Partia Leszka Millera wyraźnie zmienia front i ciche polityczne sympatie przerzuca z Platformy na PiS.
Partia Leszka Millera wyraźnie zmienia front i ciche polityczne sympatie przerzuca z Platformy na PiS. Fot. R.Dąbrowska/P.Wierzchowski/AG

Przez lata Sojusz Lewicy Demokratycznej nazywany był „cichą koalicją” PO. Dziś komentarze najważniejszych polityków partii Leszka Millera jasno pokazują, że o żadnym wsparciu mowy nie ma. SLD wyraźnie zmienia front i przerzuca swoje „ciche” polityczne sympatie z chylącej się ku upadkowi Platformy Obywatelskiej na Prawo i Sprawiedliwość.

REKLAMA
Krytyka PO i obrona prezydenta Dudy
Po kryzysie, jakiego w ubiegłym tygodniu doświadczył rozmontowany przez akta Stonogi rząd Ewy Kopacz, politycy SLD przystąpili do ostrego ataku całego obozu władzy. Na konferencji w Sejmie zaproponowali wniosek o jego rozwiązanie, a w programach publicystycznych zaczęli dokonywać regularnej i surowej oceny ostatnich ośmiu lat. – Panowie z rządu, wy nie zauważyliście, że się po prostu przelało, macie wyłączony prąd – mówił zarówno w „Kawie na Ławę”, jak i w programie „Bez Retuszu” Włodzimierz Czarzasty, zarzucając politykom PO korupcję, demoralizację i bezideowe trwanie u władzy.
Mocne słowa względem rozmontowanej Platformy nie dziwią jednak tak, jak okazywana jednocześnie przychylność względem partii Jarosława Kaczyńskiego. Kiedy po ostatnim wystąpieniu Andrzeja Dudy politycy PO „rzucili się” na niego ze zmasowaną krytyką za to, iż jest prezydentem stricte partyjnym, w obronę wziął go nie kto inny jak Krzysztof Gawkowski. Polityk SLD przekonywał na antenie Radia Zet, że niepotrzebnie demonizuje się postać prezydenta elekta i chwalił za rzetelność.
Krzysztof Gawkowski

Śmieszne jest to jak demonizujemy prezydenta elekta – jak to robi pani Mucha i pani redaktor. Wysłuchałem Dudy jako obywatel. Nie było tam nic, co świadczyłoby to tym, że to jest propisowski prezydent. Odniosłem wrażenie, że ktoś się odniósł rzetelnie do tego, co się dzieje w Polsce. Czytaj więcej

„Lewica spotyka się z prawicą”
Czasy, kiedy politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali, że SLD to „organizacja przestępcza, która powinna być zdelegalizowana” dobiegły końca. Ocieplenie stosunków na linii SLD-PiS widać wyraźnie od ubiegłorocznych wyborów samorządowych. Wówczas obie partie zawiązały sojusz w celu wyjaśnienia wszelkich towarzyszących głosowaniu nieprawidłowości. Wtedy też po raz pierwszy zaczęto zadawać pytanie czy to jednorazowa współpraca, czy raczej zapowiedź trwalszej koalicji. – Są takie sytuacje w państwie, gdy lewica spotyka się z prawicą w dziele kooperacji – mówił Leszek Miller.
Wprawdzie obie strony możliwość koalicji wyborczej wykluczały, eksperci podkreślali wówczas, że takie rozwiązanie mogłoby korzystne dla obu stron. Argumentowali, że PiS nie ma zdolności koalicyjnej, a SLD – poparcia (dawny elektorat odszedł), a więc i nic do stracenia.
Współpraca (nie)możliwa
Wybory samorządowe nie były jedynym punktem, w którym nawiązano nić porozumienia. W kolejnych miesiącach również widać było przejawy współpracy, chociażby przy okazji dyskusji w sprawie wieku emerytalnego, kiedy to politycy PiS chwalili proponowany przez Sojusz projekt odnośnie uzależnienia wieku emerytalnego od stażu pracy.
Przekonanie, że koalicja PiS-SLD to czysta polityczna abstrakcja jest niesłuszne, co udowadniał w NaTemat red. Michał Gąsior. Prawo i Sprawiedliwość proponuje mocno socjalny program, więc w wielu punktach obie formacje mogłyby znaleźć wspólny język (m.in. budowa mieszkań, wyższa pensja minimalna czy umowy śmieciowe).
Dr hab. Rafał Chwedoruk

Jeśli taki rząd miałby powstać, jego spoiwem nie mogłyby być sprawy światopoglądowe, lecz raczej duch Keynesa. Czytaj więcej

Dziś, po efektywnej kampanii i wygranych wyborach prezydenckich, partia Jarosława Kaczyńskiego polityków z Sojuszu do koalicji nie potrzebuje (najbardziej prawdopodobnym koalicjantem dla PiS jest teraz Paweł Kukiz). SLD wciąż jednak liczy, że na schlebianiu rosnącego w sondażach PiS „ugra” przy okazji coś dla siebie.
Wygląda na to, że przedstawiciele Sojuszu zrozumieli w końcu, że bycie „przystawką” dla PO nie przynosi im żadnych politycznych zysków, a wręcz przeciwnie. Dzięki temu Platforma wzmocniła swoje „lewe skrzydło” i zyskała nowych wyborców – kosztem SLD.
Przetrwali dr Ogórek – przetrwają wszystko
Po klęsce w wyborach prezydenckich partia Leszka Millera szuka metod na powrót do politycznej gry. Sondaże jak na razie nie napawają optymizmem. Z poparciem na poziomie 3-6 proc. SLD staje przed realnym zagrożeniem, że już w październiku zabraknie ich w sejmowych ławach. O letargu w partii mówił ostatnio jej sekretarz generalny Krzysztof Gawkowski: „SLD nie ma wyboru i musi zrobić krok do tyłu, żeby cała lewica mogła pójść do przodu. Inaczej będziemy stać w miejscu” i podkreślał, że lewica musi szybko znaleźć sposób na to jak być dla wyborców bardziej „sexy”.
Oficjalnie – sposoby są dwa. Po pierwsze – dopuścić do głosu młode pokolenie. Po drugie – połączyć siły i stworzyć wspólne listy lewicy w najbliższych wyborach. Sojusz jest na to gotowy nawet kosztem własnego szyldu. Mimo to, lewicowe partie (takie jak Zieloni, RSS czy Razem) deklarują, że nie są zainteresowane współpracą.
Trudno przewidzieć, na ile (i czy w ogóle) SLD mógłby zyskać na „przymilaniu się” do Prawa i Sprawiedliwości. Na pewno jednak nie mógłby za wiele stracić. Ten, kto miał odsunąć się od Sojuszu najprawdopodobniej uczynił to po wystawieniu nieznanej szerzej Magdaleny Ogórek i jej fatalnej kampanii prezydenckiej. Jeśli zaś byli w stanie to przełknąć, nic nie powinno ich już ani zaskoczyć, ani zdemobilizować.

Napisz do autora: karolina.wisniewska@natemat.pl