
Specjaliści od nazewnictwa produktów i budowania wizerunku marki często dość niefortunnie nazywają swoje artykuły. Jak się okazuje, ich dwuznaczność, często zupełnie przypadkowa, nie zawsze pomaga wybić się określonej marce na rynku. Czy zabawne nazwy produktów pomagają w ich sprzedaży czy wręcz przeciwnie?
REKLAMA
W Emiratach Arabskich wrze. Jak się okazuje, nazwisko nowego premiera Francji Jeana Marca Ayrault wzbudziło ogromne zakłopotanie wśród mieszkańców tego kraju. Wszystko za sprawą dwuznaczności jakie się za nim kryje. Nowy premier stał się obiektem złośliwych żartów, w związku z tym, że jego nazwisko w slangu mieszkańców Emiratów Arabskich oznacza męskie przyrodzenie. Kiedy je wymówimy brzmi ono niemal identycznie jak libańska i palestyńska nazwa męskich genitaliów.
Media w Emiratach mają nie lada kłopot z jego artykulacją. Jedna z prezenterek libańskiej telewizji, podczas prowadzenia programu informacyjnego, nie potrafiła z tego powodu opanować swojego śmiechu. Francuski MSZ apeluje do mediów arabskich o niewymawianie wszystkich liter w nazwisku premiera lub używanie wyłącznie jego inicjałów.
Historia dwuznaczności nazwiska nowego francuskiego premiera pokazuje, że pewne nazwy mogą znaczyć coś zupełnie innego w obcych językach, niż w naszym rodzimym. Jean Marc Ayrault, w przeciwieństwie do specjalistów od nazewnictwa produktów, nie ma na to wpływu.
Dwuznaczność nie zawsze wskazana
Wydaje się, że osoby zajmujące się marketingiem, przy wymyślaniu coraz to nowszych nazw swoich artykułów, zapominają czasem zajrzeć do rodzimego słownika czy słownika wyrazów obcych. Ten fakt może dziwić, bo przy tworzeniu nazwy produktu
brzmiącego "obcojęzyczne" taki zabieg wydaje się być oczywisty. Jak się okazuje - nie dla wszystkich. W związku z tym, że nie wykorzystują oni tej możliwości często pojawiają się na rynku nazwy produktów, które są śmieszne lub też obraźliwe i w ogóle nie kojarzą się z reklamowanym wyrobem.
Z czego to wynika? - Przede wszystkim z ignorancji tych, którzy stosują te nazwy - mówi w rozmowie z naTemat prof. Andrzej Falkowski, kierownik Katedry Psychologii Marketingu w SWPS. - Jest to po części związane z egocentryzmem Polaków, którzy wychodzą z założenia: wymyślamy swoje nazwy, a to, co one oznaczają gdzie indziej, najzwyczajniej nas nie interesuje - mówi psycholog od marketingu i reklamy.
OSRAM, Duplo i Puppa
W Internecie możemy znaleźć mnóstwo przykładów, które świadczą o tym, że nie zawsze nazwa produktu pokrywa się z tym, co on zawiera. Do żarówek OSRAM należy dołączyć cienie do powiek firmy Pupa oraz dziecięce klocki Duplo. Zestaw dość groteskowy, dlatego z trudem oderwać go od jednoznacznego skojarzenia.
Vittello nie jedno ma imię
W jednym z polskich dyskontów można znaleźć biały ser do ciast o nazwie Vittello. I choć nazwa może nam się kojarzyć z czymś zdrowym to już w języku włoskim oznacza ona zupełnie coś innego. Vittello po włosku "cielak". Jak to się ma do samego produktu? - Niektóre produkty idą w wieloznaczność. Dzięki temu nasza uwaga na artykułów się zwiększa. Jeżeli się zwiększa to daje to efekt tzw. "na pamięć". Być może dzięki temu produkt zostanie przez konsumenta zapamiętany - zauważa prof. Andrzej Falkowski z SWPS.
Snob, Terror i Wsie jaja
Niektóre nazwy artykułów nie są rażące, tylko po prostu śmieszne. I tak, kiedy wybierzemy się do Brazylii, na półkach w hipermarketach w tym kraju będziemy mogli zobaczyć papier toaletowy Snob. Kiedy obierzemy nieco inny kierunek i udamy się na Kostarykę ujrzymy linię detergentów o nazwie Terror. Nazwa mówi wiele - walczy z brudem wyjątkowo brutalnie. Kiedy natomiast powrócimy z podróży warto zajrzeć do hipermarketu Tesco, gdzie odnajdziemy Wsie jaja w kategorii A.
Nieco inny styl produktów znajdziemy w Ameryce. Tam kupimy Shitto oraz Wack off. Popularnością cieszy się piwo o nazwie Vergina oraz napoje Pee Cola i SARS. Skojarzenia nasuwają się same.
I co jeszcze?
W Internecie pojawia się szereg komentarzy dotyczących dwuznacznych nazw produktów:
Przykłady tego typu można mnożyć bez końca. O ile jednych mogą one śmieszyć, o tyle drugich bulwersują. - Dzięki takim nazwom produktów mogą one zwiększyć swoją sprzedaż, ale wcale nie muszą - komentuje prof. Andrzej Falkowski.