Konkurenci ułatwiają prezydentowi walkę o reelekcję. Bronisław Komorowski na jubileuszu 25. lecia Pracodawców RP.
Konkurenci ułatwiają prezydentowi walkę o reelekcję. Bronisław Komorowski na jubileuszu 25. lecia Pracodawców RP. Fot. Wojciech Grzedzinski/KPRP

Wyklarowała się już stawka kandydatów na prezydenta. I wydać, że właściwie wszystkie siły polityczne oddały wyścig walkowerem. Liderzy partii, zawodnicy wagi ciężkiej, bali się przegranej z Bronisławem Komorowskim i wystawili zastępców. Szczególnie należy się dziwić PiS-owi, który tym samym wzmacnia prezydenta z PO przed swoimi ewentualnymi rządami.

REKLAMA
Trudno startować w z góry przegranych wyborach. A takie właśnie będą dla konkurentów Bronisława Komorowskiego wyglądały wybory prezydenckie. I choć dla każdego polityka najważniejsze są najbliższe wybory, odpowiedzialni liderzy myślą także długofalowo. Tymczasem szefowie polskich partii postawili na minimalizowanie strat w majowych wyborach. A to błąd.
Nie ma odważnych
Bo tym właśnie jest rezygnacja ze startu Jarosława Kaczyńskiego, Leszka Millera i Janusza Piechocińskiego. Prezes PiS boi się powtórki z 2010 roku, kiedy przegrał z kandydatem PO w drugiej turze. Dwaj pozostali są niepewni swojej pozycji we własnych ugrupowaniach, a słaby wynik w wyborach prezydenckich dałby wewnętrznej opozycji argumenty do zmiany przywództwa.
Dlatego każda z partii wystawia substytut, żaden - z całym szacunkiem - nie dosięgający do formatu Bronisława Komorowskiego. Dlatego opozycja odpuszcza i mimowolnie wzmacnia kandydata, którego będzie popierała rządząca Platforma Obywatelska. I choć politycy PiS przekonują, że celem jest druga tura “w której wszystko jest możliwe”, potencjał Dudy jest ograniczony.
Kalkulacje na wyrost
O ile w 2010 roku Kaczyński mógł walczyć z Komorowskim jak równy z równym, tak tegoroczne starcie będzie przypominało pojedynek Gronkiewicz-Sasin (kandydat PiS zdobył w II turze niewiele ponad 41 proc.). A i tak dobrze, bo może skończyć się jak cztery lata wcześniej - Czesław Bielecki przegrał z kandydatką PO już w pierwszej turze, zdobywając zaledwie 23 proc. głosów.
Kalkulacja PiS jest prosta: Andrzej Duda musi dobić do 30 proc. poparcia, a reszta peletonu podzieli między siebie 20 procent i mamy drugą turę. Ale to myślenie tyle proste, co naiwne. Bo kto miałby to zrobić, skoro wszyscy oddają wybory walkowerem? Magdalena Ogórek, której Leszek Miller nie pozwolił nawet odpowiedzieć na merytoryczne pytania? (jej kandydaturę analizowałem w tym tekście)
A może Janusz Korwin-Mikke? On nie dość, że nie ma siły ani pieniędzy na kampanię, to jego własny obóz polityczny się buntuje, a on przez sprawy obyczajowe stał się bohaterem tabloidów. O jego drodze od bohatera do zera pisałem tutaj. Ciekawym kandydatem może być Adam Jarubas, marszałek województwa świętokrzyskiego i jeden z najbliższych współpracowników Janusza Piechocińskiego, którego ludowcy mają wystawić.
Bieda aż piszczy
Ale jest on jeszcze mniej znany niż Duda czy Ogórek, a i PSL jest mocno podzielony i ludzie Waldemara Pawlaka nie będą się palić do wypruwania żył w czasie jego kampanii. Poza tym PSL jeszcze nie wylizał ran stracie 60 mln zł, a na tyle ocenia się koszt utraconych subwencji i kosztów obsługi długu.
Ogromnym problemem są pieniądze. Żadna z opozycyjnych partii nie śmierdzi groszem, a przecież jesienią są wybory parlamentarne, w których walka toczy się o znacznie większą władzę (i dotację z budżetu). Dlatego na kampanii prezydenckiej każdy będzie chciał przyoszczędzić, tak jak PiS w Warszawie w wyborach samorządowych.
Niewidoczny jak Duda
Już dzisiaj to widać. A właściwie nie widać, bo poza świątecznym spotem-życzeniami Andrzej Duda jest niewidoczny. Tak mało znany polityk powinien wykorzystywać każdą chwilę, by się wypromować. Tymczasem kandydat PiS jeździ po Polsce, by przekonywać przekonanych. Jak wynika ze zdjęć publikowanych na Twitterze przez Joachima Brudzińskiego, Duda spędził dwa dni na spotkaniach z działaczami PiS. Bo na większe działania nie ma pieniędzy.
logo
Fot. Zrzut ekranu z twitter.com/jbrudzinski
To z kolei ułatwi Bronisławowi Komorowskiemu zdystansowanie się od PO. Oczywiście bez pieniędzy partii-matki nie uda się mu przeprowadzić kampanii (ma wyłożyć 15 mln zł - podaje "GW"), chociaż spotkania wyborcze mogą być finansowane jako wizyty gospodarskie głowy państwa, tak jak przez ostatnie 4,5 roku. Ale już dzisiaj Komorowski, kiedy tylko może, zaznacza dystans od Platformy.
Komorowski nie pomoże PO
Wszak jego sytuacja jest zgoła inna niż walczącego o reelekcję Aleksandra Kwaśniewskiego. Wtedy SLD było na fali wznoszącej, na czele z kanclerzem Millerem szło po przygniatającą wygraną w wyborach parlamentarnych w 2001 roku. Platforma jest poobijana siedmioma latami rządów, PiS już pakuje kartony do zasiedlenia ministerstw, wybory prezydenckie tylko mu w tym pomogą.
Komorowski kampanię będzie prowadził swoimi ludźmi, najprawdopodobniej nie zaangażuje w nią pomocników z partii, tylko swoich ministrów. Według Renaty Grochal jedynym "partyjnym" w sztabie ma być Robert Tyszkiewicz. Pięć lat w Belwederze oddaliło go od PO, działacze nie traktują go już jako “swojego człowieka”. Dlatego dla partii rządzącej najbliższe cztery miesiące to będzie czas marazmu i obserwowania toczącego się obok wyścigu.
Wielka (de)moblizacja
Po tak długiej przerwie trudno będzie Ewie Kopacz zmobilizować swoich partyjnych kolegów do walki o Sejm i Senat. Tym bardziej, że w tej kwestii daleko jej do Donalda Tuska, który swoim objazdem Tuskobusem przechylił szalę zwycięstwa w 2011 roku. Podczas kampanii samorządowej Kopacz też jeździła, ale była zupełnie niewidoczna.
Dlatego jeśli założyć zwycięstwo PiS w wyborach samorządowych jesienią, partia Kaczyńskiego oddając Belweder walkowerem działa na swoją szkodę. Bo w warunkach kohabitacji, czyli rządów prezydenta i premiera z wrogich obozów, Komorowski będzie się podpierał wynikiem wyborów. Trudno będzie rządowi zignorować głos polityka, na którego zagłosowało w pierwszej turze ponad 50 proc. Polaków.
W udzielonym naTemat wywiadzie wicepremier Janusz Piechociński przewidywał, że to jednak Jarosław Kaczyński wystartuje w wyborach. Jeśli jego prognoza się sprawdzi, a po trudnym początku Magdaleny Ogórek rękawicę podejmie też Leszek Miller kampania może nabrać rumieńców. W przeciwnym wypadku będzie dla Komorowskiego spacerkiem, a opozycja będzie za kilka miesięcy żałowała, że dziś zabrakło jej odwagi.