Prawie połowa uprawnionych mieszkańców Jastarni nie złożyła wniosku o 500+.
Prawie połowa uprawnionych mieszkańców Jastarni nie złożyła wniosku o 500+. Fot. Marzena Hmielewicz / AG

Prawie cały naród uprawniony do świadczenia 500+ rzucił się na konta internetowe, kasy, urzędy, MOPS-y już na początku kwietnia, gdy program zaczął działać. Ale nie w Jastarni. Dziś mamy już czerwiec, a wnioski złożyło – w stosunku do szacunków – 52 procent uprawnionych mieszkańców. I już słychać głosy, że to najmniej w Polsce. Efekt bogactwa? Niewiedzy? Zaniedbania? Jak? Dlaczego? Pytań jest mnóstwo. Któż nie chciałby pieniędzy, gdy je rozdają?

REKLAMA
Średnia w kraju to 10 procent. Tyle wniosków jeszcze nie złożono i czas by to zrobić jest jeszcze do końca czerwca. Jastarnia mocno jednak wybiega poza tę średnią. Jakby ludziom tutaj zupełnie nie zależało na rządowym bonusie. "Mieszkańcy Jastarni nie są zainteresowani programem 500+" – tak podsumował ich lokalny portal Nadmorska24.pl. Dlaczego? Próbujemy się dowiedzieć.
Jastarnia jest bardzo zamknięta
Burmistrz Jastarni przyznaje, że zanim program ruszył, obawiał się, że zostaną zasypani wnioskami. Zatrudnił dodatkową osobę. Prowadził kampanię informacyjną, były ulotki. – Ale jak widać, na razie efekt dosyć słaby. Z czegoś musi to wynikać – mówi Tyberiusz Narkowicz i przez telefon sprawia wrażenie, jakby bezradnie rozkładał ręce. No właśnie, z czego?
Mieszkańcy, z którymi rozmawiam, mają kilka teorii, z których jedna jest nawet taka, że Kaszubi muszą wszystko po swojemu, niekoniecznie tak, jak reszta Polski. – Jastarnia jest bardzo specyficzna. Zamknięta, jak konklawe. Mają swoje zasady i ludziom z zewnątrz ciężko się przebić. Wie pani, że w kościołach w Polsce są szafarze, a w Jastarni nie, bo ich nie uznają? – mówi właścicielka jednego z pensjonatów, przyjezdna. Jej zdaniem to przez te zasady ludzie nie zgłaszają się po 500+. – Tak sobie myślę. Oni raczej od nikogo nic nie chcą – mówi.
Być może jest w tym odrobina prawdy, a być może nie. Ale burmistrz mówi, że część mieszkańców dopiero teraz składa wniosek, bo przez dwa miesiące dopiero uwierzyła, że te pieniądze naprawdę są wypłacane. A o takiej "rezerwie" i wstrzemięźliwości nie bardzo słychać w innych częściach Polski.
Bunt przeciw rządowi? Raczej nie
Druga teoria zahacza o politykę. – Śmiałam się, że może to bunt przeciwko PiS, ale to rejon propisowski, Prawo i Sprawiedliwość ma tu wielu zwolenników. PO na pewno go nie ma – żartuje Arleta Bolda-Górna, dziennikarka Twojej Telewizji Morskiej, która powiat pucki ma w małym palcu. Ale i ona też jest zdumiona nikłym zainteresowaniem 500+. – Jastarnia nie jest aż tak zamożna, nie sądzę, by Kaszubi tak łatwo zrezygnowali z darmowych pieniędzy. To naprawdę dziwne – mówi. Ale są jeszcze kolejne teorie. – I w każdej z nich jest trochę prawdy – przyznaje burmistrz.
Wyjeżdżają za pracą
Jastarnia leży na Helu. Żyje tylko w sezonie. Poza nim stałej pracy nie ma tu prawie żadnej. Oprócz rybołówstwa, żadnego przemysłu. Dużo młodych wyjeżdża za granicę. Inni mieszkają tu tylko w sezonie. Przez pozostałą część roku żyją gdzieś w Polsce – pracując lub korzystając z wakacyjnego zarobku. To zresztą dotyczy też innych miejscowości – tu wymieniana jest m.in. także Krokowa, również w powiecie puckim. I właśnie tutaj pewnie pies jest pogrzebany.
Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej
W odpowiedzi na zapytanie Nadmorska24.pl

Należy wyjaśnić, że miejscowości nadmorskie jakimi są Puck i Jastarnia są specyficznymi miejscami jeśli chodzi o realizację programu Rodzina 500 plus. Szacując liczbę osób, którzy uprawnieni są do skorzystania z programu brano pod uwagę miejsce ich zameldowania a nie zamieszkania. W praktyce oznacza to, że część osób, które formalnie zameldowane są na terenie np. Pucka faktycznie mogą zamieszkiwać w innych częściach Polski i właśnie w tych miastach ubiegać się o przyznanie świadczenia wychowawczego. Stąd też może pochodzić dysproporcja między szacunkową liczbą osób, które mogą skorzystać z programu a liczbą osób, które do tej pory złożyły wnioski o świadczenie wychowawcze.

– Wiemy o jednym przypadku, że mąż jest w Luksemburgu i tam pobiera 350 euro na dzieci. Jego żona jest w Jastarni i sama powiedziała, że nie będzie się ubiegać o 500 zł – mówi burmistrz. Takich osób może być dużo, dużo więcej. Kwoty za granicą są nieporównywalnie większe, ludzie mogą się bać weryfikacji, że podobne świadczenie będą pobierać w dwóch państwach UE. I z jednego będą musieli zrezygnować. Kto nie wybrałby tego korzystniejszego?
logo
Jastarnia. Fot. Agencja Gazeta/GWL GDAN RED
Jastarnia liczy niecałe 4 tysiące mieszkańców, trudno oszacować ilu mieszkańców nie mieszka tu na stałe. Ale burmistrz daje obrazowy przykład. Mówi zresztą, że tutaj ludzie od zawsze przyzwyczajeni są do wyjazdów. Jeszcze za PRL pracowali na statkach, chwytali się pracy choćby w Kanadzie przy wyrębie drewna. Otwarcie granic UE nie zostało tu odebrane jako żadne novum. – Jest takie miasto w Szwecji, gdzie w pewnym momencie było 40 mieszkańców Jastarni. To 1 procent populacji. Takich miast jest więcej – mówi Tyberiusz Narkowicz.
Czekali na większą gotówkę
Ale to nie koniec teorii, dla których tych wniosków jest tu mniej niż średnio w Polsce. W Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej pada jeszcze jeden argument. – Mamy sygnały, że część naszych klientów specjalnie czekała do czerwca, by otrzymać większą gotówkę, która potrzebna jest np. na remont. Jestem przekonana, że te wnioski zaczną teraz wpływać i dobijemy do średniej krajowej. Jest jeszcze cały miesiąc, poczekajmy z oceną i analizą do lipca – mówi Marzenna Dolemba, zastępca kierownika MOPS w Jastarni.
Bardzo chwali mieszkańców. – Zachowali się bardzo rozsądnie. U nas nie było kolejek, ani szturmu. Nie było stresujących sytuacji. Wszystko odbywało się spokojnie, z czego bardzo się cieszyliśmy, gdyż ułatwiło nam to pracę. Jesteśmy wdzięczni klientom, że nas nie okupowali – dodaje.
Może teraz się obudzą, że mogą skorzystać
Dane z Jastarni oparte są na szacunkach, może się nagle okazać, że ktoś te szacunki przeszacował i nieco przesadził. Ale szum wokół Jastarni bardzo podoba się burmistrzowi. Sam ma troje dzieci, już złożył wnioski na dwoje z nich. – Szkoda by było, gdyby ktoś uprawniony miał z tego nie skorzystać. Cel jest zbawienny i szlachetny. Może ten szum uświadomi mieszkańcom, że warto – mówi.
– Jak to? Możliwe, by ktoś jeszcze nie wiedział, że taki program działa? Że warto skorzystać? – pytam.
– Z czegoś musi wynikać, że tych wszystkich wniosków nie ma. Może ten szum medialny spowoduje, że gdzieś tam ktoś się obudzi, że ma prawo do tego świadczenia – pada odpowiedź.
I to jest ostatnia teoria. Również nieprawdopodobna.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl