
Już niedługo, by wejść do klubów w całym Sopocie, może nie wystarczyć dowód osobisty. Część właścicieli lokali otwarcie deklaruje, że chciałaby przyciągnąć nieco starszą klientelę. Taką w wieku co najmniej 21 lat, która nie powoduje tylu problemów wymagających interwencji policyjnej, a przy okazji jest zamożniejsza. Ale wjazd do klubu od 21. roku życia to żadna nowość. Funkcjonuje w wielu polskich lokalach i ma zarówno swoich gorących zwolenników, jak i przeciwników.
Ale agresja to tylko jeden problem. Bardzo często zdarza się, że najmłodsi klienci klubów zwyczajnie nie potrafią się w nich zachować. – Tak bardzo bym chciała, żeby wpuszczali u nas chociaż od tych 21 lat – mówi mi anonimowo dziewczyna pracująca w jednym ze stołecznych klubów. Nie chce mówić oficjalnie, ponieważ jej lokal jest przeznaczony dla studentów. Żyje więc właśnie z tych "dzieciaków", których szczerze nie znosi. – Przyjeżdżają do Warszawy na studia, w końcu nie stoją nad nimi rodzice i odbija im. Mają się za królów życia, a zdecydowana większość z nich po prostu przepija to, co dała im mama na jedzenie czy wynajęcie pokoju. Nie mają szacunku do nikogo poza sobą, pracowników traktują z wyższością – opowiada.
Kiedyś zbierałam jednego dzieciaka znad Wisły, naćpanego, bez kontaktu. Jak nie wpuścisz ich do klubu, to znajdą inną rozrywkę, niekoniecznie lepszą, ale mimo wszystko chyba i tak lepiej się bawić bez nich, tym bardziej, że te małe szczyle nawet próbują podbijać, a czasami nie mają nawet 17 lat.
Bo nie każdemu młodzież w klubie przeszkadza. Zresztą często jest tak, że nie garnie się ona tam, gdzie jej nie chcą. Studenci najchętniej przecież siedzą we wspominanych już klubach studenckich.
Ograniczeń nie rozumie także Blvck Svlvmi, czyli po prostu Mateusz, który jest didżejem. – Zapomniał wół, jak cielęciem był – mówi mi. Ale jednocześnie dodaje, że patrzy na to przede wszystkim biznesowo. – Kluby powinny wpuszczać od osiemnastego roku życia, bo to są pieniądze zarówno dla klubu, jak i dla artystów grających. Często jest tak, że jak klub nie chce płacić artystom, to z tego względu, że przyszło za mało ludzi – przekonuje mnie.
Ja jestem didżejem i zarabiam na nich. Szanuj gimba swego. Tak powiedział Jacek Graniecki, znany jako Tede.
Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl
