
Dwa lata temu ogłosił, że rezygnuje z występów w reprezentacji Polski. Jego decyzja od początku dziwiła, a w ostatnim czasie coraz bardzie zastanawia. Mariusz Wlazły wyraził bowiem chęć powrotu do kadry siatkarskiej na igrzyskach w Londynie. Jednak trener Andrea Anastasi kategorycznie odrzucił takie rozwiązanie. Czy polska siatkówka może sobie pozwolić na pomijanie jednego z najlepszych atakujących świata?
REKLAMA
Tegoroczny sezon reprezentacyjny w siatkówce zapowiada się niezwykle ciekawie. Już w ten weekend polskich fanów czeka nie lada gratka. Nasi zawodnicy na początku kolejnej edycji Ligi Światowej zagrają z Brazylią
Ale to tylko przedsmak największych atrakcji, które nadejdą na przełomie lipca i sierpnia. Wówczas w Londynie zostanie rozegrany olimpijski turniej siatkarski. Polska reprezentacja będzie jednym z faworytów do medalu. Cóż, może nawet do tego najważniejszego. W spełnieniu tego wielkiego marzenia polskich kibiców i siatkarzy swoją pomoc zaoferował ostatnio Mariusz Wlazły. Ten sam, którego rozbrat z reprezentacją Polski trwa już od dwóch lat. Selekcjoner Andrea Anastasi powiedział jednak stanowczo: "Nie".
Szkoleniowiec podkreślał w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego", że rozmowy w tej sprawie były toczone z inicjatywy zawodnika. Co ważniejsze, dodał, że powrót atakującego do kadry jest niemożliwy. Po pierwsze, bo jest za późno na jego zgłoszenie do składu. Po drugie, bo byłoby to nie w porządku wobec innych graczy.
Swoją wersję przedstawia też Wlazły. Odmienną. Przekonuje, że w ostatnim tygodniach był szczególnie mocno namawiany do powrotu. I wierzył, że będzie mógł ponownie zagrać dla Polski. Prezes PGE Skry Konrad Piechocki dodawał , że rozmawiał na ten temat z Anastasim niedawno, w trakcie meczów finałowych w Rzeszowie. I wówczas Włoch deklarował, że nadal liczy na zawodnika.
Pytanie tylko, czy wzajemne negocjacje miały sens, skoro i tak ich końcowy efekt mógł być tylko jeden: siatkarz nie zagra na igrzyskach. A może Wlazły mógł i powinien znów założyć koszulkę z orzełkiem na piersi?
Po mistrzostwach świata we Włoszech w 2010 roku Mariusz Wlazły zapowiedział, że nie zamierza dalej występować w drużynie narodowej. Początkowo jednak chciał jednak tłumaczyć swojej decyzji. Dlaczego? Przekonywał, że tak umówił się z szefami PZPS-u. - Dałem swoje słowo i go dotrzymam - zaznaczał. Po jakimś czasie musiał jednak zareagować. Prezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej
Mirosław Przedpełski w wywiadzie dla "Polska The Times" twierdził, że głównym powodem wzajemnych nieporozumień jest trudny charakter atakującego PGE SKry i jego ciągłe pretensje o wszystko.
- Mariusz zdystansował się od kadry jakiś czas temu. I nie dał się przekonać do zmiany swojego stanowiska. Mimo to, zawsze powtarzałem, że to jego osobista decyzja, którą należy po prostu uszanować - podkreśla Ireneusz Mazur.
Wszystkie spekulacje odnośnie motywów, jakimi się kierował, siatkarz próbował uciąć wydając specjalne oświadczenie. Przekonywał, że nie jest to jego "kaprys", "widzimisie", tylko postanowienie podparte mocnymi argumentami. Wspominał o tym, że był źle traktowany przez szefów związku. M.in przypominał, że podczas poprzednich igrzysk w Chinach zagrał, mimo iż dokuczała mu kontuzja palca. A działacze mieli mu obiecywać, że otrzyma później pieniądze z ubezpieczenia. Jak twierdzi, nie dostał. Z kolei gdy długo zmagał się z kontuzją kolana, również nie było odzewu ze strony działaczy.
- Uwierzcie mi, że jeżeli gra w reprezentacji byłaby tylko zaszczytem i honorem, na pewno bym w niej grał. Niestety, coraz wyraźniej widzę, że nie będę miał możliwości tych marzeń zrealizować. I z pewnością nie jest to moja wina. - pisał polski atakujący. Pamiętając o tych słowa, ostatnie informacje o jego chęci powrotu do drużyny, były kompletnym zaskoczeniem.
Wlazły nie zmienił zdania nawet po tym, jak nowym selekcjonerem polskiej drużyny został Andrea Anastasi. Włoch od początku swojego pracy w naszym kraju deklarował, że pozostawia dla Wlazłego otwarte drzwi do kadry.Mimo tego, siatkarz nie zagrał w reprezentacji w poprzednim sezonie. Nie wystąpił także podczas jesiennego Pucharu Świata w Japonii, na którym to nasza drużyna wywalczyła przepustkę do Londynu.
Decyzja zawodnika PGE Skry Bełchatów podzieliła polskie środowisko siatkarskie. Jedni nawoływali, by ją uszanować. Inni przekonywali, że jest ona o tyle niezrozumiała, co również niepoważna.
Wlazły spotykał się z nieprzyjemnościami nawet podczas spotkań ligowych PlusLigi. Bywał wygwizdywany. Wlazły nie należy jednak do ludzi, których łatwo przestraszyć. Nie waha się, by jasno zakomunikować wszystkim swoje zdanie. Gdy czuł, że nie będzie dostatecznym wsparciem dla drużyny narodowej podczas Mistrzostw Europy, zrezygnował z zawodów.
Sprawa Mariusza Wlazłego zapewne nigdy nie zostanie ostatecznie wyjaśniona. Faktem jest, że za sukcesami naszych reprezentantów nie zawsze idzie pełne wsparcie ze strony związku siatkarskiego. Sam zainteresowany przypominał, że terminowe wypłacanie premii niekoniecznie jest standardem w przypadku polskiej reprezentacji.
Ostatnio nazwisko Wlazłego znów wywołuje kontrowersje. Selekcjoner zaznacza, że pomysł rozmów z siatkarzem nie wyszedł od niego. Ten z kolei twierdzi odwrotnie.
- Stojąc z boku, trudno nam zrozumieć, dlaczego dwie strony przedstawiają zupełnie odrębne stanowiska. Nie wiadomo w końcu, kto kogo namawiał i dlaczego. Wydaje mi się, że nastąpiło po prostu pewne nieporozumienie. Intencje siatkarza były chyba szczere, chciał dołączyć do drużyny na igrzyska. Pomóc chłopakom. Na pewno jego powrót byłby dla naszej kadry dodatkowym wzmocnieniem - przekonuje Mazur.
- Nie podlega wątpliwości, że jest to strata dla naszego zespołu. Wlazły to klasowy atakujący, który byłby wzmocnieniem dla drużyny w każdej chwili - podkreśla Zbigniew Zarzycki.
Sytuacja wydaje się o tyle dziwna, iż zasadne było podjęcie dialogu w tej sprawie, to za pertraktacje zabrano się jednak zdecydowanie za późno.
- Warto było prowadzić rozmowy odnośnie powrotu Wlazłego. Ale to dziwne, że odbyły się one dopiero teraz. Należało siąść do nich tydzień lub dwa tygodnie wcześniej, gdy ruszały przygotowania do sezonu. Teraz ciężko byłoby Anastasiem wkomponować atakującego do drużyny. Logika działań powinna być następująca: albo wcześniej decydujemy się na takie rozwiązanie, albo zapominamy o sprawie. Dlatego nie do końca jasny jest cel tych rozmów, które podobno były prowadzone - zauważa Mazur.
Pytanie, czy reprezentacja Polski nie traci zbyt wiele na wspomnianych nieporozumieniach. Choć w ataku możemy liczyć na Jakuba Jarosza czy Zbigniewa Bartmana, to brakuje Piotra Gruszki, który zakończył karierę w ekipie narodowej. W związku z tym, powrót Wlazłego mógłby okazać się dla nas bardzo cenny. Ale też trzeba pamiętać, że bez tego zawodnika polska kadra radzi sobie całkiem nieźle. Zachodziła wysoko w kolejnych ważnych imprezach i jest wymieniana wśród kandydatów do medalu olimpijskiego.
- Sprawa Wlazłego zawsze wydawała się podejrzana. Wyglądało to tak, jakby zawsze był z nim jakiś problem. Jakby występowanie w drużynie narodowej nie było dla niego priorytetem. Jak twierdzą działacze, kaprysy zawodnika nie ułatwiały rozmów - wspomina Zbigniew Zarzycki, były siatkarz.
- To nieprzyjemna sytuacja. Bo choć mamy do czynienia z wybitnym atakującym, to jednak włoski szkoleniowiec nie chce za pewno psuć atmosfery w zespole. Zespole, który dobrze funkcjonuje. Pewnie dlatego odmówił Wlazłemu. Tym bardziej, że to inni wywalczyli prawo startu w Londynie - przekonuje Zarzycki.
Zawodnika prawdopodobnie nie będzie można już zgłosić do składu ze względów proceduralnych. Ponadto, nie mamy pewności, jak na jego powrót zareagowaliby pozostali siatkarze. Bez cienia wątpliwości, Mariusz Wlazły to zawodnik prezentujący światowy poziom. Bez niego PGE Skra Bełchatów nie odnosłaby nie tylko tylu sukcesów na w Polsce, ale i na arenie międzynarodowej. Tym bardziej szkoda, że nie będzie mógł wesprzeć reprezentacji w Londynie.
Trzeba jednak pamiętać także o czynniku psychologicznym. Jeśli obecność gracza PGE Skry miałaby w jakiś negatywny sposób wpłynąć na postawę drużyny narodowej, nikt w kraju nie wybaczyłby Anastasiemu zgody na jego powrót. Przynajmniej nie przed igrzyskami.
Trudno nie odnieść wrażenia, że w tej sprawie wciąż pozostaje wiele pytań, na które prawdopodobnie nie poznamy odpowiedzi. Jeśli wierzyć, że obie strony dążyły do porozumienia, to dlaczego tak późno starano się je osiągnąć?