"Korporacja odziera z godności. Wielu z nas po pracy nie może spojrzeć w lustro" [wywiad]

Prof. Paweł Łuków: Korporacja odziera z godności. Zdjęcie jest tylko ilustracją do tekstu. Fot. Maciej Świerczyński / Agencja Gazeta
Wrzeszczenie na podwładnych, wymuszanie nadgodzin bez zająknięcia o dodatkowym wynagrodzeniu czy nawet zwyczajnej, ludzkiej prośby, redukowanie człowieka do tego, ile pieniędzy może przynieść – to codzienność w wielu polskich firmach. O tym, jak korporacja może odzierać z godności rozmawiam z prof. Pawłem Łukowem, etykiem.

Anna Wittenberg: W dyskusji na antenie radia TOK FM, w której brał pan niedawno udział, padło hasło, że "korporacja odziera z godności". Nie rozwinęliście jednak panowie tego wątku. Co oznacza to stwierdzenie?



Paweł Łuków: Faktycznie, takie zjawisko może zaistnieć w organizacji, dochodzą mnie takie głosy. W wielu firmach stosuje się rozmaite metody wpływania na pracowników, wymuszania ich lojalności, metody obniżające poczucie własnej wartości. Najkrócej mówiąc: pozbawianie godności ludzi polega na skłanianiu ich do zachowań, których w normalnych warunkach by nie podjęli, na które by się nie zgodzili.

Po czym poznać, że to się dzieje w mojej firmie?

Myślę, że odpowiedź jest prosta: Wtedy, kiedy robimy rzeczy budzące naszą niechęć, które powodują, że będziemy wstydzili się przed samymi sobą. Wiele osób przyznaje, że po pracy nie może spojrzeć w lustro. To dobrze opisuje sytuację, w której nasze poczucie godności, tożsamości, poczucie tego, kim jesteśmy zostaje zagrożone. Czasem zdarza nam się rozmawiać o jakiejś sytuacji i odcinając się od niej dodawać, "ja nie z takich". A później orientujemy się, że szef właśnie wymusił na nas coś podobnego. Że jednak jesteśmy "z takich".

Sygnałem może być, dość powszechne zresztą w firmach, wrzeszczenie na podwładnych, wymuszanie nadgodzin bez zająknięcia o dodatkowym wynagrodzeniu, czy nawet zwyczajnej, ludzkiej prośby.

Jak to kształtuje relacje w firmie?

Takie zachowania idą zstępującą falą. Jeśli robił to dyrektor, będzie robił i szef działu, a potem pracownicy między sobą.

Skoro twierdzi pan, że to powszechne, może jest skutecznym sposobem zarządzania?

Może w krótkiej perspektywie, na dłuższą metę na pewno nie. Stosowanie zachęt negatywnych, czyli kar jest oparte na zastraszeniu. Szybko uczymy się unikać bata, ale to nie wnosi niczego pozytywnego. Proszę sobie przypomnieć, jak rzadko nauczyciel chwalił panią w szkole.

Ale za to, jaka wielka to była nagroda!

Nie powinno tak być! Częściej jesteśmy przecież dobrzy niż źli. Częściej chłopcy powstrzymują się od zaczepiania dziewczynki, mazania po ławkach. Dla dziecka to jest wysiłek, nauka samodyscypliny, ale to nie jest premiowane. Dostrzegamy dopiero negatywne zachowania, więc kodujemy im, że wartością jest unikanie kary, a nie dobre zachowanie. Jeśli uczymy je żyć w dżungli, to nic dziwnego, że później tę dżunglę sobie tworzą.

W jakich sektorach zachowania odzierające z godności zdarzają się najczęściej?

We wszystkich. Jeśli jednak miałbym wskazać branże, o których ja słyszę najwięcej, byłaby to bankowość, dziennikarstwo. Mamy do czynienia z rozstawianiem innych po kątach, dyskredytowaniem wartości pracy. Co pomyśleć o tym, że redaktor naczelny mówi do podwładnego: "za dużo zarabiasz"? Redukuje się kogoś do tego, ile pieniędzy może przynieść dla firmy. To nieludzkie, można przecież powiedzieć inaczej: "nie jestem zadowolony z twoich wyników, co z tym zrobimy?".

Mamy wielu biznesmenów, którzy dorastali w innym ustroju. Tam, żeby przetrwać musieli być bezwzględni. To im zostało. Nie chcę więc powiedzieć, że to wina jedynie wielkich korporacji. To raczej składowa naszej kultury pracy.

Kiedyś tak nie było? Nie pamiętam, żeby moja matka, czy ojciec, czy ich znajomi przynosili do domu takie problemy.

Takie zachowania były, mogliśmy ich nie dostrzegać, bo rozgrywały na innym poziomie – podległości społecznej, czy politycznej. A teraz to dotyka poziomu przetrwania.

Który jest bardziej dotkliwy.

Owszem. Od tego poziomu zależy, czy kogoś będzie stać na chleb.

Co odczuwa pracownik, który został odarty z godności? Jakie problemy to może rodzić?

Literatura na temat ofiar mobbingu jest bardzo bogata, a zachowania o których rozmawiamy to jest właśnie mobbing. Jego ofiara zaczyna pytać sama siebie, czy rzeczywiście jest coś z nią nie tak. Zmienia obraz samej siebie. Zaczyna zachowywać się trochę tak, jak ofiara gwałtu – zadaje sobie pytanie "może jestem winien? Może jestem winna?".

Do tego dochodzą objawy depresyjne. I, co ciekawe, pojawia się też stan podobny do tego, który związany jest z PTSD, czyli zespołem stresu pourazowego, na który cierpią ofiary wypadków i żołnierze wracający z frontu.

To oczywiście nie koniec, bo mobbing ma też wpływ na otoczenie społeczne. Takie sytuacje powodują agresję wśród innych pracowników, środowisko zwraca się przeciwko nim. Ofiary mobbingu postrzegane są jako źródło kłopotów. Mówi się, że "jakby siedział cicho, to nic by się nie działo". Fakty często przeinacza się na korzyść mobbera.

Lekarze pracujący w szpitalach psychiatrycznych przyznają, że coraz częściej trafiają do nich ludzie, którzy nie wytrzymują stresu w pracy. Czasem karetka zabiera ich prosto z firmy...

To wcale nie jest dla mnie zaskakujące. To widać, to już nie jest niewygoda, dyskomfort. Ale realny problem. Ludzie doprowadzeni na skraj często rezygnują z pracy, a później mają problem ze znalezieniem kolejnej. Boją się, że spotka ich to samo.

Dlaczego ludzie się na to zgadzają?

Na upokarzanie?

Tak.

Z bardzo różnych powodów. Czasem są zaskoczeni, że ktoś może ich tak potraktować. Nie przychodzi im do głowy, że ktoś może takie rzeczy celowo robić. Innym razem chodzi o nacisk ekonomiczny, strach, że nie będzie już porównywalnej pracy, zarobków, prestiżu. Albo, że nie będzie się miało z czego żyć. Dla młodych ludzi decydującym kryterium jest często kredyt – jeśli odejdę z pracy, nie będę mógł go spłacać. Więc jakoś sobie to wszystko tłumaczę.

Syndrom Sztokholmski?

Nie pamiętam, czy używa się tego pojęcia w tym kontekście, ale to zbliżona sytuacja. Ofiara zaczyna kwestionować swoją narrację, myśli: mój sposób postrzegania świata jest wadliwy. Przyjmuje więc optykę swojego oprawcy.

Ktoś powinien bać szczególnie? Jakieś cechy sprawiają, że jesteśmy podatni na taką sytuację?

Myślę, że to może być każdy z nas, to jest kwestia siły względnej, skłonności do agresji. Może nieco bardziej narażone są osoby ufne wobec świata, wierzące w reguły. Będą łatwiejszymi ofiarami niż te, które miarkują każde słowo i podchodzą do innych z dystansem.

Jak chronić swoją godność?

Za dużo by mówić (śmiech). A tak poważnie, trzeba zacz od prostych rzeczy. Myślę, że my możemy zrobić dla siebie już niewiele, przede wszystkim pamiętać, że takie rzeczy mogą się zdarzać. Brak odpowiedniej kultury ułatwia uruchamianie się takich zachowań.

Trzeba wyjść od początku, kształtować cywilizowane relacje od szkoły, przedszkola. Piętnować przemoc, nie tylko fizyczną, ale i werbalną. Dbać o to, żeby młodzi ludzie byli skłonni do dzielenia się, żeby dzieci uczyły się rozwiązywać konflikty. To brzmi banalnie w sensie porady, ale do wykonania jest bardzo trudne. Trzeba zacząć od dziękuję, proszę, przepraszam, dzień dobry.

Uśmiechnąć się.

Paweł Łuków jest profesorem nadzwyczajnym Uniwersytetu Warszawskiego, pracownikiem Wydziału Filozofii i Socjologii. Jest autorem wielu publikacji z zakresu etyki i filozofii.


Czytaj także:

Rondo 1. Osiemnaste piętro nigdy nie zasypia. Dlaczego biurowce wielkich korporacji żyją późno w nocy?

Choroba zestresowanych pracowników korporacji, biegaczy, młodych matek: tężyczka

Kultura "długich godzin" w agencjach reklamowych. Życie spędzone w biurze nie służy ani pracy, ani pracownikom
Trwa ładowanie komentarzy...