
Prawie cały naród uprawniony do świadczenia 500+ rzucił się na konta internetowe, kasy, urzędy, MOPS-y już na początku kwietnia, gdy program zaczął działać. Ale nie w Jastarni. Dziś mamy już czerwiec, a wnioski złożyło – w stosunku do szacunków – 52 procent uprawnionych mieszkańców. I już słychać głosy, że to najmniej w Polsce. Efekt bogactwa? Niewiedzy? Zaniedbania? Jak? Dlaczego? Pytań jest mnóstwo. Któż nie chciałby pieniędzy, gdy je rozdają?
Burmistrz Jastarni przyznaje, że zanim program ruszył, obawiał się, że zostaną zasypani wnioskami. Zatrudnił dodatkową osobę. Prowadził kampanię informacyjną, były ulotki. – Ale jak widać, na razie efekt dosyć słaby. Z czegoś musi to wynikać – mówi Tyberiusz Narkowicz i przez telefon sprawia wrażenie, jakby bezradnie rozkładał ręce. No właśnie, z czego?
Druga teoria zahacza o politykę. – Śmiałam się, że może to bunt przeciwko PiS, ale to rejon propisowski, Prawo i Sprawiedliwość ma tu wielu zwolenników. PO na pewno go nie ma – żartuje Arleta Bolda-Górna, dziennikarka Twojej Telewizji Morskiej, która powiat pucki ma w małym palcu. Ale i ona też jest zdumiona nikłym zainteresowaniem 500+. – Jastarnia nie jest aż tak zamożna, nie sądzę, by Kaszubi tak łatwo zrezygnowali z darmowych pieniędzy. To naprawdę dziwne – mówi. Ale są jeszcze kolejne teorie. – I w każdej z nich jest trochę prawdy – przyznaje burmistrz.
Jastarnia leży na Helu. Żyje tylko w sezonie. Poza nim stałej pracy nie ma tu prawie żadnej. Oprócz rybołówstwa, żadnego przemysłu. Dużo młodych wyjeżdża za granicę. Inni mieszkają tu tylko w sezonie. Przez pozostałą część roku żyją gdzieś w Polsce – pracując lub korzystając z wakacyjnego zarobku. To zresztą dotyczy też innych miejscowości – tu wymieniana jest m.in. także Krokowa, również w powiecie puckim. I właśnie tutaj pewnie pies jest pogrzebany.
Należy wyjaśnić, że miejscowości nadmorskie jakimi są Puck i Jastarnia są specyficznymi miejscami jeśli chodzi o realizację programu Rodzina 500 plus. Szacując liczbę osób, którzy uprawnieni są do skorzystania z programu brano pod uwagę miejsce ich zameldowania a nie zamieszkania. W praktyce oznacza to, że część osób, które formalnie zameldowane są na terenie np. Pucka faktycznie mogą zamieszkiwać w innych częściach Polski i właśnie w tych miastach ubiegać się o przyznanie świadczenia wychowawczego. Stąd też może pochodzić dysproporcja między szacunkową liczbą osób, które mogą skorzystać z programu a liczbą osób, które do tej pory złożyły wnioski o świadczenie wychowawcze.
Ale to nie koniec teorii, dla których tych wniosków jest tu mniej niż średnio w Polsce. W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej pada jeszcze jeden argument. – Mamy sygnały, że część naszych klientów specjalnie czekała do czerwca, by otrzymać większą gotówkę, która potrzebna jest np. na remont. Jestem przekonana, że te wnioski zaczną teraz wpływać i dobijemy do średniej krajowej. Jest jeszcze cały miesiąc, poczekajmy z oceną i analizą do lipca – mówi Marzenna Dolemba, zastępca kierownika MOPS w Jastarni.
Dane z Jastarni oparte są na szacunkach, może się nagle okazać, że ktoś te szacunki przeszacował i nieco przesadził. Ale szum wokół Jastarni bardzo podoba się burmistrzowi. Sam ma troje dzieci, już złożył wnioski na dwoje z nich. – Szkoda by było, gdyby ktoś uprawniony miał z tego nie skorzystać. Cel jest zbawienny i szlachetny. Może ten szum uświadomi mieszkańcom, że warto – mówi.
– Z czegoś musi wynikać, że tych wszystkich wniosków nie ma. Może ten szum medialny spowoduje, że gdzieś tam ktoś się obudzi, że ma prawo do tego świadczenia – pada odpowiedź.
napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl
