Nawet uchodźcy nie chcą mieszkać w Polsce."Płaczą, gdy dowiadują się, że to nie Niemcy. Polska da im bilet powrotny"

Nawet w tak gorących czasach uchodźcy nie szturmują polskich granic. Nasz kraj traktuje się wciąż raczej jako przystanek w ucieczce na Zachód.
Nawet w tak gorących czasach uchodźcy nie szturmują polskich granic. Nasz kraj traktuje się wciąż raczej jako przystanek w ucieczce na Zachód. Fot. Baciu / Schutterstock.com
– Moi kuzyni, którzy uciekli do Dortmundu coraz głośniej się ze mnie śmieją, że uwierzyłem w Polskę – żali się iracki uchodźca. Po jego piekle biurokratycznej walki o szansę na nowe życie w Polsce nie dziwi już, że fala uchodźców zalewająca Europę omija nasz kraj. – Nawet więc ci, którzy na papierze wybierają Polskę, w rzeczywistości często traktują ten kraj tylko jako przystanek w dalszej drodze na Zachód. Tak będzie nawet z Ukraińcami, których przyjmujemy dziś chętniej niż na przykład Arabów – przyznaje prof. Janusz Czapiński.

Dlaczego Polska jako jeden z niewielu krajów Europy nie ma szansy walczyć ze starzeniem się społeczeństwa i zapaścią demograficzną dzięki napływowi cudzoziemców? Ci przecież napływają na Stary Kontynent w tempie i ilości, której nie notowano od wielu lat. Spora fala uchodźców uderzyła w ostatnich latach w Niemcy, Włochy, Hiszpanię, Francję i kraje skandynawskie. Uciekają tam nie tylko Syryjczycy i Irakijczycy, których kraje opętało piekło gotowane przez Państwo Islamskie, ale także ci, którzy szukają na Zachodzie życia lepszego niż to, na które mogą liczyć w Rosji, na Ukrainie czy autorytarnych krajach Azji.


Nikt nie chce do Polski
Z jakiegoś powodu większość z nich omija jednak możliwie szerokim łukiem Polskę. Nawet wówczas, gdy w roku 2013 polskie statystyki dotyczące migracji poszybowały rekordowo w górę, w rankingach atrakcyjności imigracyjnej byliśmy na końcu światowej i europejskiej stawki. Przybysze z innych krajów od Polski wolą nie tylko stare demokracje zachodnie, których renomie nie zaszkodziły nawet wciąż odczuwalne tam echa globalnego kryzysu. Od słynnej polskiej "zielonej wyspy" na nowy dom wybierają sobie inne kraje tzw. "nowej UE".

– Bo żadna rzeka nie płynie pod górę... – zaczyna swój komentarz psycholog społeczny, prof. Janusz Czapliński. – Standard życia w Polsce wciąż jest kilkakrotnie niższy niż w najbardziej rozwiniętych krajach Unii Europejskiej. Nawet więc ci, którzy na papierze wybierają Polskę na swój nowy dom, w dużej mierze w rzeczywistości traktują ten kraj tylko jako przystanek w dalszej drodze na Zachód – stwierdza profesor w rozmowie a naTemat. Janusz Czapiński zauważa, że uchodźców rozważających ucieczkę ze swojej ojczyzny w nasz region skutecznie do Polski zniechęca też fakt, że tylu Polaków uciekło do Wielkiej Brytanii, Skandynawii, czy Niemiec.


W dużej mierze to właśnie sprawia, że w minionym roku zaledwie nieco ponad 8 tys. osób właśnie w Polsce prosiło o status uchodźcy. To ułamek podobnych statystyk innych największych państw europejskich. I co ciekawe, nawet wybuch wojny pomiędzy naszymi sąsiadami nie powodował, by w Polsce uciekinierów z innych regionów znalazło się dużo więcej. Wręcz przeciwnie, w porównaniu z poprzednim rokiem nastąpił spadek takich wniosków prawie o 50 proc.

Wielu od złożenia prośby o pomoc skierowanej do Polaków zniechęciły zapewne wieści, że absolutną większość osób starających się o szanse na nowe życie nad Wisłą odesłano 2013 roku z kwitkiem. Szef Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców w 85 proc. przypadków umorzył bowiem postępowanie, a kolejne 12 proc. spraw zakończyło się decyzją negatywną. Status uchodźcy nadano tylko 1 proc. osób, 1,5 proc. szczęśliwców otrzymało zgodę na pobyt tolerowany, a 0,5 proc. mogło liczyć na inny typ ochrony międzynarodowej.

W ubiegłym roku w ujęciu procentowym wszystko to wygląda lepiej, ale tylko ze względu na to, że mniej cudzoziemców zmuszonych do ucieczki ze swojej ojczyzny o pomoc Polskę poprosiło. Pozytywnie na ten apel odpowiedzieliśmy tylko stu osobom więcej niż rok wcześniej. W większości udało się wywalczyć to Ukraińcom. Rosjanie z Kaukazu, Gruzini, przybysze z Bliskiego Wschodu, czy południowo-wschodniej Azji wciąż podrożą do Polski mogli napytać sobie tylko dodatkowej biedy. Dlatego wielu z nich od Polski woli na nowy dom przykład Czechy, Estonię, czy Słowenię.
prof. Janusz Czapiński
psycholog społeczny

Większa atrakcyjność Czech od Polski nie dziwi, bo obok Francji to jeden z krajów europejskich, w których religia odgrywa najmniejsze znaczenie w sprawach społecznych. Oni zdecydowanie bardziej tolerancyjnie od nas traktują ludzi z innych kręgów kulturowych. Polska to tymczasem kraj niezwykle homogeniczny i społeczeństwo naszpikowane uprzedzeniami. Do tego standard życia nie jest najwyższy, więc trudno się dziwić, że nikt nie marzy o życiu w Polsce.

"Najgłośniej płaczą Azjaci"
– Na wieść, że to dopiero Polska, a nie Niemcy lub Szwecja i koniec wycieczki, najgłośniej płaczą Azjaci. Oni uciekają z określonym planem i marzeniami, z które często płacą relatywne fortuny – mówi mi doświadczony oficer Straży Granicznej. – Ci ludzie czasem wpadają w załamanie, albo jakąś niewyobrażalną agresję, bo w ułamku sekundy wiedzą, że stracili wszystko. Gdyby nawet ich złapali Niemcy, to mieliby wciąż szansę zostać w Europie. Tymczasem, jak to sobie planowali, to naczytali się dobrze, że Polska prawdopodobnie zaoferuje im raczej długi pobyt w zamkniętym ośrodku i bilet powrotny – dodaje.

Strażnik podkreśla, że nie przypomina sobie, by któryś z przyłapanych przez niego na nielegalnym przekraczaniu granicy cudzoziemiec zeznał, że to właśnie Polska była krajem, do którego uciekał. – Dla nich złapanie na terytorium Polski to najgorsze, co mogło się wydarzyć. Tyle męczarni, a wszystko legnie w gruzach tuż przed metą. I to w państwie, które nie tylko nie ma najlepszej renomy jeśli chodzi o poziom życia, ale i słynie z tego, że cudem można się tu legalnie zaczepić – tłumaczy mój rozmówca.

Nabrani na słynną gościnność
Ci, którzy Polskę wybrali na drodze ucieczki ze swojej ojczyzny świadomie, również nie tryskają radością. Jednym z nich jest Azad Nouri, któremu dopiero po kilku latach od emigracji z Iraku do Polski udało się uzyskać pewność, że na pewno może rozpocząć budowanie nowego życia nad Wisłą.
Azad Nouri
imigrant z Iraku

Przechwalacie się na całym świecie polską gościnnością, ale kiedy próbujesz się tu sprowadzić, to niewiele jej widać. Czuję się pod tym względem bardzo oszukany. O polskiej gościnności nasłuchałem się jeszcze za dziecka, gdy do domu przychodzili zaprzyjaźnieni z ojcem polscy inżynierowie. Potem tyle o niej mówili też polscy żołnierze, którzy wręcz namawiali, by uciekać tutaj. Jak się na to zdecydowałem to musiałem przejść biurokratyczne piekło, by ktoś pozwolił mi tu uczciwie pracować. W kraju, w którym podobno brakuje siły roboczej

Jak wspomina, gdy po przyjeździe do Polski złożył wniosek o nadanie statusu uchodźcy, przeraził się, że całe oszczędności wydane na przenosiny tutaj w kilka chwil pójdą na nic. – Na starcie urzędnik powiedział mi, że jeżeli jedyny powód, dla którego uciekłem z Iraku to bieda, to jest to zbyt mało. Pokazał mi tabelkę, w której wypisane było, że musieliby chcieć mnie zabić za niewłaściwą rasę, religię, narodowość lub przekonania polityczne. I stwierdził, że moje uzasadnienia się na to nie łapie. Na szczęście udało mi się to zmienić, wskazując na zagrożenie zemstą za współpracę z Amerykanami i Polakami – mówi Azad.

Najbardziej 42-letniego Irakijczyka w sile wieku przygnębiło jednak to, że długo musiał czekać też na zgodę na to, by szukać pracy. – A kiedy wreszcie mogłem jej szukać, to okazało się, że tu nawet do pracy fizycznej przy jakichś brudach trzeba mieć plecy. Ja jestem handlowcem wykształconym, mam odpowiednie szkoły, mówię dobrze po angielsku, ale usłyszałem od jednego z pracodawców, że ludzie braliby mnie za Cygana, a to źle w Polsce wygląda. Generalnie, ile razy "wychodziłem przed szereg" z samodzielnością, dostawałem po głowie. Na wszystko trzeba było mieć dopiero urzędowy papier – dodaje.

– Moi kuzyni, którzy dwa lata wcześniej uciekli do Dortmundu coraz głośniej się ze mnie śmieją, że uwierzyłem w Polskę. Oni planują już założenie własnej firmy i są na prostej drodze do nowego obywatelstwa. Ja w Polsce czuję się nie najgorzej, ale prawda jest taka, że ledwo wiążę koniec z końcem i wciąż boję się, że jakiś urzędnik uzna, że trzeba mnie odesłać. Dobrze, że mam tu przynajmniej coraz więcej przyjaciół, którzy pomagają mi zrozumieć, o co u was naprawdę chodzi – stwierdza.

"Masy muzułmanów" Polsce nie trzeba, ale...
Jak tłumaczy prof. Czapiński, łatwość ewentualnego osiedlenia się na stałe zależy od tego, z jakiego kraju uchodźcy przybywają do Polski. – Osobiście wolałbym raczej, by nasz rynek pracy zasilali raczej ludzie pochodzący z krajów o podobnej kulturze. Czyli na przykład Ukraińcy, którzy znacznie łatwiej dostają w Polsce szanse na osiedlenie się. Obawiam się jednak, że i oni będą Polskę traktować jako przystanek, z którego można uciec dalej na Zachód. I oni nie pomogą nam uporać się zapaścią demograficzną – ocenia ekspert.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...