Platforma walczy z problemami, które sama tworzy. Bohaterska walka o drożdżówki to tylko wierzchołek góry

Rząd bohatersko walczy o drożdżówki i kawę w szkołach. Sam ich zakazał.
Rząd bohatersko walczy o drożdżówki i kawę w szkołach. Sam ich zakazał. Fot. Agata Grzybowska / Agencja Gazeta
Skłonność Platformy Obywatelskiej do samooośmieszania jest zadziwiająca. Rząd najpierw wprowadził rygorystyczne przepisy, eliminujące ze szkolnych sklepików m.in. drożdżówki i sól. Teraz minister edukacji mówi o negocjacjach z ministrem zdrowia, by złagodzić przepisy. Negocjacjach. To pokazuje, do czego prowadzi próba wprowadzenia reguł w każdej dziedzinie życia.


Platforma Obywatelska chwali się rewolucją w szkolnych sklepikach, z których zniknęło niezdrowe jedzenie. Zgodnie z tradycją urzędniczych interwencji wylano dziecko z kąpielą i usunięto z nich uwielbiane przez dzieci drożdżówki, zakazano też solenia potraw. Powstało prawdziwe drożdżówkowe podziemie, dzieci handlują chipsami i batonami na przerwach, ostatecznie jest więc gorzej, niż było.


Walka o drożdżówkę
– Rzeczywiście Ministerstwo Zdrowia poszło bardzo rygorystycznie – przyznała minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska w "Kontrwywiadzie RMF FM". Ale jest światełko nadziei: pani minister z dumną miną obwieściła, że już udało się jej wywalczyć powrót drożdżówek do szkolnych sklepików. – O szczegółach będziemy rozmawiać – dodała, pokazując jak skomplikowane jest działanie urzędniczej machiny.

Kluzik-Rostkowska opowiadała też, że wysłała do dyrektorów szkół i przedszkoli list z prośbą o ocenę zmian wprowadzonych w stołówkach. To znowu tysiące stron papieru i godziny pracy urzędników, żeby sobie z tym poradzić. Zupełnie bez sensu. Tak jak cała ta skomplikowana operacja, z wprowadzaniem nieprzystających do rzeczywistości przepisów, które teraz z wielkim mozołem będą zmieniane. Absurd.

Minister vs bary mleczne
Ale takich przykładów jest więcej. Niektóre dotyczą spraw małych, inne wielkich. Do tych pierwszych na pewno trzeba zaliczyć długą batalię o pieprz w barach mlecznych. Zgodnie z prawem przysługują im ulgi podatkowe i dotacje, ale są też obostrzenia, na przykład związane ze stosowaniem przypraw czy mięsa. Mało kto ich przestrzegał, a kontrole skarbowe nakładały na jadłodajnie kilkusettysięczne kary.


Przez to wiele lokali stanęło w obliczu bankructwa, rozpoczęły się oddolne akcje zbierania podpisów i protesty. W niektórych przypadkach sprawa otarła się o sąd. Ostatecznie Ministerstwo Finansów zmieniło przepisy, a Mateusz Szczurek nad talerzem zupy z dumą mówił o prospopołecznej postawie rządu.

Zwycięstwo Tuska. Nad swoim ministrem
Kolejny absurd: Dwa lata temu opisywałem w naTemat jak urzędnicy sami spychają podległe im jednostki w biedę. To przez to, że zabraniają im zarabiać na działalności komercyjnej, co mogłoby uzupełnić skromne dotacje z budżetu.

Najgłośniejszą wojną rządu z absurdem przez ten sam rząd stworzonym była sprawa matek I kwartału. Rząd przyznał roczny urlop rodzicielski, ale tylko tym matkom, które urodziły po 17 marca. Internetowa akcja, apele, protesty i... udało się. Tylko czy nie można było tak od samego początku? Wtedy Donald Tusk nie mógłby się pochwalić sukcesem.

Jak w socjalizmie
Czasami absurdalne pomysły urzędników udaje się powstrzymać. Tak było na przykład z próbą ograniczenia liczby narciarzy na stokach. Każdemu z nich miało przysługiwać 200 m2 śniegu, a na trudnych trasach nawet 400 m2. Ostatecznie ktoś poszedł po rozum do głowy i pomysł porzucono.

Tak kończą się interwencje władz w wolny rynek: politycy i urzędnicy nigdy nie będą w stanie przewidzieć wszystkich swoich decyzji. Doskonale opisał to Friedrich August von Hayek w "Zgubnej pysze rozumu. O błędach socjalizmu". O socjalizmie mówił też Stefan Kisielewski, wskazując, że to ustrój, który "bohatersko walczy z problemami, które sam wytwarza". Teraz bohaterami postanowili zostać politycy PO.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl