
Unijne negocjacje dotyczące budżetu zdominowały media i politykę w całej Europie. Wszyscy zastanawiają się kto, ile i czy w ogóle coś ugra dla swojego państwa. Głowy państw członkowskich UE spierają się o ostateczny kształt budżetu, ale jak właściwie takie spieranie się wygląda? 27 przywódców, każdy chce wyciągnąć, jak najwięcej i nie ma zamiaru odpuszczać. Media przedstawiają to jak niezły "kocioł", a jaka jest rzeczywistość? O tym opowiadają nam polscy europosłowie.
Medialnym i politycznym tematem w całej Europie są trwające od czwartku negocjacje dotyczące budżetu Unii Europejskiej. Trudno się dziwić, właśnie decydują się nasze finanse do 2020 roku. Wszystko zależy od ustaleń i kompromisów, do których muszą, a przynajmniej powinni, dojść przywódcy państw członkowskich. A znanych nazwisk i indywidualności tu nie brakuje: Cameron, Merkel, Hollande, Monti, a także nasz premier Tusk.
Polscy politycy przyzwyczaili nas do tego, że każdy kompromis i ewentualne negocjacje przychodzą im z wielkim trudem. Wystarczy przypomnieć sobie negocjacje dotyczące reformy emerytalnej lub ustawy refundacyjnej, a także niedawne rozmowy o polskim budżecie na 2013 rok. W Brukseli ważą się właśnie sprawy najwyższej (budżetowej) wagi. Okazuje się, że tam – choć każdemu z przywódców zależy równie mocno – klasy jest dużo więcej. Zobacz: Nowa propozycja budżetu. Polska ma dostać 1,5 mld euro mniej. Tusk nie protestuje, bo liczy na wsparcie Merkel
Teatr czy polityka? Marek Siwiec od 2009 roku jest europosłem z ramienia SLD, ale w swojej karierze dobrze poznał także krajową scenę polityczną.
– Trzeba uczciwie powiedzieć, że w negocjacjach na poziomie europejskim jest przede wszystkim pewna kultura porozumienia, poszukiwania słusznego rozwiązania. W moim przekonaniu 2/3 tego typu rozmów to rzeczywiste negocjacje, liczby i merytoryczne przerzucanie się argumentami, a 1/3 to teatr, który dla przywódców również jest szalenie ważny, ponieważ muszą stworzyć odpowiednie wrażenie – tłumaczy Siwiec w rozmowie z naTemat.
Mogłoby się wydawać, że w polskiej polityce proporcje te są odwrotne, ale według naszego rozmówcy jest jeszcze gorzej. – Mamy wyłącznie teatr, nie ma jakiejkolwiek woli zgody, chodzi jedynie o uzyskanie efektu medialnego. Zwłaszcza na linii rząd-opozycja – mówi.
Jego kolega po fachu Paweł Zalewski z Platformy Obywatelskiej jest trochę ostrożniejszy w tych porównaniach, ale także przyznaje, że teatralizacja przysłania często prawdziwe problemy. – To też zależy, kto z kim negocjuje – mówi ze śmiechem i dodaje już poważniej: – W Polsce charakter polityki jest nastawiony na przekaz medialny.
Paweł Zalewski
europoseł PO
Na spokojnie Wypowiedzi premierów i prezydentów pokazują, że na wynegocjowaniu korzystnego dla swojego kraju budżetu wszystkim zależy równie mocno. Nauczeni doświadczeniem z polskiego parlamentu, u polityków europejskich spodziewamy się podobnych zachowań. Można sobie tylko wyobrazić siedzących przy jednym stole: Tuska, Camerona, Merkel, Hollande'a, którzy wzajemnie się przekrzykują, przekonują do swoich racji, albo obrażają i wychodzą z sali.
– Nie, takie sceny nie mają miejsca – mówi rozbawiony Marek Siwiec, który dodaje jednak, że zdarzają się złośliwe komentarze i uwagi. – W końcu wszyscy są ludźmi, więc zdarza się, że przeciekają takie bardziej pikantne kawałki, ale należą one raczej do mniejszości – ocenia. Europoseł przypomina, że przodują w tym francuscy prezydenci, którzy potrafią powiedzieć to i owo.
– Czasami ponosił ich temperament. Podobno David Cameron też nie jest do końca pozbawiony emocji, ale jeszcze się z tym nie spotkałem – tłumaczy.
Zamiast trzaskania drzwiami, walenia pięścią w stół i odwracania się na pięcie jest raczej wnikliwe wysłuchanie i analiza propozycji państw członkowskich. – Są też negocjacje zakulisowe, na których politycy starają się wzajemnie przekonać do większej elastyczności. Potem spotykają się już oficjalnie i mówią, czy udało się im dojść do porozumienia – wyjaśnia Marek Siwiec.
Do you speak...? Spotkania – zakulisowe czy nie – wiążą się często z barierą językową. – Oczywiście większą przewagę mają ci, którzy znają języki, najważniejsi politycy w UE znają przynajmniej trzy. Nie muszą mierzyć się ze słuchawkami i tłumaczami. – mówi europoseł. Fakt korzystania z tłumacza podczas rozmów na pewno nie jest pomocny, bo wyklucza możliwość bezpośredniego kontaktu w cztery oczy. A, jak wiadomo, te bywają wyjątkowo owocne.
Paweł Zalewski przybliża nam mechanizmy tych negocjacji budżetowych. – Pamiętajmy, że trzeba pogodzić interesy 27 państw. Rozmowy trwają długi czas, w perspektywie siedmioletniej co najmniej dwa lata. Punktem wyjścia jest stanowisko Komisji Europejskiej, które następnie komentują, oficjalnie lub nie, poszczególne rządy – tłumaczy. Wszystkie propozycje są następnie dyskutowane na szczytach i dopiero potem spotykają się na ostatecznych rozmowach, z którymi właśnie teraz mamy do czynienia.
Europoseł wyjaśnia, że te spotkania mają już zupełnie inną dramaturgię. – Przy stole liderzy delegacji, czyli premierzy i prezydenci, muszą polegać głównie na sobie i swoich umiejętnościach. Dostęp do nich jest bardzo ograniczony, więc naturalnie mają utrudnioną możliwość korzystania z pomocy doradców podczas prezentowania swojego, ustalonego wcześniej, stanowiska – mówi nam Paweł Zalewski.
Co przeszkadza w negocjacjach?
Różnice kulturowe zawsze są przedmiotem manipulacji i ograniczeń w negocjacjach, a brak komunikatywności w obszarze języka polskiego tym bardziej uniemożliwia skuteczne prowadzenie negocjacji w innych językach. Prowadzenie negocjacji w języku obcym wymaga uwzględnienia obyczajów i kultury rozmówcy.
Sama znajomość kultury partnera i jego zwyczajów to zbyt mało aby mówić o sukcesie w międzynarodowych negocjacjach handlowych. Nie miejmy zatem złudzeń, że kiedy poznamy kulturę naszego partnera na naszej drodze do sukcesu nie staną już żadne przeszkody.
CZYTAJ WIĘCEJ
Kluczowe jeden na jeden Kluczowym etapem trwających aktualnie negocjacji są rozmowy z przewodniczącym Rady Europejskiej Hermanem Van Rompuyem. Łatwo nie jest, bo mowa tutaj o serii spotkań jeden na jeden z każdym z przywódców. "Jeden na jeden" jest tutaj jednak kwestią umowną, bo w spotkaniach często towarzyszą tłumacze.
– Podczas tych ostatecznych rozmów każdy lider musi przedstawić jeden konkretny cel, który jest dla niego najważniejszy z punktu widzenia interesów kraju. Taka czerwona linia, której nie będą w stanie przekroczyć – tłumaczy europoseł. Są to spotkania o charakterze stricte merytorycznym i polegają raczej na spokojnym przedstawieniu swojego stanowiska, a nie usilnego przekonywania do swoich racji. Czytaj: Adam Hofman: PiS-owi udało się dojść do porozumienia w sprawie budżetu UE z premierem Wielkiej Brytanii
Jak zauważa nasz rozmówca, Rompuy jest w takiej sytuacji brokerem, który już po rozmowach ustala wspólne i kompromisowe stanowisko wszystkich państw. – Po tych spotkaniach tylko on ma wiedzę pozwalającą mu manewrować cyframi – słyszymy. Dopiero po serii tych około 15-minutowych spotkań jest rozmowa i zebranie finalne w gronie wszystkich liderów.
– Takie spotkanie ma tylko sens, gdy dojdzie się do punktu granicznego, w którym uznaje się, że osiągnięto kompromis lub dalsze rozmowy nie mają sensu ze względu na zbyt rozbieżne interesy – mówi Zalewski. I dodaje: – Wtedy ktoś musi się wyłamać i wziąć na siebie przed wszystkimi fiasko za zerwanie rozmów.
Seria takich spotkań, zarówno jeden na jeden, jak i w większej grupie, jest dla przywódców psychicznie obciążające. – Każdy z nich czuje na sobie olbrzymie brzemię odpowiedzialności za kraj, w którym będzie rozliczany. To gigantyczna suma emocji wszystkich obywateli danego państwa i podlega im każdy lider – mówi Paweł Zalewski.
Mimo że walka zawsze toczy się o wielką stawkę to europoseł PO również uważa, że europejscy politycy są wyjątkowo dobrzy w powściąganiu swoich emocji. – Trudno mi wyobrazić sobie, aby w takich sytuacjach doszło do emocjonalnej sprzeczki pomiędzy Tuskiem a Merkel, czy Hollande'em a Cameronem. To nie ten rodzaj przywódców. Natomiast liderzy mniejszych państw nie mogą sobie na to pozwolić, bo nie liczą się aż tak bardzo – wyjaśnia nasz rozmówca.
