
Na polskim podwórku metoda działa wyśmienicie. Rząd ignoruje wszystkie wyroki Trybunału Konstytucyjnego, które nie są po jego myśli i sprawę uważa się za zamkniętą. Pojawiły się spekulacje, że w ten sam sposób PiS zamierza utrącić wybór Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej. Ale to, co się sprawdza w Warszawie, w Brukseli wcale nie musi zadziałać.
REKLAMA
Zasada trójpodziału władzy polega na tym, że mamy władzę ustawodawczą, sądowniczą i wykonawczą. W Polsce nad wszystkim czuwał jeszcze Trybunał Konstytucyjny, który orzekał o zgodności ustaw z ustawą zasadniczą. PiS, po ostatnich wyborach, przez miesiące skutecznie blokował prace Trybunału i zupełnie nie przejmował się jego orzeczeniami. Metoda była prosta jak konstrukcja cepa: skoro orzeczenie musi zostać opublikowane, to bez publikacji orzeczenia jakby nie było.
Metoda może dziecinna, ale skuteczna. Rząd Beaty Szydło w prosty sposób uniknął prawie wszystkich problemów. Prawie – bo ciągnie się za nim po Europie opinia tego gabinetu, który lekceważy konstytucję własnego kraju, zalecenia Komisji Weneckiej i Komisji Europejskiej. Co jakiś czas ministrowie występujący w telewizji muszą tłumaczyć, dlaczego „garstka” ludzi znów wyszła protestować. A prawnicy związani z PiS na wyrywki prześcigają się w tłumaczeniach, dlaczego ich zdaniem prawo jest po stronie rządu.
Odwracanie głowy nie wystarczy
Wygląda na to, że tę samą metodę Prawo i Sprawiedliwość chce zastosować podczas rozgrywki o stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej. Chodzi o nie podpisanie dokumentu nazywanego "konkluzje po szczycie RE”. Jest do dokument, w którym zostają zawarte wszystkie postanowienia i decyzje, jakie zapadły podczas obrad szczytu Rady Europejskiej.
Wygląda na to, że tę samą metodę Prawo i Sprawiedliwość chce zastosować podczas rozgrywki o stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej. Chodzi o nie podpisanie dokumentu nazywanego "konkluzje po szczycie RE”. Jest do dokument, w którym zostają zawarte wszystkie postanowienia i decyzje, jakie zapadły podczas obrad szczytu Rady Europejskiej.
– Dotychczasowa praktyka wskazywała, że konkluzje zawsze były podpisywane jednogłośnie – twierdzi w rozmowie z naTemat dr Marta Witkowska z Instytutu Nauk Politycznych, specjalizująca się w prawie europejskim. Trudno się zresztą dziwić, skoro konkluzje w swojej formie przypominają nieco protokół ze spotkania. Ktoś w PiS jednak uznał, że warto zastosować starą i sprawdzoną metodę a'la Szydło, czyli zaklinanie rzeczywistości przez wyparcie niewygodnych faktów. Mówiąc w skrócie, padł pomysł, żeby dokumentu nie podpisać. Skoro nie będzie dokumentu podsumowującego, to szczyt Rady Europejskiej będzie można automatycznie uznać za nieważny. A co za tym idzie, zablokują Tuska.
9 marca 1652 - pierwsze Liberum Veto
— Krzysztof Paczkowski (@K_Paczkowski)
9 marca 2016 - Szydło odmawia publikacji wyroku TK
9 marca 2017 - Waszczkowski grozi zerwaniem szczytu
Sprytny plan? – Konkluzje mogą być przyjęte bez jednomyślności – zapewnia Mikołaj Dowgielewicz, były wiceszef ministerstwa spraw zagranicznych do spraw europejskich. Jego zdaniem, unieważnienie szczytu w ten sposób będzie zależne od tego, jak problem braku polskiego podpisu będą się zapatrywać prawnicy Rady Europejskiej.
I raczej trudno się spodziewać, żeby prawnicy z Brukseli dali się złapać na pułapkę, którą zastawia na nich PiS. Jak twierdzi Dowgielewicz, znajdą dziesiątki sposobów, żeby konkluzje mogły zostać przyjęte mimo braku jednomyślności. Należy się raczej spodziewać, że postanowienia ze szczytu RE zostaną uznane za ważne i wejdą w życie. Rodzi się jednak pytanie, co dalej?
Będzie antyunijna nagonka?
Na krajowym podwórku PiS może sobie pozwolić na łamanie prawa. Wyjdą dziesiątki tysięcy oburzonych Polaków na ulice, w mediach publicznych zostaną przedstawieni jako garstka frustratów, a rząd będzie dalej robił z prawem to, co chce. Może udawać, że nie było wyroku TK z 9 marca o niekonstytucyjności noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym autorstwa PiS. W daleko idącej konsekwencji doprowadziło to sędzię Przyłębską do fotela prezesa TK. W przypadku wyboru Tuska na Przewodniczącego RE odwracanie wzroku nic nie pomoże. Tusk nadal będzie szefem, czy to się Jarosławowi Kaczyńskiemu podoba, czy nie.
Na krajowym podwórku PiS może sobie pozwolić na łamanie prawa. Wyjdą dziesiątki tysięcy oburzonych Polaków na ulice, w mediach publicznych zostaną przedstawieni jako garstka frustratów, a rząd będzie dalej robił z prawem to, co chce. Może udawać, że nie było wyroku TK z 9 marca o niekonstytucyjności noweli ustawy o Trybunale Konstytucyjnym autorstwa PiS. W daleko idącej konsekwencji doprowadziło to sędzię Przyłębską do fotela prezesa TK. W przypadku wyboru Tuska na Przewodniczącego RE odwracanie wzroku nic nie pomoże. Tusk nadal będzie szefem, czy to się Jarosławowi Kaczyńskiemu podoba, czy nie.
Przez jakiś czas mogło się wydawać, że całe zamieszanie wokół wyboru przewodniczącego RE to gra Jarosława Kaczyńskiego adresowana wyłącznie do wyborców PiS. Chodziło o pokazanie, że PiS będzie bez wytchnienia zwalczał Tuska, gdzie się tylko da. Sęk w tym, że zaszło to trochę za daleko, zbyt wiele zaangażowano sił i środków w próbę utrącenia Tuska, żeby teraz móc powiedzieć „trudno, próbowaliśmy, walczyliśmy, nie udało się”. Teraz takie słowa już nie wystarczą, jeśli Tusk zostanie przewodniczącym, to polska dyplomacja poniesie spektakularną klęskę, która powinna skończyć się dymisją (albo premier, albo szefa MSZ).
Nasi rozmówcy sugerują, że należy przygotować się na kolejny krok ze strony rządu, którym będzie nie tylko kwestionowanie Donalda Tuska na fotelu Przewodniczącego Rady Europejskiej, ale i Unii Europejskiej jako takiej. Można przypuścić, ze będzie teraz przedstawiana jako twór polityczny, który nie liczy się ze zdaniem Polski i nie waha się, żeby Polskę zdeptać, upodlić, znieważyć.
Trudno nie odnieść wrażenia, że może to być preludium przed antyunijną kampanią propagandową. To zresztą nie powinno nikogo dziwić. Unia, która poprzez swoje organy krytykuje rząd PiS za łamanie demokracji w Polsce, nie jest wygodnym partnerem dla rządu. Oby tylko konflikt na linii PL-UE nie poszedł dalej.
Napisz do autora: pawel.kalisz@natemat.pl
