Anna, Nikodem i Nikita. Mama dwójki dzieci chorych na epilepsję.
Anna, Nikodem i Nikita. Mama dwójki dzieci chorych na epilepsję. facebook

– Szkoła chce pozbyć się mojego syna. Nikodem jest epileptykiem i to najwyraźniej przeszkadza dyrektorowi oraz niektórym rodzicom – mówi w rozmowie z naTemat Anna, samotna mama dwójki dzieci chorujących na epilepsje. – Chłopiec jest agresywny. I to jest główny problemem, a nie epilepsja – odpowiada dyrektor.

REKLAMA
– Pisałam już do Filipa Chajzera i nawet do Jarosława Kaczyńskiego. Nie wiem, co mam robić, bo nie mam już siły walczyć ze szkołą, wychowawczynią oraz z dyrektorem – mówi Anna.
Nikodem, młodszy syn naszej bohaterki miewa silne ataki epilepsji. Zdarzają się także podczas lekcji. Anna uważa, że chłopak jest dla szkoły ciężarem. – Mój syn ma nietypowe objawy epilepsji. Nie ma drgawek, po prostu zasypia, zawiesza się w sobie. Kilka razy musiała interweniować karetka pogotowia. – opowiada nasza bohaterka.
Wrzesień: Pierwsze starcie
– Kiedy zapisywałam Nikodema do szkoły, przyniosłam zaświadczenia o jego niepełnosprawności. Według mnie, dyrektor Marcin Jarkiewicz, nie przekazał tej informacji nauczycielom, chociaż zgodnie z zaleceniami kuratorium powinien to zrobić już na pierwszej radzie pedagogicznej.
logo
Nikodem Malinowski jest uczniem tej szkoły. Według mamy chłopiec jest szykanowany ze względu na swoją chorobę. oficjalna strona szkoły podstawowej nr 85 w Warszawie
Niepełnosprawność chłopca została stwierdzona w poradni. Gdyby chłopiec chciał uczyć się w szkole rejonowej, mama może ubiegać się o dodatkowego nauczyciela integracyjnego. – Każda szkoła, która ma niepełnosprawne dziecko, dostaje 3 tys. złotych z kuratorium. Te pieniądze powinny być przeznaczone na opiekę dla Nikodema. Do tej pory nie zatrudniono jednak nauczyciela wspierającego – mówi nasza bohaterka.
Anna od paru lat nie pracuje, całą energię poświęca na walkę ze szkołą. Według jej słów, od początku dyrektor chciał pozbyć się chłopca ze szkoły. Złościł się, kiedy Anna odmawiała kolejnych propozycji przeniesienia Nikodema do szkoły specjalnej. – Dostałam także propozycje nauczania integracyjnego w domu. Ale nie mogłam się na to zgodzić. Ja wiem czym to się kończy. Dziecko traci kontakt z rówieśnikami, a szkoła i tak bierze za niego pieniądze – mówi Anna.
Sześciolatek jest agresywny
Napięcia z dyrekcją szkoły przeniosły się także na relacje z rówieśnikami. We wrześniu wychowawczyni klasy stwierdziła, że Nikodem "bywa agresywny". – Ostatnio dostaje tylko informacje, że syn atakuje inne dzieci: szczypie, kopie, czy jest wulgarny. Nie chce mi się w to wierzyć. A jeśli, to przecież na pewno nie jest tak, że tylko mój syn sprawia problemy.
Anna opowiada, że Nikodem przychodzi do domu smutny. Dzieci trzymają się z daleka od niego – Raz usłyszał, jak pani Ula, wychowawczyni klasy powiedziała do niego "palancie". Kiedy syn spytał, co to jest "palant", wychowawczyni miała powiedzieć, że chodzi o grę zespołową – relacjonuje.
15 września dzieci z klasy zgłaszają, że Nikodem "znowu zasnął". Według słów Anny, wychowawczyni nie zareagowała. Tym razem chłopak był przytomny. Usłyszał jak nauczycielka mówi do klasy, że "trzeba olać Nikodema". – Osobiście byłam u każdego nauczyciela i wyjaśniałam co należy zrobić kiedy mój syn ma atak. Przede wszystkim trzeba sprawdzić oczy, które wyglądają, jakby były po heroinie. Zupełnie nieruchome. Trzeba także uszczypnąć w kark, który jest bardzo ukrwiony i jeśli śpiączka nie jest głęboka, to dziecko powinno zareagować – opowiada Ania.
O to, jak sprawę widzi sama szkoła, zapytaliśmy jej dyrektora.
Marcin Jarkiewicz, dyrektor szkoły podstrawowej nr. 85 w Warszawie

Problemem jest nie choroba Nikodema, ale jego agresja. W klasie, w której uczy się chłopiec, jest 25 uczniów, z których ponad połowę chcą przenieść rodzice. Właśnie przez Nikodema. Do tego z panią Anną bardzo trudno się rozmawia, mam wręcz wrażenie, że dochodzi do szykanowania nauczycieli.

Rodzice: Dłużej tego nie wytrzymamy
Po rozmowie z dyrektorem szkoły, dzwoni do mnie ojciec jednego z uczniów. Prosi o rozmowę. Spotykamy się ma Mokotowie w barze niedaleko szkoły podstawowej nr 85, w której dzieją się wszystkie wydarzenia. Na spotkaniu jest także czwórka innych rodziców. Widać, że tworzą zwartą grupę. Ich wersja wydarzeń jest zdecydowanie inna.
– Nikodem jest trudnym chłopcem. To nie jest kwestia jego epilepsji, on po prostu jest bardzo nieprzystosowany do grupy. Problem trwa odkąd rozpoczął się rok szkolny. Nikodem ma napady agresji, skierowane przeciwko naszym dzieciom, także przeciwko nauczycielce. Zorganizowaliśmy dyżury klasowe i widziałem co robi Nikodem podczas lekcji – zaczyna rozmowę pierwszy rozmówca.
– Nie po to zapisałam córkę do tej szkoły, żeby co chwile oglądała jak po Nikodema przyjeżdża karetka. Jesteśmy wszyscy bardzo zmęczeni tą sytuacją. Jeśli nic się nie zmieni, po prostu przeniesiemy nasze dzieci do innej szkoły. Mama chłopca także nie ułatwia nam sprawy. Jest wobec nas napastliwa i roszczeniowa. Mam wrażenie, że nastawia syna przeciwko grupie – uważa mama córki, która chodzi do klasy z Nikodemem.
W tym samym dniu, Nikodem znowu trafia do szpitala. Mama jest tam z nim przez kilka dni. Relacjonuje jej rozmowę z rodzicami. Anna jest bardzo zaskoczona, uważa, że rodzice zostali zmanipulowani przez dyrektora. Prosi, żebym skontaktował się z kuratorem, który zajmuje się sprawą Nikodema.
Kurator: Wszyscy muszą chcieć współpracować
– Sprawa jest nam znana. Prosiliśmy dyrektora o przekazanie nam informacji o podejmowanych działaniach, mających na celu zapewnienie bezpieczeństwa uczniowi. Analiza wskazuje na znaczną rozbieżność opinii. W szkole zaplanowano przeprowadzenie kontroli zapewnienia bezpieczeństwa uczniom podczas zajęć. Do realizacji potrzebna jest jednak współpraca z innymi rodzicami – napisał do redakcji Andrzej Kulmatycki, rzecznik prasowy Kuratorium Oświaty w Warszawie.
Andrzej Kulmatycki Kuratorium Oświaty w Warszawie

Rodzice i nauczyciele mogą widzieć problem dzieci z różnych perspektyw. Zapewnienie bezpieczeństwa uczniom powinno być nadrzędnym celem podejmowanych działań w szkole. W szkole zaplanowano kontrolę, mającą zapewnić bezpieczeństwo wszystkich uczniów.

Kilka lat wcześniej Nikita, starsza córka Anny miała podobne problemy. Dziewczynka jest bardzo utalentowana, śpiewa w operze i zespole wokalnym w Pałacu Kultury. – Nikita ma o wiele mniejsze objawy epilepsji niż Nikodem, ale ona także swoje przeszła. Już w pierwszej klasie nauczycielka przy innych uczniach wykrzyczała do mnie, że "zataiłam chorobę córki".
– Dzieci szybko wyczuły, że moja córka nie jest lubiana przez wychowawczynię. Zaczęła się moczyć, nie chciała chodzić do szkoły. Na szczęście Nikita ma bardzo silny charakter. Dzisiaj nie ma problemów , może dlatego, że ataki niemal zupełnie ustały – dodaje.
Anna uważa, że największym problemem jest dyrektor Marcin Jarkiewicz. Twierdzi, że szkoła pobiera pieniądze, ale one nie są w odpowiedni sposób wykorzystywane. – Proszę nie wierzyć w to, co mówi pani Anna, ona ma skłonność do przedstawiania rzeczywistości na swój sposób. – broni się przed oskarżeniami dyrektor szkoły.
– Próbowaliśmy się spotkać z panią Anną i spróbować wyjaśnić problem. Ale ona uważa, że cały świat jest przeciwko niej. W tej chwili nie widzę szansy na rozwiązanie tego problemu. Dopóki Nikodem będzie w klasie, nasze dzieci nie będą mogły czuć się tam bezpiecznie – mówią twardo rodzice.
Niedawno do domu Anny przyszedł dzielnicowy policjant. – To dyrektor go na nas nasłał. Oczywiście nie stwierdzono, żeby mój syn odstawał od innych. Jestem samotną matką, będę walczyć z tą szkołą dopóki nie odsuną dyrektora. Nie poddam się na pewno – kończy.

Napisz do autora: oskar.maya@natemat.pl