Koniec okresu ochronnego. Po 6 latach od katastrofy miarka się przebrała i przeciwnicy zaczynają stawiać się PiS-owi

Grudzień 2009. Prezydent Lech Kaczyński wraz z członkami swojej Kancelarii (od lewej) - Mariuszem Handzlikiem, Jackiem Sasinem, Romanem Indrzejczykiem i Władysławem Stasiakiem.  Wyprawę prezydenta do Smoleńska przeżył tylko Sasin - pojechał pociągiem.
Grudzień 2009. Prezydent Lech Kaczyński wraz z członkami swojej Kancelarii (od lewej) - Mariuszem Handzlikiem, Jackiem Sasinem, Romanem Indrzejczykiem i Władysławem Stasiakiem. Wyprawę prezydenta do Smoleńska przeżył tylko Sasin - pojechał pociągiem. fot. Wojciech Olkuśnik
Czara goryczy się przelała. Nastąpiło zmęczenie społecznego materiału. W obliczu narastającej szajby smoleńskiej, Polki i Polacy zaczynają stawiać niewygodne pytania o odpowiedzialność Prawa i Sprawiedliwości za katastrofę. Po ponad 6 latach od tragedii, kończy się okres ochronny dla PiS.


Na informację, że Radosław Sikorski poda Jarosława Kaczyńskiego do sądu za mówienie nieprawdy o Smoleńsku wiele osób niezwiązanych z PiS zareagowało aprobatą. "Nareszcie!" - pisali ludzie, którzy gratulowali politykowi tego, że nie daje bezkarnie kłamać na swój temat. "Najwyższy czas" - pisali inni. Musiało minąć osiemdziesiąt miesięcy od katastrofy, by znany polityk Platformy się "odwinął", a wiec partyjny PiS-u pod Pałacem Prezydenckim spotkał się z kontrmanifestacją. Ale czy nie jest już za późno na powstrzymanie tego szaleństwa?


Początki zamachowej propagandy
10 kwietnia 2010 r. rosyjscy strażacy ciągle jeszcze dogaszali płonący wrak, gdy na oddalonym o kilkanaście kilometrów cmentarzu, gdzie miały się odbyć uroczystości w 70 rocznicę zbrodni katyńskiej, wśród ogłuszonych tragedią Polaków zaczęła się rozchodzić plotka o zamachu na Lecha Kaczyńskiego.


Straszliwa symbolika śmierci prezydenta na rosyjskiej ziemi w 70. rocznicę zbrodni katyńskiej uruchomiła wyobraźnię ludzi przejętych grozą sytuacji. Fantastyczne domysły zrodzone z olbrzymiego napięcia emocjonalnego, najpierw stały się ideologią partyjną, a po wygranych przez PiS wyborach - państwową.


Halo? Zabiliście mi brata
Było kilkanaście minut po dziewiątej, gdy kilkaset kilometrów dalej, w Warszawie, Jarosław Kaczyński usłyszał od ministra Sikorskiego o katastrofie Tupolewa. Jak relacjonuje w "Smoleńsku" Teresa Torańska, Beata Kempa, która była wówczas na cmentarzu, powiedziała: "Wyrok! Ale za co?". Torańskiej nie udało się ustalić, czy to prawda, jakoby w odpowiedzi na kondolencje Tuska Jarosław Kaczyński miał powiedzieć "To wy i media zabiliście mi brata"*.

PiS-owska szajba smoleńska na szerszą skalę zaczęła się tuż po przegranych przez Jarosława Kaczyńskiego wyborach prezydenckich. Cel, widoczny z perspektywy czasu, jest jasny: zdjąć z PiS odpowiedzialność za śmierć 96 osób. Metoda: rozgłaszanie wzajemnie sprzecznych bredni.
"Anatomia katastrofy smoleńskiej"
Jan Osiecki, Tomasz Białoszewski, Mieczysław Prószyński

To było albo tuż po świętach, albo w Nowy Rok. Załoga czekała na spóźnionego prezydenta ponad trzy godziny.

W końcu Lech Kaczyński przyjechał. Gdy wchodził po trapie okazało się, że już nie warto startować, bo w Gdańsku właśnie zepsuła się pogoda. Śnieżyca uniemożliwiała lądowanie. Śnieg walił tak, że służby nie radziły sobie z oczyszczaniem pasa. Cóż było robić, piloci przekazali tę informację prezydentowi. Tłumaczyli, że na przejście zamieci trzeba poczekać jakieś pół godziny.

Lech Kaczyński zareagował jednak podobnie, jak podczas późniejszego zdarzenia w Symferopolu, kiedy kapitan Grzegorz Pietruczuk odmówił lotu bezpośrednio do Gruzji, czyli złością. Prezydent był oburzony, że piloci ośmielili się odmówić wylotu, i dał wyraz swojej do nich niechęci - opisuje nasz świadek.

Najwyraźniej sądził, że załoga odgrywa się na nim za trzygodzinne spóźnienie. Kiedy pół godziny później piloci po raz drugi odmówili wykonania lotu, ponieważ pogoda się nie poprawiała, na pokładzie wybuchła burza z piorunami.

Cechą charakterystyczną Lecha Kaczyńskiego i jego otoczenia było całkowite lekceważenie harmonogramu lotów, a tym samym i czasu pracy załóg.
Czytaj więcej

Zbrodnia dla dramatyzmu
Już 20 lipca 2010 r., poseł Antoni Macierewicz w świetle fleszy nazwał katastrofę smoleńską "zbrodnią", ale gdy dziennikarze poprosili, by wytłumaczył, co ma na myśli, nabrał wody w usta. Tego samego dnia 117 posłów PiS wybrało go na przewodniczącego nowo utworzonego "Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154 M z 10 kwietnia 2010 roku".

Właśnie to sejmowe ciało miało, według Macierewicza, dopiero wyjaśnić czy doszło do zbrodni, czy nie. To dlaczego sam wcześniej użył tego słowa, skoro jeszcze nic nie było wiadome? By podkreślić "dramatyzm" sytuacji, a poza tym media wyrwały "zbrodnię" z kontekstu. Dopiero w 2016 r. Platforma odpowiedziała zespołem parlamentarnym, który ma demaskować manipulacje PiS. Poseł PO, Czesław Mroczek, który jest zaangażowany w jego prace, przyznaje, że być może trzeba było zrobić coś takiego wcześniej.

"Kościec informacji wiarygodnej"
Pewne rzeczy były dla Macierewicza jasne już w pierwszym dniu działania zespołu - winę za śmierć prezydenta ponosi tylko i wyłącznie rząd Platformy Obywatelskiej. Wśród członków jego zespołu nie było ani jednego eksperta od badania katastrof lotniczych. Sam Macierewicz już podczas pierwszego posiedzenia oświadczył, że jednym z celów zespołu jest stworzenie "kośćca informacji wiarygodnej", by nie obciążano odpowiedzialnością za tragedię z osób, które zmarły w Smoleńsku.
Antoni Macierewicz
poseł PiS, wypowiedź z 20 lipca 2010 r.

Tyle jest nieprawdy, tyle jest żerowania różnych ludzi na tej tragedii, celem najczęściej zamącenia i formowania oskarżenia pod adresem osób, które są ofiarami, że taki kościec podstawowych faktów wydaje się niezbędny.

Tak powstał dogmat niewinności PiS-owskiej, który legł u podstaw religii smoleńskiej. Prezydent Lech Kaczyński i gen. Andrzej Błasik z miejsca zostali jej świętymi męczennikami, okrutnie zgładzonymi przez zamachowców. Fakty nie miały znaczenia. Na grobach 96 osób PiS zaczął zbijać kapitał partyjny i żadne krzyki i płacze nie mogły już go przekonać, że czarne jest czarne i białe jest białe, a lądowanie na ślepo w gęstej mgle grozi śmiercią.

Knebel żałobny
Tymczasem rozsądni, kulturalni ludzie milczeli, bo o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale. Na kolejne wybryki smoleńskie PiS-u reagowano wzruszeniem ramion. Zamiast ostro przeciwstawić się PiS-owskim kłamstwom i wskazywać na odpowiedzialnych ze strony partii Jarosława Kaczyńskiego, zmieniano temat. Największą cnotą stała się powściągliwość. Tymczasem PiS systematycznie siał kłamstwo i nie miał podobnych obiekcji.

By zdjąć odpowiedzialność z gen. Błasika, który odpowiadał za kondycję lotnictwa i po katastrofie CASY powinien dobrze wiedzieć, że pakowanie tylu ważnych osób do jednego samolotu jest złym pomysłem, PiS epatuje kadrem pokazującym rzekomo "zadowolonego" Tuska na miejscu katastrofy.

By zdjąć odpowiedzialność z prezydenta Kaczyńskiego i posłów Gosiewskiego i Karskiego, którzy szykanowali pilota Pietruczuka za to, że zadbał o bezpieczeństwo prezydenta i nie lądował z nim na życzenie w ogarniętej wojną Gruzji (2008), PiS myli tropy zrzucając winę na przestarzałe maszyny, podczas gdy najnowocześniejszy nawet samolot nie przetrwałby wbicia się w ziemię z ogromną prędkością.
Punkt pęknięcia
Granica wytrzymałości została przekroczona. Incydent londyński, w którym rząd PiS samowolnie zapakował pasażerów dwóch samolotów do jednego i tylko postawienie sprawy na ostrzu noża przez cywilnego pilota zapobiegło tragedii, wznowił dyskusję o katastrofie smoleńskiej i nadał jej nowe ramy.
Wcześniej opinia publiczna zareagowała gniewem na milionowe roszczenia rodzin smoleńskich związanych z PiS. Ich symbolem stała się Beata Gosiewska, żona posła Gosiewskiego, który w 2008 roku oskarżał pilota o tchórzostwo.

Potem społeczeństwo wzburzyło wyciąganie z grobów ciał ofiar katastrofy wbrew woli rodzin. Kropkę nad i postawiło pisowskie ograniczenie wolności zgromadzeń. Smoleński okres ochronny dla PiS-u właśnie się skończył.

* Pomyłkowo napisałam, że te słowa miały być skierowane wobec Radosława Sikorskiego. Przepraszam.

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl