Partia Razem to nadzieja lewicy, ale nie w tych wyborach parlamentarnych i nie w takim kształcie
Partia Razem to nadzieja lewicy, ale nie w tych wyborach parlamentarnych i nie w takim kształcie Fot. facebook.com/partiarazem

Partia Razem zaimponowała – m.in. sprawnością organizacyjną przy zbieraniu podpisów i samym pomysłem zgromadzenia ludzi wokół programu, a nie “stołków”. Problem w tym, że szlachetna idea przegra z polityką. Oto kilka powodów, dla których nie daję Razem szans w wyborach parlamentarnych.

REKLAMA
Pompowanie balona
Do wyborów został miesiąc, a jeśli weryfikować możliwości konkretnych partii, to w pierwszej kolejności w oparciu o sondaże. Partia Razem, która powstała w maju tego roku, do tej pory została uwzględniona tylko w kilku badaniach dużych sondażowni. Zadebiutowała w czerwcu (TNS Polska), kiedy chęć głosowania na nią zadeklarował 1 proc. wyborców. Potem było gorzej – pod koniec sierpnia tylko 0,4 proc. (IBRiS), a kilka dni temu 1,3 proc. (też IBRiS). Najlepszy wynik Razem zanotowała w sondażu Millward Brown sprzed trzech dni, gdzie ma 2 proc., tyle samo co Ruch Narodowy.
To wzrost, ale bez żartów – 2 proc. to tyle, ile w sondażach notowały niemal wszystkie planktonowe partyjki. Nawet jeśli doszukiwać się tu tendencji wzrostowej, to wciąż wyniki nie przystają do partii, która jest przedstawiana w mediach jako “nowa nadzieja lewicy” czy “ta, która może namieszać”. Trudno nawet oceniać, że Razem gra w tej samej lidze co ugrupowanie Ryszarda Petru czy Zjednoczona Lewica.
Skąd więc hurraoptymizm, jaki zapanował w części środowisk lewicowych (medialnie szczególnie w “Gazecie Wyborczej”)? Ostatnio wynika z jednego faktu – że Razem jako pierwsza partia zarejestrowała listy wyborcze w całym kraju. Rzeczywiście, jak na partię pozaparlamentarną, budowaną od zera, to zasługujące na docenienie osiągnięcie. Ale na tym koniec.
Nie zgadzam się więc z Kamilem Sikorą, który pisał w naTemat, że Razem to “pierwsi lewicowi antysystemowcy, którym może się udać”. A na pewno nie w kontekście tegorocznych wyborów. Zbyt dużo jest argumentów na "NIE", by ekscytować się zarejestrowaniem list i wieszczyć Razem przekroczenie progu wyborczego.
Razem - a co to?
Pierwszy i być może najważniejszy problem. Sami działacze Razem przyznają, że muszą "popracować" nad rozpoznawalnością, co oznacza, że mało kto słyszał, że takie ugrupowanie w ogóle istnieje. Gdy Razem powstawała, pisałem w naTemat, że łatwo będzie przykleić jej łatkę "Polskiej Partii Hipsterów". Z jednej strony strony jest spora część społeczeństwa (może większość), która o Razem nie ma pojęcia, z drugiej – ci, dla których partia wygląda jak zbierania młodych z miasta. I to tych dobrze sytuowanych, na pewno nie kojarzonych z "ludem pracy" (a Razem mocno odwołuje się do pojęcia prekariatu).
logo
Partia Razem zorganizowała w czwartek happening pod Pałacem Kultury w Warszawie. Pojawiło się kilka kamer. I to wszystko. – Bardzo szybko zbudowaliśmy struktury, zebraliśmy podpisy, a mamy jeszcze miesiąc kampanii. Dlatego jestem pewien, że z tych 2 proc. Fot. naTemat
Tak, wiem, że w wielu okręgach startują aktywiści, którzy znają lokalne realia, działają, pracują z ludźmi. Ale wizerunek to co innego. "Oburzenie w jaguarach" – tak podsumował Razem jeden z prawicowych serwisów. To określenie mówi sporo o sposobie, w jaki partia może być postrzegana.
I kto to?
Jestem przekonany, że gdyby zapytać na ulicy o działaczy Razem, kapitalna większość ankietowanych nie byłaby w stanie wymęczyć nawet jednego nazwiska. Bo ta "nowa nadzieja lewicy" nie ma twarzy. Nie chodzi tu tylko o rozpoznawalne na poziomie ogólnokrajowym "jedynki" na listach, ale przede wszystkim o liderów.
To szlachetne i (znów) warte docenienia, że Razem postanowiła sama pójść wyborów, rezygnując ze "złogów postkomunistycznych i pseudolewicowych". Jednak brutalna rzeczywistość polityczna jest taka, że bez przywództwa na sukces nie ma szans. Palikot, Miller... – można się krzywić na myśl o starych i zużytych liderach, ale są i wciąż przyciągają wyborców. Ostatnio trochę mniej, więc lansują inne wyraziste postaci, jak np. Barbarę Nowacką.
Razem nie ma ani swojej Nowackiej, ani swojego Millera. A najbardziej przydałby się jej ktoś taki jak Robert Biedroń, kto przy niewątpliwym potencjale partii (np. programowym) zadziałałby jak lokomotywa. Z takiego połączenia mogłoby się coś urodzić. Może w przyszłości, ale nie teraz.
Bez dyskusji[
Pamiętam moment, gdy powstawał Ruch Narodowy, stając się punktem odniesienia dla mediów i komentatorów. Obserwuję, jak dyskutuje się o Ryszardzie Petru i szansach jego Nowoczesnej. A co z Razem? Problemem tego ugrupowania jest też to, ze praktycznie nie istnieje w toczących się publicznie dyskusjach, nie rozpala emocji, nie przyciąga uwagi. Jasne, że zawsze można powiedzieć: "to wina mediów". Ale fakt jest faktem.
Jeśli gdzieś Razem wywołuje kontrowersje, to w lewicowej niszy. Pisaliśmy np. o tekście autora z "Codziennika Feministycznego", który zarzucił partii "podskórną homofobię". Szerszej publiczności to jednak nie obchodzi, bo Razem ani ziębi, ani grzeje.
Zastanawiam się, czy w tym kontekście bolączką Razem nie jest jej pozozrny atut. Bo to partia, która nie chce wszczynać jałowych awantur politycznych, a merytorycznie mówi np. o TTIP (umowa o wolnym handlu między UE i USA), sprawach rynku pracy i wielu innych. Tylko to trochę jak ze zbyt ambitną gazetą. Fajnie, że trzyma poziom, tylko żeby jeszcze miał kto ją czytać. A w tym przypadku głosować...

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl