Rosjanie trenują przed wieczornym meczem
Rosjanie trenują przed wieczornym meczem Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dzisiejszy mecz między Polską i Rosją na Euro 2012 nie jest ani pierwszą, ani zapewne ostatnią potyczką sportową między naszymi krajami, której towarzyszy tak napięta atmosfera. Emocje wokół starcia z sąsiadami ze Wchodu są bowiem obecne zawsze. I nie tylko w piłce nożnej. W historii naszego sportu wiele drużyn pokazało, że wygrana ze Sborną to nic niemożliwego.

REKLAMA
O 20:45 kadra Franciszka Smudy dopisze kolejny rozdział do wielkiej księgi rywalizacji polsko-rosyjskiej, a wcześniej polsko-radzieckiej. Od chwili, gdy zakończyła się II wojna światowa to bowiem sport stał się tym polem walki, na którym Polacy starali się zwyciężyć wielkiego prześladującego nas sąsiada. Oby rozdział dopisany przez Roberta Lewandowskiego i spółkę opowiadał o zwycięstwie, jak wiele innych wcześniejszych elementów tej historii, która opiera się nie tylko na futbolu. Ale zacznijmy od niego...
Pierwszą okazją do utarcia nosa będącemu u szczytu swojego renesansu ZSRR przytrafiła się w roku 1957 w Chorzowie. Na legendarnym do dziś stadionie polscy futboliści podejmowali Rosjan w eliminacjach do zbliżających się wtedy mistrzostw świata. Pierwszy mecz ze Sborną w Moskwie przegrali 3:0 ale na Śląsku byli nie do pokonania i spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 dla Polski. Kibice obecni na tym meczu mówili, że dodał siły Polakom, a napędził strachu Rosjanom szczególnie emocjonalnie odśpiewany Mazurek Dąbrowskiego. Dla kibiców świetna okazja do przypomnienia, że Polska nie jest jedną z radzieckich republik. Może i dziś warto więc pamiętać o sile hymnu śpiewając go na Stadionie Narodowym. Przykład z bohatera tamtego meczu mogliby wziąć też nasi najlepsi napastnicy i tak, jak Gerard Cieślik co najmniej dwukrotnie pokonać bramkarza rywali.
Potem na kilka ładnych lat nadeszły jednak gorsze czasy. Z sąsiadami ze Wschodu przegraliśmy baraże do mundialu, a w 1960 roku upokorzyli nas w Moskwie 7:1. Źle szło w rywalizacji z nimi w każdej najpopularniejszej dyscyplinie. Choć polski sport potrafił zdobywać najwyższe laury na całym świecie, to z Rosjanami przegrywali piłkarze, przegrywali też siatkarze, żużlowcy i hokeiści. W ważnych imprezach karta biało-czerwonych zaczęła się jednak odwracać pod koniec lat 60-tych. Pierwsi złą passę w walce z ZSRR przełamali żużlowcy w drużynowych mistrzostwach świata. Marian Rose, Antoni Woryna, Paweł Waloszek i Andrzej Wyglenda na finałowych kółkach pokonali radzieckich sportowców o siedem punktów, zgarniając im sprzed nosa tytuł światowych czempionów.
Przykład z kolegów ścigających się na motorach postanowili więc wziąć piłkarze i rok później w eliminacjach do Igrzysk Olimpijskich przerwali zwycięską serię ZSRR w spotkaniach z Polakami, znowu wygrywając z nimi 2:1. Sposób na sąsiadów ze Wschodu coraz częściej udawało znaleźć się od początku lat 70-tych. Futboliści odkryli go podczas olimpiady w Monachium w roku 1972. Znowu pokonując Rosjan 2:1. W meczu arcyważnym, bo decydującym o tym, kto trafi do finału igrzysk, który Polacy później zwyciężyli. Niektórzy mówią, że złoto zapewnili sobie jednak już w starciu z kadrą ZSRR. Oglądając dzisiejszy mecz warto pamiętać o tamtym spotkaniu i o tym, że nadzieję trzeba mieć do samego końca. Do 80. minuty Polska przegrywała wówczas jednym golem. Później wyrównał Kazimierz Deyna, a wynik ustalił dopiero w 87. minucie Zygfryd Szołtysik.
Rok 1972 był też czasem pasjonującej walki polskich i radzieckich żużlowców, którzy do samego końca rywalizowali ze sobą o mistrzostwo świata. Legendarny zawodnik Wybrzeża Gdańsk Zenon Plech i jego koledzy pokonali radzieckich zawodników w rundzie kontynentalnej, ale ostatecznie w finałach obie reprezentacje taką samą liczbą punktów uległy ekipie Wspólnoty Narodów (pod takim szyldem startowali wtedy Brytyjczycy, Australijczycy i Nowozelandczycy). Srebro zabrali nam reprezentanci ZSRR ponieważ uzbierali nieco lepszy bilans małych punktów.
Na prawdziwie wielkie lanie od Polaków radzieccy sportowcy musieli się jednak przygotować dopiero cztery lata później. W kolejnym roku olimpijskim i mistrzostw świata. Rok 1976 należał do dwóch polskich drużyn. Siatkarze pod wodzą nowego, młodziutkiego trenera Huberta Wagnera na olimpiadzie w kanadyjskim Montrealu bezlitośnie bili wszystkich, mocno dostało się więc i ZSRR. Być może najmocniej, bo w tie-breaku Polacy odebrali im olimpijskie złoto. Od tego czasu napięcie na sportowej linii Polska-Rosja na dobre najsilniej towarzyszy właśnie starciom reprezentacji siatkarskich, które ścierają się znacznie częściej, niż piłkarze.
Rok 1976 w Moskwie został zapamiętany jednak też jako moment jednej z najbardziej upokarzających porażek w historii radzieckiego hokeja na lodzie. Od kiedy polscy i radzieccy hokeiści zaczęli ze sobą grać po zakończeniu II wojny światowej, Polacy nie potrafili wygrać ani razu. Co więcej, bilans punktowy po 25 latach wyglądał tak, że na koncie Polaków było 31 bramek, a sportowcy z ZSRR nastrzelali ich nam aż... 255. 0:10, 1:10, a nawet 0:20, to była norma polsko-radzieckich pojedynków na lodzie. Aż tu nagle w Katowicach postanowiono zorganizować hokejowe mistrzostwa świata. Niesieni dopingiem kibiców licznie zgromadzonych w Spodku polscy hokeiści na oczach całego świata upokorzyli Rosjan zwyciężając 6:4.
Niedługo później przyszedł znowu czas na piłkarzy. A wówczas właściwie jednego piłkarza, czyli Włodzimierza Smolarka, który na mundialu w Barcelonie w 1982 roku z uporem maniaka w ostatnich minutach meczu starał się przetrzymywać piłkę w narożniku boiska, by udało się utrzymać bezbramkowy remis z reprezentacją ZSRR. Jeden ze słynnych polskich "zwycięskich remisów". Taki wynik dawał bowiem Polakom prawo gry w półfinale mistrzostw świata. I radość z de facto pokonania radzieckich sportowców w samym środku panującego nad Wisłą stanu wojennego.
Później emocje miedzy naszymi reprezentacjami nieco się ostudziły za sprawą raz szczęścia, a raz pecha obu z nich i układu turniejowych drabinek. Na żużlu przybysze spod Kremla na chwilę nieco nas prześcignęli. W siatkówce długo nie mogliśmy spotkać się w meczu o naprawdę wysoką stawkę, więc brakowało i okazji do podnoszenia się ciśnienia. A w piłce kilka kolejnych remisów, kilka polskich porażek. I tak kibice doczekali upadku żelaznej kurtyny i stracili okazję do emocjonowania się starciami Polski i ZSRR. Jej miejsce zastąpiła Rosja, która po przemianach niestety nie zapomniała o sportowych tradycjach. Ale i naprawdę wolna Polska miała więcej siły, by się jej przeciwstawić. Choć dobry czas zaczął się dopiero w roku 1997, gdy w niemieckim Diedenbergen polscy żużlowcy znowu sięgnęli po mistrzostwo świata. W ostatnich biegach odbierając je oczywiście Rosjanom.
Jeszcze lepszy dla naszej odwiecznej rywalizacji z Rosją był następny rok. W 1998 roku po okresie niełaski na światowe salony wraca polska siatkówka. I debiutując w Lidze Światowej odnosi swoje pierwsze w tych rozgrywkach zwycięstwo nad znakomitą już wówczas ekipą Sbornej. Futbolistów ze Wschodu zapraszamy natomiast do Chorzowa, by podobnie, jak w latach 50-tych doping w "Kotle Czarownic" wybił Rosjan z rytmu tak, że po dziewięćdziesięciu minutach sędzia zakończył spotkanie przy stanie 3:1. I co najważniejsze, od tego czasu nasi futboliści nigdy z Rosją nie przegrali! Choć trzeba przyznać, że okazję do zmierzenia się ze Sborną mieli tylko... jedną. Tak czy inaczej, w 2007 roku zremisowaliśmy 2:2.
Przykład, że boleśnie bić Rosjan można i dzisiaj Franciszek Smuda i jego drużyna może brać z najbardziej utytułowanych polskich reprezentacji. W roku 2006 siatkarze pod wodzą Raula Lozano w legendarnym już meczu pokazali, że Polacy potrafią zatrzymać nawet najbardziej rozpędzoną Sborną. Na początku mistrzostw świata w Japonii wielu ekspertów stawiało bowiem ją jako faworyta do medalu. Tymczasem Wlazły, Pliński, Kadziewicz i spółka odesłali rosyjskie gwiazdy do domu tuż przed półfinałem. W finale samemu zgarniając srebrny medal. Cenny krążek za trzecie miejsce na Starym Kontynencie bezlitośnie zabraliśmy im sprzed nosa także we wrześniu ubiegłego roku. Dla kadry żużlowców pod wodzą Marka Cieślaka wygrana nad znakomitymi zawodnikami z Rosji to od kilku lat, można powiedzieć, codzienność.
A więc można? Można!