
Czara goryczy się przelała. Nastąpiło zmęczenie społecznego materiału. W obliczu narastającej szajby smoleńskiej, Polki i Polacy zaczynają stawiać niewygodne pytania o odpowiedzialność Prawa i Sprawiedliwości za katastrofę. Po ponad 6 latach od tragedii, kończy się okres ochronny dla PiS.
Na informację, że Radosław Sikorski poda Jarosława Kaczyńskiego do sądu za mówienie nieprawdy o Smoleńsku wiele osób niezwiązanych z PiS zareagowało aprobatą. "Nareszcie!" - pisali ludzie, którzy gratulowali politykowi tego, że nie daje bezkarnie kłamać na swój temat. "Najwyższy czas" - pisali inni. Musiało minąć osiemdziesiąt miesięcy od katastrofy, by znany polityk Platformy się "odwinął", a wiec partyjny PiS-u pod Pałacem Prezydenckim spotkał się z kontrmanifestacją. Ale czy nie jest już za późno na powstrzymanie tego szaleństwa?
Początki zamachowej propagandy 10 kwietnia 2010 r. rosyjscy strażacy ciągle jeszcze dogaszali płonący wrak, gdy na oddalonym o kilkanaście kilometrów cmentarzu, gdzie miały się odbyć uroczystości w 70 rocznicę zbrodni katyńskiej, wśród ogłuszonych tragedią Polaków zaczęła się rozchodzić plotka o zamachu na Lecha Kaczyńskiego.
Straszliwa symbolika śmierci prezydenta na rosyjskiej ziemi w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej uruchomiła wyobraźnię ludzi przejętych grozą sytuacji. Fantastyczne domysły zrodzone z olbrzymiego napięcia emocjonalnego, najpierw stały się ideologią partyjną, a po wygranych przez PiS wyborach - państwową.
Halo? Zabiliście mi brata Było kilkanaście minut po dziewiątej, gdy kilkaset kilometrów dalej, w Warszawie, Jarosław Kaczyński usłyszał od ministra Sikorskiego o katastrofie Tupolewa. Jak relacjonuje w "Smoleńsku" Teresa Torańska, Beata Kempa, która była wówczas na cmentarzu, powiedziała: "Wyrok! Ale za co?". Torańskiej nie udało się ustalić, czy to prawda, jakoby w odpowiedzi na kondolencje Tuska Jarosław Kaczyński miał powiedzieć "To wy i media zabiliście mi brata"*.
PiS-owska szajba smoleńska na szerszą skalę zaczęła się tuż po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich. Cel, widoczny z perspektywy czasu, jest jasny: zdjąć z PiS odpowiedzialność za śmierć 96 osób. Metoda: rozgłaszanie wzajemnie sprzecznych bredni.
"Anatomia katastrofy smoleńskiej"
Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski, Mieczysław Prószyński
Zbrodnia dla dramatyzmu Już 20 lipca 2010 r., poseł Antoni Macierewicz w świetle fleszy nazwał katastrofę smoleńską "zbrodnią", ale gdy dziennikarze poprosili, by wytłumaczył, co ma na myśli, nabrał wody w usta. Tego samego dnia 117 posłów PiS wybrało go na przewodniczącego nowo utworzonego "Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010 roku".
Właśnie to sejmowe ciało miało, według Macierewicza, dopiero wyjaśnić czy doszło do zbrodni, czy nie. To dlaczego sam wcześniej użył tego słowa, skoro jeszcze nic nie było wiadome? By podkreślić "dramatyzm" sytuacji, a poza tym media wyrwały "zbrodnię" z kontekstu. Dopiero w 2016 r. Platforma odpowiedziała zespołem parlamentarnym, który ma demaskować manipulacje PiS. Poseł PO, Czesław Mroczek, który jest zaangażowany w jego prace, przyznaje, że być może trzeba było zrobić coś takiego wcześniej.
"Kościec informacji wiarygodnej" Pewne rzeczy były dla Macierewicza jasne już w pierwszym dniu działania zespołu - winę za śmierć prezydenta ponosi tylko i wyłącznie rząd Platformy Obywatelskiej. Wśród członków jego zespołu nie było ani jednego eksperta od badania katastrof lotniczych. Sam Macierewicz już podczas pierwszego posiedzenia oświadczył, że jednym z celów zespołu jest stworzenie "kośćca informacji wiarygodnej", by nie obciążano odpowiedzialnością za tragedię z osób, które zmarły w Smoleńsku.
Antoni Macierewicz
poseł PiS, wypowiedź z 20 lipca 2010 r.
Tak powstał dogmat niewinności PiS-owskiej, który legł u podstaw religii smoleńskiej. Prezydent Lech Kaczyński i gen. Andrzej Błasik z miejsca zostali jej świętymi męczennikami, okrutnie zgładzonymi przez zamachowców. Fakty nie miały znaczenia. Na grobach 96 osób PiS zaczął zbijać kapitał partyjny i żadne krzyki i płacze nie mogły już go przekonać, że czarne jest czarne i białe jest białe, a lądowanie na ślepo w gęstej mgle grozi śmiercią.
Knebel żałobny Tymczasem rozsądni, kulturalni ludzie milczeli, bo o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale. Na kolejne wybryki smoleńskie PiS-u reagowano wzruszeniem ramion. Zamiast ostro przeciwstawić się PiS-owskim kłamstwom i wskazywać na odpowiedzialnych ze strony partii Jarosława Kaczyńskiego, zmieniano temat. Największą cnotą stała się powściągliwość. Tymczasem PiS systematycznie siał kłamstwo i nie miał podobnych obiekcji.
By zdjąć odpowiedzialność z gen. Błasika, który odpowiadał za kondycję lotnictwa i po katastrofie CASY powinien dobrze wiedzieć, że pakowanie tylu ważnych osób do jednego samolotu jest złym pomysłem, PiS epatuje kadrem pokazującym rzekomo "zadowolonego" Tuska na miejscu katastrofy.
By zdjąć odpowiedzialność z prezydenta Kaczyńskiego i posłów Gosiewskiego i Karskiego, którzy szykanowali pilota Pietruczuka za to, że zadbał o bezpieczeństwo prezydenta i nie lądował z nim na życzenie w ogarniętej wojną Gruzji (2008), PiS myli tropy zrzucając winę na przestarzałe maszyny, podczas gdy najnowocześniejszy nawet samolot nie przetrwałby wbicia się w ziemię z ogromną prędkością.

Punkt pęknięcia Granica wytrzymałości została przekroczona. Incydent londyński, w którym rząd PiS samowolnie zapakował pasażerów dwóch samolotów do jednego i tylko postawienie sprawy na ostrzu noża przez cywilnego pilota zapobiegło tragedii, wznowił dyskusję o katastrofie smoleńskiej i nadał jej nowe ramy.
Wcześniej opinia publiczna zareagowała gniewem na milionowe roszczenia rodzin smoleńskich związanych z PiS. Ich symbolem stała się Beata Gosiewska, żona posła Gosiewskiego, który w 2008 roku oskarżał pilota o tchórzostwo.
Potem społeczeństwo wzburzyło wyciąganie z grobów ciał ofiar katastrofy wbrew woli rodzin. Kropkę nad i postawiło pisowskie ograniczenie wolności zgromadzeń. Smoleński okres ochronny dla PiS-u właśnie się skończył.
* Pomyłkowo napisałam, że te słowa miały być skierowane wobec Radosława Sikorskiego. Przepraszam.
