Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych.
Trump wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Fot. 123rf

Jak to się stało, że taki człowiek jak Trump stał się prezydentem Stanów Zjednoczonych? Tak samo jak przynależność do elity stała się defektem, a określenie "inteligent" obelgą.

REKLAMA
Rok 2016 śmiało można nazwać rokiem cudów. To, co miało nigdy się nie wydarzyć, stało się naszą rzeczywistością. Najpierw Brexit, teraz Trump. A może to właśnie było najbardziej prawdopodobne, a my pogubiliśmy się całkowicie w rachunku prawdopodobieństwa?
Myślenie magiczne to silne wewnętrzne przekonanie, że intensywne rozmyślanie na jakiś temat jest tożsame z działaniem. To podwaliny całego współczesnego coachingu, możesz być kim chcesz, wystarczy, że bardzo mocno się postarasz. To jednocześnie błędne założenie, że wszelkie sukcesy i splendory zależą od twojej dobrej woli, chęci pracy i samozaparcia. Nie biorą z kolei pod uwagę różnic społecznych, tego czy ktoś np. wychował się w patologicznej nędzy lub u boku rodziców alkoholików.
Takim magicznym myśleniem w ostatnich latach wykazały się też media. Brexit? Niemożliwe, przecież Brytyjczycy się jednak opamiętają. Trump? Nigdy w życiu. Ameryka jest, jaka jest, ale na prezydenta nie wybierze jednak kłamcy i oszusta podatkowego. Ten drugi scenariusz był gorszy, bardziej ułomny, dla tych mniej inteligentnych. Po prostu był niemożliwy. Odbywało się masowe czarowanie rzeczywistości. Jednak w tych czarach okazało się, że jesteśmy bliżsi Kaszpirowskiemu niż Davidovi Copperfieldowi.
Establishment i elity
Bo któregoś dnia, trudno konkretnie określić datę, pewne słowa o zdecydowanie pozytywnym zabarwieniu stały się obelgami. Bycie elitą zaczęło oznaczać przynależność do formacji o raczej przestępczym charakterze. Establishment okazał się odpowiednikiem Cosa Nostry, a określenie "inteligent" zaczęło być łączone z przemądrzałymi wymoczkami, które niewiele wiedzą o prawdziwym życiu.
Ci, którym wmawiano, że mogą być kim chcą (a mimo to kolejne lata spędzali w obskurnych mieszkaniach socjalnych, pracując za fatalne pieniądze i od dekady nie mogąc sobie pozwolić na urlop) zrozumieli, że to bujda. I bardzo szybko pojawili się politycy, którzy uznali, że na tym rozczarowaniu da się zbić lepszy kapitał niż na obietnicach lepszego jutra.
Wystarczyło tylko odpowiednio wskazać wroga, znaleźć mu piękną łatkę, opisać system, wobec którego trzeba stanąć okoniem, a samemu być jak najbardziej brutalnie "nieestablishmentowym" i nieinteligenckim. I wystarczyło przestać wmawiać, że wszystko jest możliwe, ale wskazać winnych tej niemożliwości. Tyle. Nie trzeba nawet wiele obiecywać.
Różnica między dosłownie i serio
W dzisiejszym "The Washington Post" Margaret Sullivan zauważyła, że amerykańskie media brały Trumpa zbyt dosłownie, natomiast jego wyborcy brali go na poważnie. Co to oznacza? Że kiedy Trump mówił o wybudowaniu muru przeciwko imigrantom, to media stukały się w głowę i śmiały z infantylnego pomysłu, wyborcy zaś myśleli: ok, on na poważnie chce, żebyśmy poczuli się bezpieczniej.
I nawet jeśli fryzura Trumpa porównywana jest do kolby kukurydzy, jeśli w kolejnym wywiadzie ten człowiek wykazuje się rażącą niewiedzą, jest seksistą, otwarcie sympatyzuje z Putinem i w podejrzany sposób odnosi się do własnej córki, wykazując znamiona incestu – to jest prawdziwy, z wszystkimi swoimi wadami i ułomnościami. Prosty, swojski, bliski i rozumiejący prostego człowieka.
I mimo że to także poza, jak cała misterna dyplomacja rasowych "establishmentowych" polityków, to na obecną chwilę, w niepewnym czasie kryzysu migracyjnego i terroryzmu zdaje się być bardziej w cenie.
Choć zwykle cena, którą trzeba potem zapłacić, jest bardzo wysoka.