Maroko magiczne miejsce, mój drugi dom - mówi Lidia Kuligowska. Razem ze znajomymi organizuje wyjazdy na surfing do Maroka.
Maroko magiczne miejsce, mój drugi dom - mówi Lidia Kuligowska. Razem ze znajomymi organizuje wyjazdy na surfing do Maroka. Fot. archiwum prywatne/Lidia Kuligowska

Lidia Kuligowska pracowała jako pilot wycieczek dla turystów. Stwierdziła, że czas skończyć z życiem na walizkach i wybrała mało popularny zawód: dziś jest media plannerem. „Po godzinach” maluje obrazy i fotografuje, a jej zdjęcia można znaleźć na blogu modowym. Kiedy tylko może, ucieka w góry żeby pojeździć na rowerze na trasach zjazdowych. Ostatnio często jeździ też do Maroka, gdzie uczy się surfingu, to jej nowa pasja. – Uwielbiam adrenalinę. Ale trzeba też wiedzieć, kiedy można odpuścić – mówi Lidia.

REKLAMA
Czym się zajmuje Media Planner? To nie jest chyba zbyt popularny zawód?
Planuje kampanie reklamowe w mediach. Zastanawiamy się co chcemy powiedzieć i gdzie, potem dobieramy media i pilnujemy, żeby kampania szła zgodnie z planem i z terminarzem. Wbrew pozorom, to praca oparta głównie na liczbach, tabelkach i badaniach. Statystyki pokazują np. jak duża jest grupa docelowa i czy jakaś gazeta do niej dociera. Czy lepsza będzie na przykład telewizja albo internet? Zaplanowanie całej kampanii i obserwowanie jej później w mediach to wielka satysfakcja. I adrenalina, bo wszystko dzieje się bardzo szybko, a media ciągle się zmieniają. No, i mam ciągłą możliwość rozwoju. W domu mediowym pracuję od 5 lat i znalazłam się tam zupełnie przez przypadek. Ale spodobało mi się i tak już zostałam w mediach.
Ale najpierw przez wiele lat pracowała Pani w turystyce i pilotowała wycieczki dla turystów...
Studiowałam turystykę. Zaraz po studiach złapałam pierwszą pracę: zostałam pilotem wycieczek po Polsce. To było spełnienie marzenia, bo zawsze chciałam podróżować i zarażać tym wszystkich dookoła. Kiedy byłam mała, to uwielbiałam jeździć autobusem i myślałam sobie wtedy jak fajnie byłoby móc nim zwiedzać cały świat i wyglądać zza tych wielkich okien. To jest praca na walizkach, więc po kilku latach odpuściłam. Ale bardzo dobrze wspominam ten czas.
Było też kilka zabawnych sytuacji, bo jeździłam głównie z dziećmi i młodzieżą. Świetnie się dogaduję z dzieciakami, więc tym bardziej mi się podobało. Ale pamiętam, że raz jechałam z wycieczką z prywatnej szkoły. Grupa 16 i 17-latków, nocowaliśmy gdzieś trzydzieści kilometrów pod Lublinem. Byli na tyle kreatywni, że zorientowali się gdzie w mieście jest nocny monopolowy, zrzucili się na taksówkę i wysłali ją po zaopatrzenie. Potem przemycali to oknem, pamiętam że nauczyciele ich złapali, a tam same dobre i markowe wódki. Ale cóż za poświęcenie! :)


Maluje Pani pejzaże i ma za sobą już trzy wystawy. Ma Pani talent malarski?
Maluję odkąd pamiętam, od podlotka. Najpierw były rysunki, a dopiero później nauczyłam się pisać. Maluję przeważnie pejzaże i tematy wiejskie, obrazy farbą olejną na płótnie. Mam za sobą trzy wystawy. Pamiętam swoje zdziwienie, kiedy po pierwszej udało mi się sprzedać wszystkie moje prace... Malarstwo to dla mnie forma relaksu, kiedy mam wolną chwilę albo potrzebuję się zrelaksować, to rozstawiam w domu sztalugi, farby i maluję. Głównie dla siebie, ale zdarza mi się na zamówienie. Rysuję też szkice ludzkie. Jako nastolatka miałam lekcje malarstwa, ale wtedy nie byłam zbyt zaangażowana i je rzuciłam. Może to był błąd.
logo
Fot. Lidia Kuligowska/archiwum prywatne

A fotografia? To kolejna pasja?
Fotografia i malarstwo się przenikają. Kiedy nie mogę albo nie umiem czegoś namalować, robię zdjęcie. To sprowadza się do umiejętności patrzenia. Bardzo lubię wypuszczać się „po godzinach” z aparatem na miasto i robić zdjęcia, fotografować to co mnie zainspiruje. Choć do tego wystarczy też telefon komórkowy :) Kiedy tylko mam czas, robię zdjęcia na bloga mojej koleżanki, która jest blogerką modową. Myślę też o założeniu swojego bloga o modzie albo o podróżach. Ale chyba jeszcze nie dorosłam do tego pomysłu.

Żeglarstwo, wspinaczka, bieganie, basen, fitness, rower... Uprawia Pani mnóstwo sportów. Niektórym nie chce się nawet połowy tego.
Czasem bardzo ciężko jest znaleźć czas :) We wtorek fitness, w czwartek basen i jeszcze przydałoby się pobiegać :) Ale ja cały czas staram się być w ruchu, lubię spędzać czas aktywnie. Lepiej się czuję i lepiej myślę, to dobre dla zdrowia. Jestem z natury ciekawska i próbuję różnych sportów. Czasem się sparzę i stwierdzę: „niee, to nie dla mnie”. A czasem trafię w dziesiątkę. Tak było na przykład z żeglarstwem. Mam przyjaciół, z którymi znamy się od liceum i kilka razy w roku jeździmy na żagle. Przeważnie nad Zalew Zegrzyński pod Warszawę, bo na dalsze wypady nie zawsze jest czas. To jest wielki relaks, nigdzie się tak nie wyciszam jak na łódce.
Za to zaczęła Pani uczyć się surfingu.
Zaraziłam się w tym roku. Pływanie na desce to świetny sport, adrenalina i wiatr we włosach! Surfing stał się moim ulubionym sportem. Odkryłam go w Maroko, w moim drugim domu. Wraz ze znajomymi organizujemy wyjazdy do Maroko na surfing, można nas znaleźć pod nazwą Holly Cow, jesteśmy dostępni na facebooku. Mamy nauczycieli pływania na desce, a każdy kto spędza z nami czas wraca „pozytywnie” nastawiony. Uwielbiam organizować wyjazdy, dla osób ciekawych świata i głodnych odpoczynku w niestandardowy sposób. Maroko, to magiczne miejsce. Tak blisko Europy, a tak bardzo inne i egzotyczne. Tu odpoczywa nie tylko nasze ciało ale i nasz umysł. Powiadają że Maroko rozwija skrzydła duszy, dzięki czemu stajemy się szczęśliwi... coś chyba w tym jest.



Ale rower wciąż jest ulubiony? Zdaje się, że Pani preferuje wersję ekstremalną.
Rower jest moim oczkiem w głowie i sposobem na życie. Jeżdżę od 15 lat, mam za sobą udział w maratonach górskich i zawodach zjazdowych. To ostatnie naprawdę było dość niebezpieczne, teraz już raczej tego nie robię. Ale w każdej wolnej chwili, kiedy tylko mogę, wyjeżdżam w góry na rower, żeby pojeździć na trasach zjazdowych. To jedna z odmian kolarstwa górskiego, zjeżdża się rowerem po dość stromych górskich zboczach. Mnie daje ogromną energię i adrenalinę.
Część moich znajomych to zapaleni rowerzyści. Są radykałami, straszą pieszych na ścieżkach rowerowych... Pani też?
Nieee :D Ale wiem o jaki rodzaj radykalizmu chodzi. Ja w zasadzie nie jeżdżę rowerem po mieście. Muszę mieć las, przestrzeń, góry... Chociaż jazda rowerem po mieście też jest trochę ekstremalna. Trąbiące samochody, wredni piesi i inni rowerzyści... czasem to walka o przetrwanie :)

Zdaje się, że bardzo lubi Pani adrenalinę...
To zdrowe! Mobilizuje i pozwala wyrzucić z siebie wszystkie złe emocje. I adrenalina chyba też troszkę uzależnia.
Można chcieć więcej? Więcej czasu, więcej od życia?
Oczywiście. Ale równie ważne jest, żeby nauczyć się odpuszczać. Nie ma sensu się przeciążać. Jeśli wiem, że z czymś nie dam rady to zostawiam, bo wiem że rano wstanę świeża, wypoczęta i zrobię dwa razy lepiej. Trzeba nauczyć się równowagi, kompromisów. Jeśli chcemy czegoś za bardzo i się napinamy, to nigdy nie wyjdzie.

Zapraszamy do dyskusji

Co Wy o tym sądzicie? Czy doba powinna być dluższa? ;-) Czy myślicie, że pogrzebiemy wreszcie topos Matki-Polki, która ma pracować dla dobra społeczeństwa, dzieci i mężczyzny, a nie może się spełniać sama w tym co robi? Czy zdrowy egoizm musi się wykluczać z miłością do partnera i dzieci?