"Jeśli będą szli dalej, na przykład z internetem..." Oto, jak PiS może uciszyć Facebooka i resztę polskiej sieci

Jeśli obecne obawy okażą się prawdziwe, Polacy znowu będą musieli wyjść na ulice, by bronić swojej wolności w wirtualnym świecie.
Jeśli obecne obawy okażą się prawdziwe, Polacy znowu będą musieli wyjść na ulice, by bronić swojej wolności w wirtualnym świecie. Fot. Shutterstock.com
– Najważniejsze jest, by zakumulować energię na przyszłość. Bo coś czuję, że będą potrzebne jeszcze większe marsze – mówił Ryszard Petru podczas jednego z wywiadów udzielonych na ostatniej manifestacji KOD w Warszawie.


– Jeśli będą szli dalej, na przykład z internetem, niezbędne będzie pokazanie na ulicach, że się nie zgadzamy – dodał. I kolejny raz alarmował, że sieć jest na celowniku władzy. Co dokładnie PiS może zgotować internautom? Analizujemy to na podstawie doświadczeń innych narodów, którym przyszło się zmagać z "demokracją autorytarną".


Internet to zmora współczesnych rządów. Nawet w krajach nazywanych "starymi demokracjami" sieć sprawia politykom tylko same problemy. Błyskawiczny przepływ informacji, zmasowana do granic krytyka, no i przede wszystkim łatwość z skrzykiwaniu się do protestów - to wszystko problemy, z którymi jeszcze kilka dekad żadna władza nie musiała się borykać. Najmocniej od internetu oberwali ostatnio przywódcy krajów, które objęła Arabska Wiosna. Bez cienia przesady można stwierdzić, że przegrali z Facebookiem i Twitterem. Kilku z nich wpędziło to do grobu...

W wielu innych państwach albo szybko zaczęto wyciągać wnioski z błędów, albo umocniono się we wcześniejszym ostrym podejściu do zagrożenia, które dla władzy niesie wszędobylska internetowa sieć. Na liście wrogów internetu są dziś nie tylko Chiny, Iran, Rosja, Białoruś, czy Arabia Saudyjska i inne bliskowschodnie reżimy. Obok nich znajdują się USA, Wielka Brytania, a coraz bliżej wpisania na nią są także Australia, Turcja, Korea Południowa, a nawet tak słynąca z zamiłowania do wolności Francja! Na świecie bacznie przyglądają się też naszym bratankom z Węgier.


Kto z siecią wojuje, od sieci ginie
Polska przez minione ćwierć wieku od upadku komunizmu, które jednocześnie było erą rozkwitu nadwiślańskiego internetu, miała szczęście funkcjonować w czasach względnego spokoju - władza nie widziała w sieci zagrożenia, bo nie miała ku temu powodów. Dlatego Warszawy nigdy dotąd "wrogiem internetu" nie nazwano. Internautów nikt tu nie uciszał nawet wówczas, gdy wybuchły protesty przeciwko ratyfikowaniu przez Polskę kontrowersyjnej umowy ACTA. Zamiast walczyć z manifestacjami, ówczesny rząd ugiął się pod naciskiem "internetów, które wyszły na ulice" i uznał dążenie do wprowadzenia ACTA za błąd.
Choć w rzeczywistości popełnili go głównie urzędnicy ówczesnego MSZ i MAiC, przypisano go przede wszystkim premierowi Donaldowi Tuskowi, który w dłuższej perspektywie czasowej słono za to zapłacił. Nie ma wątpliwości, że właśnie sprzeciw internautów wobec ACTA zaczął problemy rządu Platformy Obywatelskiej. Wtedy partia straciła rzeszę młodych wyborców, którzy przez lata byli jej największą siłą.

Ówczesnym rządzącym odbiło się to czkawką w tegorocznym maratonie wyborczym, gdy internet najpierw mocno pomógł Andrzejowi Dudzie w pokonaniu Bronisława Komorowskiego, a później całemu PiS dał wielką przewagę nad Platformą. Łaska internautów jednak na pstrym koniu jeździ, należą oni do najbardziej krewkiego elektoratu. Dlatego długo nie trzeba było czekać, by autorytarny sposób przejmowania władzy przez PiS doprowadził do tego, że użytkownicy nowych technologii stali się problemem dla ekipy Jarosława Kaczyńskiego.

Uziemione drony to dopiero początek?
Specjalnie wspomniałem o wszystkich nowych technologiach, a nie tylko internecie. Bo mocną podstawę do uwiarygodnienia informacji o szykowanych działaniach przeciw szeroko pojętej wirtualnej wolności, na które permanentnie już zwraca uwagę Ryszard Petru, dały wydarzenia z ostatnich manifestacji Komitetu Obrony Demokracji w Warszawie. Gdzie resort spraw wewnętrznych uniemożliwił dokumentowanie jej przebiegu i frekwencji dronami. Co wyglądało na odpowiedź władz na słynny już 3-minutowy filmik, który po pierwszym marszu KOD rozwiał wszystkie wątpliwości co do tego, ilu Polaków wyszło protestować.

Wątpliwości i niepokój uczestników sobotniego protestu pod Sejmem wzbudził też fakt, iż przez większą część zorganizowanego przez KOD wydarzenia istniały trudności z zasięgiem urządzeń multimedialnych i telefonów. Natychmiast przypomniano sobie o tym, jak już przed laty pierwszy rząd Jarosława Kaczyńskiego nakazał służbom odciąć zasięg w tzw. białym miasteczku, które pod Kancelarią Premiera stworzyły strajkujące wówczas pielęgniarki.
Zarówno starsze działania do zagłuszania sygnału GSM, jak i te sobotnie - do uziemienia dronów, pokrętnie tłumaczono specyfiką działania służb. Pojawia się jednak coraz więcej spekulacji o tym, iż wkrótce zostaną znacznie lepiej usankcjonowane sposoby na ograniczenie zagrożenia ze strony użytkowników Facebooka i Twittera, oraz dronów i innych technologicznych nowinek przydatnych na protestach.

Wskazywana jest tu przede wszystkim szykowana przez Mariusza Błaszczaka i Mariusza Kamińskiego nowa ustawa antyterrorystyczna. Pewnie rzadko będzie okazja do jej zastosowania przeciw islamistycznym bojówkarzom, ale może ona świetnie sprawdzić się do ograniczenia "zagrożenia", które niesie skrzykiwanie zgromadzeń przez portale społecznościowe. Inwigilacja internetu, o możliwości której alarmuje lider Nowoczesnej, dzięki nowym przepisom antyterrorystycznym mogłaby stać się też straszakiem na tych, którzy krytykują rząd w komentarzach, czy postach na popularnych portalach.

Oto "najlepsze" wzorce
– Znam osoby, które trafiały do aresztu, bo napisały coś na Facebooku czy Twitterze – tak o doświadczeniach tureckiej "opozycji internetowej" mówił w rozmowie z naTemat 23-letni Semih ze Stambułu. Takie przeżycia młodych Turków to efekt wszechwładzy, jaką w demokratycznych wyborach zyskał prezydent Recep Tayyip Erdogan. Gdy internet zagroził sukcesowi w kolejnym głosowaniu, oznajmił: "wyrwę z korzeniami Twittera i pozostałe sieci".

I tak też się stało, gdy turecki rząd przeforsował ustawę, dzięki której może on blokować "podejrzane" strony bez nakazu sądowego, a dostawcy internetu muszą gromadzić dla władz dane dotyczące sieciowej aktywności swoich klientów.

Jeszcze lepszy sposób znaleźli na sieć Ajatollahowie z Iranu. Tam dziesiątkom milionów obywateli odbiera się dostęp do poczty elektronicznej oferowanej przez największych dostawców usług internetowych na świecie, czyli Google, Yahoo czy Hotmail. Kiedy władza chce uciszyć internet, odcinany jest dostęp do serwisów korzystających z protokołu HTTPS, który pozwala zapobiec przechwyceniu i modyfikacji danych, zapewniając ich poufność i integralność. Z tego powodu wiele osób w Iranie miewa też kłopot z korzystaniem z bankowości internetowej. Co irytuje społeczeństwo i tylko dodatkowo zachęca do demokratycznej opozycji.

Orbanizacja, czy tylko sarkoizacja sieci?
Dużym błędem jest przekonanie, że skoro daleko nam do islamskiego kręgu kulturowego to możemy Wisłą spać spokojnie. Choćby dlatego, że prezes PiS Jarosław Kaczyński niejednokrotnie wykazywał zachwyt współczesną Turcją. Istotniejsze jest jednak to, że takiej wolności w sieci, jaką znamy z Polski, nie ma też na przykład we Francji. Cenzurowanie internetu nad Sekwaną miała na sumieniu szczególnie ekipa byłego prezydenta Nicolasa Sarkozy'ego.

Przed ostatnimi wyborami prezydenckimi, do których Sarkozy stawał w niezwykle trudnej sytuacji, usuwano twitterowe konta internautów kpiących i krytykujących jego osobę. I działo się to w pełnym porozumieniu ówczesnej władzy z Twitterem! Serwis ten od dawna zresztą nie ukrywa chęci do pomocy w inwigilacji i cenzurze użytkowników. Kilka lat temu oficjalnie oznajmiono, że Twitter w niektórych krajach będzie blokował "treści mogące się różnić od poglądów reprezentowanych przez serwis", jeśli tylko władze zagrożą jego spokojnemu funkcjonowaniu w danym miejscu.

Warto wspomnieć też o najbliższych Polsce wzorcach, czyli węgierskich sposobach na ograniczanie cyfrowego zagrożenia dla interesów władzy. Przed rokiem największy z żyjących idoli Jarosława Kaczyńskiego, czyli premier Węgier Viktor Orbán spróbował w najbardziej "aksamitny" sposób zniechęcić obywateli w ogóle do korzystania z sieci. Czyli po prostu sprawić, by biło ich to po kieszeniach.

"Orbanizacja" sieci zakładała, że dostawcy usług internetowych mieli zapłacić zupełnie nowy podatek w wysokości 150 forintów za każdy gigabajt danych przesłanych wewnątrz sieci. Oznaczało to, że rachunki Węgrów za internet mocno poszybowałyby w górę. Szczególnie te za usługi na smartfony i tablety. Na szczęście plan spalił na panewce, bo dziesiątki tysięcy Węgrów wyszły na ulice Budapesztu, by przeciw podwyżkom zaprotestować.

Jednak internet na Węgrzech i tak jest de facto ocenzurowany. A raczej do autocenzury zmuszono tam jego użytkowników. Dlatego, że twórcy serwisów internetowych mogą zapłacić ogromne kary za "niezrównoważone politycznie treści". Przepisy na ten temat obowiązują także klasyczne media, ale twórców internetowych udało się nimi zastraszyć najskuteczniej.

"Gangsterka sieci nie odpuści
W którą stronę pójdzie nowa władza w Polsce? Tego dokładnie powinniśmy się dowiedzieć wtedy, gdy PiS upora się z przejęciem lub demontażem Trybunału Konstytucyjnego, który nie będzie już w stanie zakwestionować nowych, uderzających w prawa i wolności obywatelskie przepisów. Tego, iż to nastąpi możemy być raczej pewni. – To gangsterka – tak o swoich działaniach na szczeblach władzy mówią w samym PiS...

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...