Niedawno zatrzymany "kalibabka". Marek Ł. rozkochiwał kobiety i wyłudzi od nich 800 tys. zł. Chociaż... z  żadną z nich się nie spotkał.
Niedawno zatrzymany "kalibabka". Marek Ł. rozkochiwał kobiety i wyłudzi od nich 800 tys. zł. Chociaż... z żadną z nich się nie spotkał. Fot. screen/lubuska.policja.gov.pl

Anna trzyma gruby plik kartek. To odpis wyroku z listą ponad 180 rozkochanych, a potem oszukanych przez Jacka L. kobiet. Wśród nich jej nazwisko. Przedstawiał się jako prokurator działający pod "przykryciem" – bo walczy z najgorszymi przestępcami. Nie zdziwiła się, że przyjechał do niej w odwiedziny PKS-em, bo auto służbowe było w naprawie. Gdy zniknął, martwiła się, że coś się mu stało. Nie tylko ona. W internecie znalazła ogłoszenie i numer telefon do osoby poszukującej Jacka. Zadzwoniła i usłyszała: – Jestem jego dziewczyną. – Nie, to ja jestem – odparła.

REKLAMA

– Nie zapomnę tej chwili, gdy spakowałam swoje rzeczy i usiadłam na walizce. Patrzyłam na ściany znienawidzonego przeze mnie mieszkania, nory. Ten skur**** miał wkrótce przyjechać, aby zabrać mnie do Wrocławia. Znalazł nawet szkołę dla moich córek. Minęła godzina, potem druga. Dostałam SMS-a, że jest w klinice z powodu serca. Wtedy jeszcze mu wierzyłam – wspomina Anna.

Facetów oszukujących kobiety, tzw. "tulipanów", policja dość regularnie zatrzymuje. Mimo to wciąż znajdują się naiwnie wierzące w książąt z internetu. W ubiegłym tygodniu mundurowi złapali Marka Ł.. Oszukał kobiety na ponad 800 tys. złotych. 39-letni gorzowianin od 5 lat ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. Swoje ofiary wyszukiwał na portalach randkowych. Z żadną z nich się nie spotkał. Przedstawiał się jako informatyk z Berlina. Mieszkanka Warszawy, matka dwójki nastoletnich dzieci, straciła ponad 120 tys. złotych. Dlaczego kobiety wpadają w sidła oszustów?

Łowy na portalu randkowym – Z reguły nie wchodzę na portale randkowe. Wtedy zrobiłam wyjątek. Napisałam do statecznego trzydziestoparolatka – zapewnia Anna, mieszkanka wsi w kujawsko-pomorskim. Jej mąż nie żyje od kilku lat. Samotnie wychowywała dwie, teraz już dorosłe córki. Mieszka w wynajętym domu, w kuchni przez przetarty "gumolit" widać dziury między deskami podłogi. W pokojach stoją "kozy", piecyki opalane drewnem. Do tego Annę nękały problemy z pracą. Usiłowała ułożyć sobie życie, znaleźć mężczyznę na dłużej. Bezskutecznie. – Niemal natychmiast odpisał na mojego SMS-a – wspomina zatrzymanego ostatnio oszusta.

A potem sypnęła się cała masa wiadomości. Dopytywał o wszystko. Interesował się, jak radzi sobie z córkami. O jej problemy z pracą. O zimno w mieszkaniu. Poprosił o jej zdjęcie. W końcu zaproponował spotkanie. Przyjechał do Włocławka. No i zrobił na niej wrażenie. – Postawny, dobrze ubrany, pachnący mężczyzna. Do tego zaprosił mnie do restauracji. Były świece na stole – opisuje kobieta.

Tłumaczył, że jest z Wrocławia, ale pochodzi z Warszawy. Jego matka miała być znaną sędzią, a on prokuratorem walczącym z mafią. Poza tym wiedział, jak podejść samotną matkę. Anna: – Twierdził, że chciałby mieć dzieci, ale z powodów medycznych nie może. Dlatego opiekuje się siostrzenicą, której rodzice zginęli w wypadku.

Książę zajechał PKS-em Przez kilka następnych dni wymieniali namiętne wiadomości i ku jej zaskoczeniu... pojawił się w drzwiach. – Chciałem zrobić ci niespodziankę – odparł. Przyjechał PKS-em, bo auto służbowe było w naprawie. Przez kilka dni siedział w internecie. Tłumaczył, że pracuje. I jeszcze więcej rozmawiał przez telefon. Annę trochę to zastanawiało: – Nigdy nie rozmawiał przy mnie. Czasem dla uspokojenia moich obaw pokazywał SMS-y, niby pisane od ojca. Pewnie wysyłał je z drugiej komórki.

Co kilka dni znikał, aby pojawić się z prezentem. Zaprosił ją w góry do Karpacza. Anna przyznaje, że po raz pierwszy była w górach. Dodaje: – Radził zostawić mi portfel i dokumenty w hotelowym schowku. Później się okazało, że rankiem wymknął się z pokoju i „wyczyścił” mi konto.

Przyznaje ściszonym głosem. Zawstydzona Najpierw wyłudził komórki. Anna chciała kupić nowe dla córek. Jacek zaproponował, że weźmie je do firmy i zarejestruje. Wówczas rachunki miały być niższe. Gdy przyjechał bez telefonów twierdził, że fakturowanie trwa dłużej i wspólnik wyjechał na urlop. Przez następne dni udobruchał Annę. Zapewnił ją, że znalazł szkołę dla dziewczyn i remontuje dom dla nich. Wkrótce się przeprowadzą. Przed kolejnym wyjazdem chciał wziąć pożyczkę. Ajent firmy przyjechał do domu Anny.

– Sprawdził zdolność kredytową Jacka. No i wyszło, że nie dostanie pożyczki. Oburzony twierdził, że to niemożliwe, bo ma płynność kredytową. To z pewnością jakieś nieporozumienie. No i czy nie wezmę pożyczkę na siebie. Wzięłam – przyznaje ściszonym głosem.

Skoczył na inny kwiatek Nawet gdy przyszły monity w sprawie zapłaty za telefony, a wkrótce spłaty pożyczki, Anna nie zwątpiła w swojego księcia. Zapewniał ją, że uregulował należności. Gdy jednak nie pojawił się przez kilka tygodni, zaczęła grzebać w internecie.

– Szczerze... Bałam się, że coś mu się stało. Martwiłam się o niego. Miał przecież słabe serce i niebezpieczną pracę – wspomina swoją naiwność.

W serwisie randkowym znalazła ogłoszenie, "czy ktoś widział wie co dzieje z Jackiem?" Był podany numer telefonu. Anna zadzwoniła. Usłyszała, że rozmawia z dziewczyną Jacka. Zaskoczona odparła: – Przecież to ja jestem jego narzeczoną. Okazało się, że służbowe zniknięcia ich amanta to wizyty na zmianę u jednej z nich. Teraz zniknął, bo pewnie skoczył na inny kwiatek. Anna: – Przegadałyśmy cała noc. Następnego dnia poszłam na policję. Ona nie. Wstydziła się.

Jacek L., fałszywy prokurator wpadł w Warszawie.

Dostała wyrok na upadłość Jacek L. musiał wyczuć, że jego ofiara już zgłosiła się na policję. Wysłał kilka obraźliwych SMS-ów i zamilkł. Po kilku miesiącach mundurowi aresztowali go w Warszawie. Sprawa toczyła się we Wrocławiu. Tydzień temu Anna odebrała wyrok. Chciała ogłosić upadłość konsumencką.

– Dostał 12 lat za oszustwa. Działa już w recydywie. Odsiadywał już wcześniej podobny wyrok. Wyszedł wówczas na przepustkę i nie wrócił do więzienia. Ma oddać wszystkie wyłudzone pieniądze. Nie wierzę, że się uda cokolwiek odzyskać. Ja straciłam około 10 tys. złotych – kwituje jego ofiara.

Lekarki, dziennikarki. Też im wierzą Anna marzyła o lepszym życiu dla siebie. Chciała się wyrwać z wioski. Ułożyć sobie życie. Ofiarą "tulipanów" padają nie tylko kobiety marzące o lepszym życiu czy miłości... – Spotkałam się z ofiarami "kalibabki". Jedna była urzędniczką, kolejna dziennikarką, a następna pracownicą banku. Wszystkie wykształcone i dobrze zarabiające. Ich "Misio", którego poznawały w Internecie, przedstawiał się jako wykładowca z Cambridge. Faktycznie - był erudytą oraz niezłym, domorosłym psychologiem. Wiedział, jak podchodzić babki. Pewnie m.in. dlatego, że sam urodził się jako kobieta, a swoją transformację w kierunku mężczyzny zaczął przechodzić w dorosłości – wspomina Joanna Weyna, dziennikarka wspomina swoje bohaterki.

– Naciągał swoje ofiary na kasę, którą przeznaczał na kolejne zabiegi związane ze zmianą płci. Swoje ofiary okłamywał, że leczy raka! Dziewczyny twierdziły, że fantastycznie całował i potrafił im dogodzić bez konieczności stosunku. Prawdę mówiąc, najbardziej pragnęły ciepła, zainteresowania, bliskości i zrozumienia. W sumie, nic złego przecież. Wszyscy pragniemy tego w związkach. Niestety, pragnienia tych dziewczyn wykorzystał oszust – dodaje.

Imię bohaterki tekstu zostało zmienione.

Napisz do autora: wlodzimierz.szczepanski@natemat.pl