Im więcej lat na karku, tym więcej rozterek.
Im więcej lat na karku, tym więcej rozterek. Fot. Grzegorz Celejewski / Agencja Gazeta

Dziewiętnaście lat. Magiczna granica, kiedy wyprowadzamy się z domu przy okazji studiów. Nie każdy bowiem ma ten komfort – lub chęć – kontynuacji nauki w rodzinnym mieście. Wielu z nas po ukończeniu nauki nie wraca w rodzinne strony. Zostajemy w dużych miastach, od rodzin dzielą nas setki kilometrów. Otrzeźwienie przychodzi po latach, kiedy pojawiają się siwe włosy u najbliższych. A z nimi pytanie: co dalej, kiedy rodzice potrzebują już pomocy. I wcale nie chodzi o pieniądze.

REKLAMA
Kiedy zaczynałem studia, z rodzinnych Puław na Lubelszczyźnie do Warszawy dojeżdżałem koleją. Wtedy w pociągach najpierw pospiesznych, a później TLK, rezerwacja miejsc nie była jeszcze wymagana. Najchętniej siadałem w pierwszym wagonie, bo tam zawsze było najwięcej miejsca. I w tym pociągu regularnie spotykałem starszą kobietę. Około 60 lat, już niepracującą. Puławy były dla niej tylko etapem w podroży, jechała z południa Polski aż w kierunku Wielkopolski.
W końcu zapytałem, po co jeździ. Okazało się, że do swojej mamy, kobiety już w podeszłym wieku. Jeździła co dwa tygodnie, bo miała tygodniowe dyżury razem z siostrą. Na zmianę spędzały czas ze swoją samotną po stracie męża rodzicielką.
Wtedy wydało mi się to dość zaskakujące. Dzisiaj patrzę na to inaczej i widzę, że wiele osób ma podobne przemyślenia, które w Dniu Matki są szczególnie istotne. Bo dramat matek zaczyna się często zwłaszcza po śmierci ich partnerów. Kobiety statystycznie przecież żyją dłużej. Na starość potrzebują naszej pomocy.

Ewa z województwa zachodniopomorskiego, 28 lat, 430 kilometrów do domu

– Obawiam się jednego. Odległości – mówi mi Ewa. – Od rodzinnego domu dzielą mnie setki kilometrów, a przecież rodzice nie młodnieją. Z roku na rok mam coraz większe obawy i myśli, że za jakiś czas pewnie będzie trzeba przeorganizować sobie życie. I pomyśleć także o ewentualnych, odpukać, problemach zdrowotnych – kontynuuje. Ewa wie, o czym mówi.
Ewa

Takie myśli pojawiły się zwłaszcza, gdy zachorował dziadek. Wówczas babcia i mama ze wsparciem dwóch sióstr zjechały się do rodzinnego domu, radziły sobie wspólnie. To było dużo łatwiejsze dla każdej z nich. Również przy organizacji pogrzebu.

– Teraz, kiedy babcia została sama i bardzo jest jej ciężko, mama i ciocia robią sobie dyżury, by każdego dnia ktoś się u niej zjawił. Przez pewien czas nawet u niej pomieszkiwały – podkreśla. Pytam ją, czy wobec tego bierze pod uwagę sobie sytuację, że musi rzucić wszystko w Warszawie. – Nie wyobrażam sobie, ale coraz częściej wiem, że powinnam zacząć o tym myśleć – odpowiada.
Ewa od wielu lat ma jednego chłopaka, tego samego. Wiele par z ich stażem jest już dawno po ślubie. Pytam ją więc, jak na jej rozterki zapatruje się właśnie on. – Rozumie mnie, bo ma taką samą sytuację. Poznaliśmy się na studiach w Krakowie, ale pochodzimy z tych samych stron, nasze domy rodzinne dzieli 60 kilometrów. Więc być może zamieszkamy wspólnie, a do rodziców będziemy mieć blisko. No i na szczęście mamy rodzeństwo. To wiele ułatwia - podkreśla.

Natalia z województwa opolskiego, 26 lat, 280 kilometrów do domu

Moja druga rozmówczyni jest jedynaczką. I jest bardzo związana z rodzicami, zwłaszcza z mamą. Ale też z całą rodziną i tym wszystkim, co jest "jej". Z jej perspektywy istotni są nie tylko rodzice, ale i ich dziedzictwo. – Dom rodziców, dom dziadków, działka, ziemia. To wszystko kiedyś w jakimś sensie będzie moje, nie wyobrażam sobie tego zostawić, kiedy mamy czy taty zabraknie albo nie będą już mieli siły się tym zajmować. To dla nich zbyt ważne – tłumaczy mi.
– Jestem sama, nie mam rodzeństwa. Jak ja nie zajmę się rodzicami, to nikt się nimi nie zajmie. Nie wiem jeszcze, jak to rozwiążę. Jest duża szansa, że w przyszłości po prostu wrócę do domu – kontynuuje.
Natalia na razie nie wie jednak, jak połączy to ze swoim życiem. – W Warszawie mam pracę i chłopaka. Z zupełnie innych stron. Może mieć takie same rozterki, jak ja.

Aleksandra z województwa mazowieckiego, 27 lat, 90 kilometrów do domu

Charakterystyczne jest, że rozterki są tym większe, im dalej jest do domu. Aleksandra do rodziców może dojechać samochodem w godzinę z hakiem. Od dwóch lat jest mężatką. Odległością specjalnie się nie przejmuje, ani tym bardziej nie myśli o tym na co dzień. Choć pewne przemyślenia ma.
– Jakbym miała możliwość, to chciałabym, żeby moi rodzice z nami zamieszkali – mówi. I po chwili dodaje: – Choć to pewnie mało realne, bo co z rodzicami Marcina (jej męża – red.).
Aleksandra

Nie chciałabym, żeby mieszkali w domu starców, albo w czymś takim. To mega słabe.

– Może gdyby byli w dobrej kondycji, to przychodziłaby do nich pani, która by ogarnęła ogólnie wszystko. A najlepiej, jeśli kasa by pozwoliła, żeby przeprowadzili się gdzieś blisko, do Warszawy – wylicza kolejne pomysły.
Ewidentnie widać, że stolicy opuszczać zamiaru nie ma. Ale kiedy ją o to pytam, stwierdza: – Może i nam się za 20 lat odmieni i będziemy chcieli wrócić (jej mąż pochodzi z tego samego miasta – red.). To trudne pytanie.
Pytam więc dalej: co zrobi, jeśli np. mama poprosi ją o pomoc, ale taką na co dzień. – Na razie dzięki Bogu wszyscy są zdrowi. Jeśli będzie taka sytuacja, to wtedy będę szukała rozwiązania. Nie chcę zostawiać rodziny w potrzebie, ale nie ma co się zamartwiać na zapas – kończy.

Agata z województwa warmińsko-mazurskiego, 25 lat, 200 kilometrów do domu

– To są przykre myśli – mówi mi Agata, kiedy pytam ją o starość rodziców. – Gdyby naprawdę trzeba było, to bym wróciła, ale zawsze można myśleć o innych rozwiązaniach. U mnie jest o tyle dobrze, że Natalka (jej siostra – red.) jest na miejscu. Ale gdyby jej nie było, to zawsze mogę wziąć rodziców do siebie.
Na razie ma dwupokojowe mieszkanie, więc pytam, jak sobie to w ogóle wyobraża. – Zakładam, że już będę miała swoją rodzinę i duży dom – tłumaczy mi. Co więc z rodzicami ewentualnego męża? – Skoro moi rodzice mieliby u mnie mieszkać, to jego też mają do tego prawo.
logo
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Ale to myślenie życzeniowe. Przecież ten wielki dom wcale nie musi się pojawić. Więc pytanie, czy ma jakąś realną "ofertę" teraz. – Jakby coś się rodzicom stało, albo pochorowali się, to ja nie jestem w stanie się mi zająć. Ta kasa, którą mam (zarobki – red.), nawet na pomoc nie starczy – odpowiada.

Grzegorz z województwa świętokrzyskiego, 28 lat, 150 kilometrów do domu

– Starość rodziców wydaje mi się tak odległą perspektywą, że aż nierealną. A z drugiej strony jednak czasami o tym myślę, ta myśl krąży – mówi mi Grzegorz.
Nie ma rodzeństwa, więc wszystkie obowiązki spadną na niego. – Trochę nie wiem, jak to się ułoży. Nie potrafię sobie tego wyobrazić. Do domu wracać nie chcę, a nie wyobrażam sobie też, że moi rodzice będą chcieli przyjechać do Warszawy.
Nie podziela jednak strachu związanego z odległością, który może mu utrudnić opiekę. – To można łączyć. Choćby raz ja, raz opiekunka. Trzeba sobie radzić – twierdzi, a przy okazji mówi ważną rzecz. Choć od domu dzieli go 150 kilometrów, nie uważa, że odległość determinuje cokolwiek. – Pewnie, że się boję, że jak na przykład mama będzie umierać, ja nie zdążę. Bo będę jeszcze w trasie. Taka sytuacja jest możliwa. Ale możesz mieszkać w mieszkaniu obok i nie zdążyć. Albo nawet na piętrze w tym samym domu – podsumowuje.