"Żart", "absurd" - eksperci łapią się za głowę. Macierewicz chce, by broniły nas podwodne lotniskowce

Antoni Macierewicz zapowiada zakup okrętów podwodnych wyposażonych w ... samoloty pokładowe.
Antoni Macierewicz zapowiada zakup okrętów podwodnych wyposażonych w ... samoloty pokładowe. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta / Wikipedia
Trwa nieprzerwany festiwal szalonych pomysłów ministra Antoniego Macierewicza. Do koncepcji budowy w Radomiu siedziby Marynarki Wojennej szef MON dorzuca kolejną ciekawostkę. Otóż polskiego wybrzeża mają bronić okręty podwodne wyposażone w… samoloty pokładowe.

Miały być śmigłowce Caracal – nie będzie. Na ich miejsce miały być BlackHawki – nie ma. Polskie wojsko z każdym dniem staje się słabsze, a wysłużony sprzęt jest na granicy śmierci technicznej, na co zwraca uwagę między innymi generał Skrzypczak. Ministra obrony narodowej to jednak zdaje się nie martwić, a pomysłami na poprawę obronności kraju sypie jak z rękawa. Trzeba przyznać, że te dotyczące polskiej floty i obrony wybrzeża są szczególnie ciekawe.

Minister odpłynął, flota zostanie w Radomiu
Zaczęło się niewinnie, od pomysłu przeniesienia siedziby Stoczni Marynarki Wojennej do Radomia. Ministrowi nie przeszkadza, że Radom nie leży nad morzem, ba! – nie leży nawet w pobliżu większych rzek. Największy zbiornik wodny to Zalew Borki, wykorzystywany jako miejskie kąpielisko i trudno wyobrazić sobie w tym miejscu okręty większe od dmuchanych materacy.

Można się śmiać, że Antoni Macierewicz chce na zalewie lotniskowce budować, ale siedziba stoczni w Radomiu to jeszcze nic. Najnowszym pomysłem jest wyposażenie polskiej marynarki wojennej w nowoczesne łodzie podwodne wyposażone w samoloty i środki odstraszania. Jak twierdzi szef MON, działanie tych samolotów ma być zintegrowane z walką minową, działaniem rakietowej obrony wybrzeża i lotnictwem.
No dobrze... Pomysł budowy podwodnych nosicieli samolotów nie jest niczym nowym, pierwsza taka konstrukcja wypłynęła w morze dziewięćdziesiąt lat temu. Brytyjczycy zdemontowali z okrętu podwodnego działo, a na jego miejscu postawili hangar i katapultę dla małego rozpoznawczego wodnosamolotu. Okręt nie dotrwał do naszych czasów, 5 lat po dokonaniu przeróbki poszedł na dno. Przypuszczalnie stało się to na skutek błędu załogi, która nie zamknęła dokładnie hangaru, gdy okręt miał się zanurzyć pod wodę.


W czasie drugiej wojny światowej koncepcję samolotów startujących z pokładu okrętów podwodnych rozwijali Japończycy. Przygotowano specjalne okręty, zbudowano samoloty i planowano zniszczyć instalacje portowe i śluzy Kanału Panamskiego. Dwa okręty wypłynęły z japońskich portów, ale ostatecznie do ataku nie doszło. Zanim Japończycy dopłynęli na wysokość kanału Cesarstwo skapitulowało. Amerykanie przejęli okręty, zbadali je i… odesłali na dno Oceanu Spokojnego.
– Ten pomysł to jakiś absurd – śmieje się komandor Rowiński, gdy usłyszał o nowej koncepcji ministra Macierewicza. I szybko dodaje: – Bałtyk to taka większa sadzawka, korzystanie z samolotów startujących z pokładów łodzi podwodnych nie ma w dzisiejszych czasach żadnego uzasadnienia. Podobnego zdania jest generał Waldemar Skrzypczak. – Traktuję ten pomysł w kategorii żartu.

Deskorolki bombardujące
Kilkadziesiąt lat temu samoloty pokładowe miały sens o tyle, że ułatwiały wykrywanie wrogich obiektów pływających dalej, niż sięgał ludzki wzrok i pierwsze, dość jeszcze zawodne radary. – Dziś mamy na wyposażeniu takie technologie, które nawet nie śniły się ówczesnym marynarzom. Zwiad lotniczy na Bałtyku nie jest już tak potrzebny jak kiedyś – twierdzi Rowiński.

Komandor zwraca uwagę również na to, że atak z zaskoczenia nie wymaga dziś podpłynięcia na 100 mil morskich do punktu, w którym wypuści się w powietrze kilka samolotów, by te zrzuciły po kilka bomb na wybrane obiekty. – O wiele skuteczniejsze, szybsze i celniejsze są dziś rakiety, które można odpalać z okrętów podwodnych bez konieczności jego wynurzania – twierdzi Rowiński.

Problematyczne byłoby wykorzystywanie samolotów w misjach ratunkowych. O ile z helikoptera zawieszonego kilkanaście metrów nad wodą można podjąć nawet kilkunastu rozbitków na raz, o tyle samolot musiałby najpierw na wodzie wylądować. – Nie wyobrażam sobie odrzutowca z pływakami, ale ja nie jestem lotnikiem – śmieje się komandor. Nie trzeba jednak być lotnikiem, żeby wyobrazić sobie, jak długo może trwać operacja przygotowania samolotu do startu z łodzi podwodnej. – Trzeba by się wynurzyć, otworzyć hangar, wystawić samolot, rozłożyć w nim skrzydła. To chyba musi trwać przynajmniej kilka minut i wykonanie tego w warunkach bojowych może skutkować wykryciem okrętu, a w konsekwencji jego zatopieniem – komentuje Rowiński.
Internauci nie pozostawiają na ministrze suchej nitki. „Podwodny lotniskowiec, czy latająca łódź podwodna” – zastanawia się jeden z nich. „Latające łodzie podwodne przylecą na AirShow do Radomia, będą kręcić akrobacje” – wtóruje mu inny. „A oddziały Obrony Terytorialnej powinny otrzymać miecze świetlne” – śmieje się trzeci. "Czekamy na deskorolki bombardujące" – i tak dalej, trudno znaleźć kogoś, kto pochwaliłby pomysł ministra.

A może ministrowi chodziło o drony, małe bezzałogowe samoloty, którymi mógłby sterować marynarz pozostający na pokładzie okrętu podwodnego? – Trudno mi to sobie wyobrazić. Według mojej wiedzy żeby sterować takim dronem okręt powinien pozostawać w wynurzeniu, przez co traci swój najważniejszy atrybut i staje się łatwym celem – ripostuje Rowiński. Tu jednak inne zdanie ma generał Skrzypczak, który twierdzi, że można by wypuścić drony w powietrze pozostając w zanurzeniu: – odpalano by go w specjalnej kapsule, która nad wodą by się otwierała i dron dalej leciał by sam. Tylko po co? – pyta generał.

Świadoma dezinformacja?
O tym, ze Bałtyk jest w dzisiejszych czasach niczym więcej, jak większą sadzawką najlepiej wiedzą piloci F16. Samoloty stacjonujące w 32 . Bazie Lotnictwa Taktycznego Łasku pod Łodzią w ciągu 20 minut od momentu ogłoszenia startu już lecą ponad falami Bałtyku. W przypadku poderwania samolotów w trybie alarmowym pilotów nie obowiązują zakazy latania z prędkościami ponaddźwiękowymi. W razie potrzeby polskie samoloty w ciągu godziny mogę dolecieć do... Hiszpanii. – Od lat w lotnictwie wojskowym liczy się szybkość niemal na równi z uzbrojeniem. Jakie odrzutowce Macierewicz chce wypuścić z okrętu podwodnego? – pyta retorycznie generał Waldemar Skrzypczak.
Trudno nie odnieść wrażenia, że pomysł ładowania samolotów do okrętów podwodnych to taka sama fantazja ministra, jak tysiąc dronów dla żołnierzy Wojsk Obrony Terytorialnej. Generał Skrzypczak idzie zresztą dalej: – Te wiadomości o nowych pomysłach ministra to świadoma dezinformacja. Wszyscy teraz będą się zajmować tymi okrętami, zamiast rozmawiać o rzeczywistych problemach polskiej armii – mówi Skrzypczak. Dyskusyjna pozostaje też kwestia kosztów takich okrętów. Zdecydowaniem lepszym interesem byłoby odkupienie od Egiptu Mistrali za dolara. No niech będzie, za dwa...
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...