
90 lat temu Polacy, którzy jeszcze kilka lat wcześniej wspólnie cieszyli się z odzyskania niepodległości, stanęli przeciwko sobie. Wojna domowa wisiała na włosku i tylko ugodowa postawa prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, który nie dał się ponieść emocjom, sprawiła, że nie było więcej ofiar. Ale te i tak liczono w setkach. Piłsudski doszedł do władzy za cenę 379 zabitych, w tym 164 cywilów.
– Myśmy przyszli do niepodległej Polski z jedyną myślą, by jej służyć, "oni", aby nią rządzić – charakteryzował polskie "piekiełko" były premier, sprawny dyplomata i światowej sławy kompozytor Ignacy Jan Paderewski. Miał na myśli konflikt marszałka Józefa Piłsudskiego z opozycją, której czołową postacią był m.in. gen. Władysław Sikorski, ale jego słowa można rozumieć szerzej. Dobrze oddają specyfikę "wojny polsko-polskiej", z którą mieliśmy do czynienia w czasach II Rzeczypospolitej.
Inny przykład? Nie trzeba szukać daleko, wystarczy przytoczyć słowa Piłsudskiego i Wojciechowskiego, którzy spotkali się pamiętnego 12 maja 1926 roku na Moście Poniatowskiego, gdzie drogę oddziałom marszałka zagrodziły wojska rządowe.
Por. Henryk Piątkowski, dowódca batalionu Oficerskiej Szkoły Piechoty
Czy argumenty głowy państwa i marszałka nie brzmią znajomo? Często słyszymy przecież, że to "o Polskę chodzi". Cel uświęca środki?

Wtedy, 90 lat temu, realizując własną, twardą politykę, zasłaniano się prawdziwą bądź domniemaną "racją stanu". Problem w tym, że każdy rościł sobie prawa do bycia mężem stanu, przywoływał hasła o obronie ojczyzny i żołnierskiego honoru. I choć nie można odmówić zwaśnionym politykom troski o Polskę, to ścierające się ze sobą wizje przyszłości zmierzały do konfrontacji. Inna sprawa, że nie musiało się to skończyć otwartą, bratobójczą walką.
Odezwa prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, 12 V 1926
Co na to zwolennicy przejęcia władzy siłą? Marszałek, który w 1923 roku skończył z aktywną działalnością państwową i osiadł w podwarszawskim Sulejówku, od dawna zapowiadał ukrócenie samowoli parlamentarzystów i walkę z "sejmowładztwem". W przeddzień zamachu na polskiej scenie politycznej funkcjonowało około 60 różnych partii i stronnictw!
Kiedy jednak po wycofaniu się Piłsudskiego z polityki jeden ze współpracowników delikatnie zasugerował mu poparcie idei włączenia wojska do frontu antyrządowej opozycji, Piłsudski pokręcił głową. – Tego absolutnie nie pochwalam, nie aprobuję i nawet na to nie pozwalam – odrzekł z przekonaniem. Widocznie w maju 1926 roku zmienił zdanie.

Dostrzegający tę metamorfozę marszałka poseł niemiecki Ulrich Rauscher raportował w połowie maja do Berlina o niemałym zagrożeniu z jego strony.
Ulrich Rauscher, poseł niemiecki w Warszawie, 15 V 1926
Nie udało się jednak zapobiec dramatowi. Piłsudski wytoczył działa i pomaszerował na Warszawę. 12 maja w godzinach popołudniowych był już na stołecznej Pradze, z zamiarem jak najszybszego opanowania Belwederu. A tego za wszelką cenę opuścić nie chciał Wojciechowski. Zgodził się nawet na użycie przeciw zamachowcom lotnictwa - za to zadanie odpowiadał jeden z największych przeciwników marszałka - gen. Władysław Zagórski (rok później zniknie bez śladu...). Początkowo prezydent był nieustępliwy i gotowy bronić porządku prawnego. Uległ dopiero wtedy, gdy zdał sobie sprawę z ogromu ofiar jaki pociągnie konfrontacja.
Gen. Stanisław Haller, szef sztabu wojsk rządowych

Zamach Piłsudskiego poparli socjaliści, a naczelny organ PPS "Robotnik" otwarcie wzywał do buntu. Mandatu zaufania marszałkowi udzielili też działacze PSL "Wyzwolenie", a nawet... polscy komuniści. Później co prawda przyznali się do "błędu majowego", liczyli bowiem na realizację zupełnie innych celów, aniżeli dyktatorskich zapędów obozu marszałka.
Wkraczające od strony Pragi wojska tu i ówdzie napotykały na manifestacje poparcia, a okrzyki "Niech żyje Piłsudski!" nie były rzadkością. Do tego mnóstwo gapiów. Cywile obserwujący walki, nie zważający na zagrożenie, zapłacili za swoją ciekawość najwyższą cenę. Inna sprawa, że ludzie przywykli do obserwowania politycznych waśni czy wysłuchiwania obelg z ust przedstawicieli narodu. Teraz mieli "za darmo" najbardziej realistyczny teatr... uliczny.
Józef Piłsudski, oświadczenie dla prasy, 12 V 1926
Już 10 maja wzburzony marszałek poinformował w wywiadzie dla "Kuriera Porannego", że oto "staję do walki z panowaniem rozwydrzonych partii i stronnictw nad Polską, zapominaniem o imponderabiliach, a pamiętaniem tylko o groszu i korzyści".
Piłsudskiemu nie w smak była też konstytucja marcowa z 1921, zamierzał bowiem poważnie wzmocnić władzę wykonawczą. Zapowiedź położenia kresu nieprawidłowościom i "rozkradaniu" Polski (retoryka wciąż aktualna!) musiała rywalizować z przeświadczeniem, że porządku konstytucyjnego, jaki by nie był, trzeba bronić.

Por. Henryk Piątkowski, dowódca batalionu Oficerskiej Szkoły Piechoty
"Potworna rzecz" - tak w odezwie do wiernych sobie oddziałów prezydent nazwał majową próbę przejęcia władzy siłą. "Znaleźli się szaleńcy, którzy targnęli się na majestat Ojczyzny, podnosząc jawny bunt fałszywymi hasłami uwiedli czystą duszę żołnierza polskiego i dali pierwsi rozkaz do rozlewu krwi bratniej" - przekonywał Wojciechowski.
Wydarzenia sprzed 90 lat obfitowały w osobiste dramaty. "Rozkaz Komendanta: iść za wszelką cenę na Warszawę - gen. Romera: powrót do koszar. Wybierajcie. Ja na swe sumienie nie mogę tego wziąć" - napisał żegnając się ze swymi żołnierzami targany wewnętrznymi dylematami płk Mieczysław Więckowski. Niedługo później popełnił samobójstwo. Niewiele brakowało, a jego los podzieliłby Kazimierz Sosnkowski, przyjaciel marszałka. Postrzelił się w płuco, ale szczęśliwie przeżył.
W międzyczasie do Warszawy spływały rządowe posiłki, choć znaczną część powstrzymał strajk kolejarzy. Nie wiadomo, jak długo potrwałyby walki, gdyby wojska wierne prezydentowi dotarły w całości. Fakt faktem, głowa państwa i premier w końcu ustąpili...
Nie mieli racji ci, którzy uważali czyn Piłsudskiego i jego zwolenników za niegroźny rozdział awantury politycznej, którą obserwowano nad Wisłą już od dłuższego czasu. Bilans bratobójczej walki mówi sam za siebie: 379 zabitych (w tym 164 cywilów) i około 900 rannych.

Przez dojrzewające od lat, podsycane przez polityków waśnie w narodzie, konflikt przeniósł się z sejmowej mównicy na... stołeczne ulice. Stała się - jak pisała zwolenniczka marszałka Maria Dąbrowska - "rzecz przeraźliwa i wspaniała zarazem, jakby rozdział z historii greckiej".
Maria Dąbrowska w dzienniku
"Boże, jaką pomyłką okazała się ta wiara" - napisze później zawiedziona pisarka...
Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl
