieć gotowe – opowiada Maryla Rutkowska. Co ciekawe lokalne produkty ostatnio łatwiej kupić w dużym mieście, niż na wsi. Sprzedawcy prześcigają się w pomysłach na zaopatrzenie mieszczuchów wiejską żywnością. Powstają kooperatywy spożywcze, sklepy internetowe „od rolnika” i kosze z ekologiczną żywnością, które są dostarczane bezpośrednio pod wskazany adres.



Czytaj też: "Wieśniaki". Co o ludziach ze wsi myślą mieszkańcy dużych miast

Miasto oszalało na punkcie wsi, co dobrze widać na przykładzie restauracji. Krytycy kulinarni nie mają wątpliwości, że najbliższe lata będą należały do „wiejskich specjałów”. –– Najsilniejszy trend tego sezonu to lokalność. Kupujemy i jemy coraz bardziej świadomie – opowiada Aga Kozak, autorka kulinarnego bloga „Ugryzienie Kozak”. – Chcemy znać dostawców, jeść sezonowe produkty i odżywiać się zdrowo. Furorę robią więc wszystkie knajpy, które dają nam poczucie, że wiemy co jemy. Będąc w Londynie zauważyłam, że ostatnia kartka menu jest spisem dostawców, od których restauracja zamawia żywność – dodaje dziennikarka. Jej zdanie potwierdza Basia Starecka, która przyznaje: – Ten rok zdecydowanie będzie należał do produktu. Wokół jednego, często egzotycznego składnika, jak chociażby leśnego listka czy pędu, będzie rozwijała się cała potrawa. Reszta jedzenia będzie tylko tłem dla jego smaku. W kuchni wracamy do korzeni. Kompostujemy, pieczemy chleb w liściach kapusty i wracamy do polskiej kuchni z ery „przed zasmażkowej” – tłumaczy redaktorka magazynu Kukbuk.

Lokalne będzie modne, ale raczej tylko w mieście. I nie jest to do końca usilna chęć zerwania z tradycją, ale raczej problem kosztów i praw Unii Europejskiej. – Żeby móc sprzedać chociażby swoje mleko czy śmietanę trzeba mieć odpowiedni certyfikat. U nas we wsi nikt go nie ma – mówi Maria Bobrowska, pani sołtys ze wsi Panistruga pod Ełkiem. – Z jednej strony to kwestia pieniędzy, a z drugiej organizacji. W końcu to papierkowa robota. Większość z nas produkuje więc tyle, co dla siebie. Tylko, że czasem i to się nie opłaca. Oczywiście smak wiejskiej śmietany jest nieporównanie lepszy, od tej ze sklepu, ale zrobienie jej wymaga czasu i pracy – tłumaczy pani Maria.

Czytaj też: Piły, sztachety, narzędzia rolnicze. Tak się bawi polska wieś

Nie tylko czasu i pieniędzy, ale także umiejętności. Młodzi ludzie coraz częściej uciekają ze wsi do miasta, a przepisy umierają śmiercią naturalną. Sytuacja wsi często przyjmuje wręcz kuriozalny charakter. Kupienie mleka czy jajek w gospodarstwie graniczy z cudem. Gospodarze albo ich nie mają, albo trzymają dla siebie. Jedynym motywem nakręcającym lokalną gospodarkę są miastowi. To zjawisko z jednej strony pozytywne, bo dzięki miastu wciąż produkuje się zdrowo, ekologicznie i według dawnych receptur, ale też budzące wiele wątpliwości. W końcu żadna moda nie trwa wiecznie. Co będzie jak znudzą nam się lokalne specjały?

Poza tym "wiejska" moda potrafi przyjmować też zupełnie koszmarny charakter. Dziś nie tyle ceni się "lokalne", a ubrane w taki mundurek. Owinięte ściereczką w kratę, lekko przybrudzone, opatrzone kuszącym napisem "od babuni" często niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Wieś, która spostrzegła biznesowy potencjał w sprzedawaniu lokalnych produktów, często nagina sytuację. W związku z tym "od rolnika" często z znaczy "z kokardką". Oczywiście są też wyjątki. Chociażby wspomniany Pan Ziółko, czy Pan Sandacz, którzy sprzedaje ryby na warszawskim bazarze. Coraz jednak mniej w tym autentyczności, a więcej cepeli. Fałszywej i prowadzącej donikąd.
Trwa ładowanie komentarzy...