Dzięki prezydentowi Robertowi Biedroniowi do grona debatujących mężczyzn dołączyła kobieta.
Dzięki prezydentowi Robertowi Biedroniowi do grona debatujących mężczyzn dołączyła kobieta. fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Liberałowie, przedsiębiorcy i katolicy. Starsi, młodsi i dojrzali. Polacy, Amerykanie i Hiszpanie. Mężczyźni na całym świecie dyskutują o sprawach dotyczących całego społeczeństwa w jednopłciowym, męskim gronie. Spektakularny gest Biedronia nagłośnił problem, z którym kobiety walczą od lat.

REKLAMA
Debata w Katowicach o przyszłości samorządu. Na scenie ośmiu mężczyzn - jeden prowadzący i siedmiu panelistów, w tym Robert Biedroń, prezydent Słupska. W pewnym momencie Biedroń oddaje swoje miejsce - a więc i głos - kobiecie: usadzonej wśród publiczności burmistrzyni Wołomina. "Bo mamy 2017 rok" - pisze potem prezydent Biedroń na Facebooku, nawiązując do słynnej wypowiedzi Justina Trudeau, premiera Kanady. Na wieść o geście prezydenta Słupska, internautki i internauci wpadają w zachwyt.
"Jestem z Wołomina, a Robert Biedroń to mój ulubiony polski polityk. Przypadek? Nie sądzę! :D Panie Robercie, sorry, ale kocham Pana!" – pisze Katarzyna. "Dziękuję Panie Robercie! Gender Equality" – cieszy się Alicja. "Brawo!" – komentuje Dagmara. "Takiego prezydenta naszemu krajowi potrzeba" – pisze Stanisław. To tylko kilka z wielu entuzjastycznych komentarzy.
Ale nie brakuje też głosów sprzeciwu. Zdaniem części komentatorów zjawisko debatowania bez kobiet wynika z... kobiecego braku kompetencji. Według tej hipotezy jednopłciowy, męski panel to efekt doboru merytorycznego, w którym odpadły kobiety. Kto przeprowadzał test kompetencji i na czym polegał? Tego nie wiadomo, ale tak część internautów usprawiedliwia wykluczenie kobiet z debaty publicznej.
Robert Biedroń
fragment książki "Pod prąd" (2016)

Mężczyźni od dzieciństwa wyrastają w przeświadczeniu, że wiedzą wszystko najlepiej. Nie miewamy refleksji nad sytuacją kobiet, nad tym, jak je traktujemy, jak wpływamy na ich życie. Oczywiście „całuję rączki”, „ą”, „ę”, przepuszczanie w drzwiach i tak dalej. To wszystko jest, ale czy o to chodzi kobietom? Czy to prawdziwe równouprawnienie, o którym mówi konstytucja? Dzisiaj już wiemy, że nie. A ja to wiem właśnie dzięki Kongresowi Kobiet.

Dyskryminacja kobiet ponad podziałami
Jednopłciowe panele nie są domeną konserwatywnych think-tanków i kościelnych inicjatyw. To też problem środowisk, które równość płci mają na ustach i na sztandarach. Wtedy męski monopol na udział w debacie kłuje w oczy jeszcze bardziej.
Przykładem może być relacja Adriany Rozwadowskiej z zeszłorocznego Europejskiego Forum Nowych Idei. "Żeby spotkać 'neandertala', nie trzeba odwiedzać miasteczek Polski B ani iść na koncert Bayer Full po Wielkim Poście. Wystarczy znaleźć się wśród posłów, ekonomistów i przedstawicieli ogólnopolskich organizacji" - napisała dziennikarka, zdegustowana zachowaniem części mężczyzn.
I choć wielu polskich internautów śmieje się ze zdjęć saudyjskiej rady ds. kobiet, złożonej z samych mężczyzn, to już fotografie męskich paneli znad Wisły nie budzą refleksji, że coś tu jest nie tak. Kobiety stanowią 52 proc. społeczeństwa Polski, ale w debatach głos daje się (niemal) wyłącznie mężczyznom.
Jedną z najświeższych ilustracji tego zjawiska jest inicjatywa Platformy Obywatelskiej, która w ramach ofensywy wezwała PiS do debaty o rożnych dziedzinach polityki. Jako swoich reprezentantów wystawiła samych mężczyzn. Filip Springer nazwał to zjawisko "debatami siusiaków", choć - jak podkreślił - można użyć mocniejszych słów.
Alert: panel bez kobiet
Przykłady wyłącznie męskich dyskusji zbiera fanpage "Nie chodzę na panele, w których występują tylko mężczyźni". Oczywiście nie dokumentuje wszystkich takich przypadków w Polsce, a jedynie wybrane, nadesłane przez internautki i internautów. Wśród organizatorów męskich debat o ogólnoludzkich sprawach znajdują się m.in. Polityka Insight (obrona przed cyber-kłamstwami), Kultura Liberalna (scenariusze rozpadu Unii Europejskiej), Ośrodek Myśli Politycznej i Ośrodek Debaty Międzynarodowej (jak Trump zmieni światową politykę) i Forbes (debata o kapitale).
Jednak ta strona to nie jedyne miejsce, w którym można się spotkać z krytyką paneli zdominowanych przez mężczyzn. Internautki i internauci coraz częściej biorą sprawy w swoje ręce i piszą organizatorom jednopłciowych debat co o tym myślą. Instytucje powoli zaczynają się tłumaczyć z tego, dlaczego o sprawach wszystkich dyskutuje tylko jedna płeć. Solidarność z kobietami coraz częściej wyrażają mężczyźni uczestniczący w panelach - nie zawsze jak Robert Biedroń robią to za pomocą spektakularnych gestów. Ponad 1000 mężczyzn podpisało się pod internetową deklaracją, że nie wezmą udziału w wieloosobowym panelu, jeśli w dyskusji nie biorą udziału kobiety.
Rozbijanie męskiego monopolu
Jest kilka pomysłów na to, jak włączyć kobiety do debaty publicznej. Jeden z nich to piętnowanie wyłącznie męskich debat. Kolejny to bojkotowanie uczestnictwa w wydarzeniach, które przewidują miejsce dla kobiet wyłącznie wśród publiczności. Jednak nie wszyscy uważają, że to właściwa taktyka.
Niedawno na stronie Bloomberga pojawił się tekst Kary Alaimo, która uważa ignorowanie zmonopolizowanych przez mężczyzn dyskusji za błąd. Jak podkreśla, kobiety tracą przez to szansę na rozwój zawodowy i okazję, by zawstydzić organizatorów takich debat w internecie lub podczas samej konferencji. Podobne głosy można spotkać w Polsce.
Tymczasem oprócz kija, jest i marchewka. Kongres Kobiet stworzył specjalną listę ekspertek z różnych dziedzin, którą udostępnia chętnym mediom i instytucjom. Podobną inicjatywę zrealizowała Krytyka Polityczna, która uruchomiła bazę Ekspertki.org - zarejestrowani użytkownicy z redakcji i organizacji pozarządowych mogą odnaleźć specjalistki w różnych dziedzinach stosując różne kryteria, z miejscem zamieszkania włącznie.
Być może dzięki tym i innym, bardziej partyzanckim działaniom, takim jak pytanie organizatorów podczas konferencji o to, dlaczego na scenie nie ma kobiet, solidarnościowy gest Biedronia przestanie być kiedyś potrzebny. Jednak jest to dopiero jaskółka zmian, a nie rewolucja.