Grupa naTemat

"Dowiecie się, jak podpiszemy". Rząd nie chce zdradzić, co negocjuje z USA w ramach TTIP. Będzie powtórka z ACTA?

Poznań, luty 2012. Czy TTIP to "drugie ACTA"?
Poznań, luty 2012. Czy TTIP to "drugie ACTA"? Fot. Łukasz Ogrodowczyk / Agencja Gazeta
Oficjalnie unijno-amerykańska TTIP ma przynieść obywatelom same korzyści. I choć pojawiają się obawy, że "przy okazji" w dokumencie powrócą zapisy z niesławnej ACTA, Ministerstwo Gospodarki nie chce zdradzić, jakie jest w tej sprawie stanowisko Polski. – Umowa ACTA była procedowana w taki sam sposób – ostrzega Jarosław Lipszyc z Fundacji Nowoczesna Polska.

“Tańsze produkty z USA, kop dla eksporterów i odbudowa gospodarczej siły Zachodu” – pisaliśmy w naTemat przed miesiącem o negocjacjach wokół Transatlantyckiego Partnerstwa dla Handlu i Inwestycji (TTIP).


Ale dziś, dzień po zakończeniu szczytu USA - UE, gdy polscy i zagraniczni politycy podkreślają, że zniesienie ceł i innych barier w handlu między USA a UE przyniesie nam same korzyści, coraz wyraźniej widać, że przy okazji TTIP być może tylnymi drzwiami wprowadza się też rozwiązania szkodliwe dla zwykłych obywateli.

O co chodzi? Choćby o zabetonowanie prawa autorskiego w ten sam sposób, w jaki czyniła to niesławna ACTA. Ale problemów jest więcej. Dziwić musi, że porządkowanie relacji handlowych między USA i Europą objęte jest niemal całkowitą tajemnicą. Przekonał się o tym Jarosław Lipszyc z Fundacji Nowoczesna Polska, który skierował do Ministerstwa Gospodarki dwa proste pytania: czy nasz rząd negocjuje z USA także w sprawach praw autorskich i jeśli tak, to jakie jest jego stanowisko negocjacyjne? Oto odpowiedź, którą otrzymał:

Odpowiedź MInisterstwa Gospodarki
za Prawokultury.pl

(...) wszystkie informacje, które państwa członkowskie UE otrzymują z KE mają charakter zastrzeżony i nie jest możliwym przekazanie ich na zewnątrz administracji. Dotyczy to również prośby Fundacji o udostępnienie tekstu rozdziału IPR i stanowiska Polski w tym zakresie. Zgodnie z przyjętą w UE praktyką tekst porozumienia zostanie udostępniony dopiero w końcowym etapie, po podpisaniu porozumienia przez obie strony. CZYTAJ WIĘCEJ


Co to oznacza? W skrócie: “dowiecie się, jak podpiszemy”. Czy tak podejmuje się ważne decyzje w demokratycznym państwie? Czy znów powtórzy się historia ACTA, które chciano wprowadzić niemal bez żadnych konsultacji z obywatelami? O tych obawach rozmawiamy z Jarosławem Lipszycem.

Kiedy wsłuchać się w głosy płynące z Brukseli czy z ust polskich polityków wydaje się, że umowa TTIP przyniesie Polsce i Europie same korzyści: wzrost eksportu, więcej miejsc pracy, tańsze towary zza Atlantyku, a nawet zniesienie wiz do USA. Na stronie Komisji Europejskiej czytamy też, że “przeciętne gospodarstwo domowe uzyska co roku dodatkowe 545 euro”. Dlaczego więc mamy niepokoić się trwającymi negocjacjami między UE u USA?

Jarosław Lipszyc: Powinniśmy się niepokoić z bardzo prostego powodu: nie znamy stanowiska negocjacyjnego polskiego rządu w kluczowych dla tego porozumienia punktach.

Dlaczego?

Ponieważ polski rząd o tym nie poinformował. Nie wiemy, o co tak naprawdę walczy. Znamy tylko propagandę. Słyszymy obietnice dotyczące tego, co potencjalnie pozytywnego może się zdarzyć, natomiast nie znamy żadnych szczegółów, żadnych konkretów.

Może po prostu negocjacje są jeszcze na wczesnym etapie?

Ale musimy pamiętać, że podstawą procesu demokratycznego jest to, iż społeczeństwo jest informowane o istotnych sprawach nie w formie propagandy i obietnic, tylko w formie faktów. I może działania władz poddać demokratycznej kontroli. Ja nie twierdzę, że to porozumienie jest złe, i że doprowadzi do strasznych konsekwencji. Twierdzę jedynie, że obywatelom należy się prawdziwa informacja, a nie propaganda. I to jest podstawa.

Skąd biorą się porównania TTIP do ACTA?

Stąd, że umowa ACTA była procedowana w taki sam sposób. Kiedy już dowiedzieliśmy się, co jest w środku, okazało się, że to zapisy, które ze społecznego punktu widzenia są nieakceptowalne. Bardzo chcielibyśmy uniknąć identycznej sytuacji w tym wypadku. Chcielibyśmy, żeby po ogłoszeniu, że rząd podpisze TTIP, można było powiedzieć: “Tak, polski rząd podejmuje świadomą decyzję, a społeczeństwo wie, o co chodzi, społeczeństwo zna wszystkie argumenty za i przeciw”.

Ale można mówić o jeszcze jednym wymiarze podobieństw do ACTA: chodzi o to, że wedle przecieków, w TTIP mogą powrócić kontrowersyjne zapisy z niesławnej umowy ACTA.

Ponieważ nie znamy tekstu TTIP, tak naprawdę nie możemy stwierdzić, co to tam jest, a czego nie ma. To jest właśnie problem. Mogę tylko powiedzieć, że Komisja Europejska w oficjalnych pytaniach i odpowiedziach na temat TTIP pisze, iż kwestie związane z prawem autorskim wchodzą w zakres tego porozumienia. Dowiadujemy się także, że celem tego traktatu jest niedopuszczenie do osłabienia praw wyłącznych. To są informacje z Komisji, które choć niesłychanie ogólnikowe, mogą jednak budzić podejrzenia i obawy.

Dlaczego?

Przypomnijmy, że głównym zarzutem wobec ACTA było to, że poprzez związanie systemu polskich praw autorskich traktatem międzynarodowym uniemożliwimy sobie reformę tego systemu. Mówiliśmy wówczas o betonowaniu praw autorskich, sprowadzającym się do tego, żeby nie można było w demokratycznej procedurze zmienić obecnego systemu na jakiś inny. W związku z tym, kiedy czytam oficjalne pytania i odpowiedzi Komisji Europejskiej dot. TTIP, mam wrażenie, że mówimy dokładnie o tym samym mechanizmie. Ale czy ta obawa jest słuszna, tego nie wiemy, ponieważ nie znamy tekstu…

Ale zastrzeżeń jest więcej. Adam Ostolski w swoim wpisie w naTemat zwracał uwagę, że sprawa z TTIP jest o tyle poważniejsza, że ta umowa dotyczy bardzo szerokiego zakresu spraw: “rolnictwo, jakość żywności, ochrona środowiska czy dostępność leków to tylko przykłady pierwsze z brzegu” – pisał Ostolski.

Rzeczywiście, w przestrzeni negocjacyjnej są jeszcze inne tematy potencjalnie interesujące i, ze społecznego punktu widzenia, niebezpieczne. Weźmy chośby wprowadzenie odpowiedzialności państw wobec korporacji.

Chodzi o tzw. arbitraż.

Ten mechanizm może doprowadzić do tego, że decyzje naszych demokratycznie wybranych przedstawicieli będą powodować roszczenia firm amerykańskich. Powodem mają być “potencjalnie utracone przychody”.

Czyli jeśli jakiś zapis prawny będzie szkodliwy dla którejś z firm, będzie mogła domagać się odszkodowań?

To mechanizm, który ze społecznego punktu widzenia i z punktu widzenia standardów demokratycznych wydaje się nieakceptowalny. I budzi ogromne wątpliwości. Takie rozwiązanie oznacza de facto coś w rodzaju podejmowania przez państwo polskie ryzyka finansowego o nieograniczonej skali. A potencjalnymi beneficjentami będą podmioty komercyjne. Gdyby to rzeczywiście działało w ten sposób, narażając polski budżet na wielomilionowe odszkodowania na rzecz zagranicznych firm, to byłby skandal. Proszę sobie wyobrazić: wybrani w demokratycznych wyborach przedstawiciele w Sejmie decyzję co do polskiego porządku prawnego podejmują z pistoletem przyłożonym do głowy.

Jak mogłoby to wyglądać w praktyce?

Weźmy przykład praw autorskich: wyobraźmy sobie, że Polska chce skrócić czas ich obowiązywania. A tego typu dyskusja w Polsce się odbywa: panuje dosyć powszechne przekonanie, że ten czas zbyt długi. I nagle może się okazać, że w wyniku takiej decyzji jakaś firma wykaże możliwość utracenia swoich korzyści.

Mówił pan o “pistolecie przy głowie”. Ale czy nie jest tak, że już dziś jako kraj i jako Unia negocjujemy z USA z pistoletem przy głowie? Tyle, że to jest pistolet trzymany przez Putina. Może wobec agresywnej rosyjskie polityki powinniśmy nie dzielić włosa na czworo tylko szybko i jak najmocniej związać się z USA – także gospodarczo?

Ja osobiście szanuję takie opinie, ale choć nie jestem specjalistą od geopolityki, sądzę, że nie musimy godzić się na podpisywanie umowy na każdych warunkach. Powinniśmy podpisać dokument, który jest dla Europy po prostu korzystny. I korzystny dla jej obywateli. Złą praktyką jest, aby aktualne wydarzenia, nawet bardzo tragiczne, powodowały stanowienie prawa w sposób niedemokratyczny. Jeżeli Putinowi uda się doprowadzić do tego, że Europa w niedemokratycznym procesie zobowiąże się do wprowadzenia prawa, które jest niekorzystne dla jej obywateli, to będzie to jego zwycięstwo.

Na koniec chciałbym wrócić do sprawy pisma, które otrzymał pan z Ministerstwa Gospodarki. Co pan powie na taką odpowiedź? Czego oczekuje od rządu?

Oczekiwałbym ujawnienia polskiego stanowiska negocjacyjnego i doprowadzenia do odtajnienia tekstu. Strony negocjujące używają argumentu, że żeby negocjować, potrzebna jest poufność, bo druga strona nie może znać naszych prawdziwych celów. Ale przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by ujawniać te dokumenty, które zostały już przedstawione stronie amerykańskiej. Jeśli naprawdę chodzi tylko o pozycję negocjacyjną, rząd nie ma powodów, by je ukrywać. To, co zostało przedstawione stronie amerykańskiej, powinno także zostać przedstawione polskiemu społeczeństwu. Argument o poufności jest po prostu nadużywany.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
USAUnia EuropejskaPolityka międzynarodowa
Skomentuj