W dzisiejszej Polsce nie ma szarości.
W dzisiejszej Polsce nie ma szarości. Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta

"Lewak" musi myśleć jak lewak – uważa wielu. I na dobre wcale mu nie wyjdzie, jeśli wystąpi przed szereg i powie coś bardzo nie "po linii". Może zalać go wtedy fala hejtu, a krytyka popłynie z obu stron. Wyjście z szufladki, oderwanie etykiety czy to "lewaka", czy "prawaka", myślenie po swojemu (a nie po linii partii, czy redakcji) ma swoje konsekwencje.

REKLAMA
Gratulacje za niepłynięcie z prądem
Prawicowi publicyści zarzucają dziś Marcinowi Mellerowi, dziennikarzowi TVN24 i "Newsweek Polska", że "zdradził swoje poglądy". A to dlatego, że stwierdził, iż "niekoniecznie chciałby mieć świat islamu u siebie". I choć w podobnym tonie wypowiada się od lat, ci dopiero teraz usłyszeli jego głos. I uruchomili całą medialną machinę: "cóż za zmiana zdania" (TV Republika); "widzowie w szoku" (wPolityce.pl). Od drugiej strony też zbiera cięgi – padło, że jest "rasistą"; "drugim Cejrowskim". Tak samo skrajnie były komentarze internautów: "Marcin Meller drugą Ogórek"; "Po cichu z Mellerem zgadza się wiele osób z podobnej strony polityczno-towarzyskiej, ale boi się o tym głośno mówić". Gratulowano mu także, że "nie płynie z prądem".
A tymczasem sam zainteresowany w rozmowie z naTemat tłumaczył, że absolutnie zdania nie zmienił. – To samo na temat uchodźców mówiłem ze 30 razy, od kilku lat – podkreślił. Jego kolega po fachu Jacek Żakowski z "Polityki" ocenia w rozmowie z naTemat: – Meller próbuje się nie identyfikować i ma ekstrawaganckie poglądy, np.był zwolennikiem lustracji, był dość blisko prawicowych osób, np.Bronisław Wildstein. Trudno byłoby mi powiedzieć, czy i jakie ma poglądy.
prof. Jacek Kurczewski

Zabawne jest to, że ktoś, kto jest przeciwny przywraca do porządku kogoś ze strony, którą traktuje jako przeciwną. Świadczy to o bardzo zdziczałym stopniu, w jakim odbywa się walka ideologiczna w Polsce. Bo jeżeli teraz strona "A" nie pozwala komuś, kto pewnie sam się zalicza do strony "B", by mieć pogląd niepasujący do ich wizji, to już się robi presja drugiego rzędu, absurd do kwadratu.


Dwa plemiona

Zdumieni dziennikarze sięgnęli za pióra również wtedy, gdy prof. Jan Duda, ojciec prezydenta, słynący z radykalnych poglądów, zachęcał na łamach "Super Expressu" do przyjmowania uchodźców. – Hołduję chrześcijańskiemu podejściu w sprawie przyjmowania uchodźców i uważam, że należy ich przyjąć – oświadczył ojciec Andrzeja Dudy. Internauci zareagowali wirtualnymi brawami, choć i wylało się sporo żółci.
Marcin Meller
dziennikarz

Więc człowiek o bardzo prawicowych, konserwatywnych, religijnych poglądach mówi coś, co teoretycznie pasowałoby do mnie, a ja mówię coś, co teoretycznie pasowałoby do niego. Bo po prostu używamy własnych rozumów na własną odpowiedzialność. Zdaję sobie sprawę, że jestem mniejszością w mniejszości. To znaczy, że mniejszość Polaków jest za przyjmowaniem uchodźców, ale tak się akurat składa, że ta mniejszość stanowi zdecydowaną większość w moim środowisku.

Meller otwarcie przyznał to, od czego wielu wciąż się odżegnuje: "mamy w Polsce dwa walczące plemiona polityczno-dziennikarskie". Są ci sprzyjający PO i ci sprzyjający PiS. Można ich różnie klasyfikować: KOD-owcy, lemingi, "ludzkie pany", smoleńczycy. Można jeszcze inaczej: są ci, którzy z białymi różami demonstrują przeciwko miesięcznicom smoleńskim i ci, którzy zarzucają im, że przeszkadzają w modlitwie.
Jacek Karnowski
na łamach wPolityce.pl (styczeń 2016 r.)

To prawda, są w Polsce dziennikarze prawicowi i dziennikarze lewicowo-liberalni. Wielu smakoszy po równi brzydzi się i jednymi, i drugimi. Że w sumie tacy sami, że zamieniają się rolami w cyklu politycznej koniunktury i dekoniunktury własnych obozów. Ale w zasadzie - słyszymy - robią to samo, podporządkowując wszystko interesom propagandowym i politycznym. Najbardziej narzekają oczywiście ci smakosze, którzy najlepiej czują się w roli krytyków III RP, ale pod rządami III RP, gdy pojawia się szansa prawdziwej zmiany, czują się zupełnie fatalnie. Bo jak to tak można, twardo i zdecydowanie zmieniać rzeczywistość? To w oczywisty sposób niesmaczne.

Dzielimy się sami, dzielą nas politycy i dzielą media. Dla niektórych jest tylko czarne albo białe. Szarości, jeśli istnieją, to rzadko. I zdarzają się osoby tak zastygłe w tych schematach, że trudno im przyjąć, że pracownik prawicowych czy lewicowo-liberalnych mediów, może mieć inne poglądy, np. na temat uchodźców. I wybicie się z tej kasty bywa ryzykowne. – Jak któraś z tych stron zobaczy, że po tej drugiej pojawiają się głosy odstające od oficjalnej narracji, to pojawia się niezdrowa podnieta – wytknął Meller. Mowa także o politykach. – Oni często nie wychodzą nawet poza przekaz dnia. Codziennie dostają długie listy z instrukcją i z góry wiedzą, co mają mówić na temat kryzysu parlamentarnego, romansu dwóch posłów – słyszę od jednego z medioznawców.

Symetrysta

Kilka dni temu Robert Mazurek (prowadzi audycje w RMF FM, pisze do "Dziennika Gazety Prawnej", publikuje także na łamach "wSieci" i wPolityce.pl) przyznał, że jest symetrystą. I dookreślił: "dezerterem z wojny polsko-polskiej, uporczywie odmawiającym akcesu do któregoś z okładających się sztachetami po łbach obozów".
Robert Mazurek
na łamach wPolityce.pl

Symetrysta, wbrew pozorom, nie musi uważać, że lemingi lub smoleńczycy, obozy PO lub PiS czy jak tam ich nazwiecie to jedno i to samo zło. Nie, dlatego – tu również wbrew pozorom – ich reprezentantem na scenie politycznej nie jest, a w każdym razie nie musi być Kukiz ’15. Symetryści nie chcą wspólnej reprezentacji, bo mają różne poglądy i często ostatecznie na kogoś z tych dwóch obozów głosują. To dlaczego są symetrystami, poza tym oczywiście, że nie lubią wąchać bitewnego prochu i wznosić bojowych okrzyków? Czytaj więcej

I szybko posypały się również negatywne komentarze, jak np. : "kosmopolityczny bełkot mazurkowy". Dlaczego odbiorcy lubią, kiedy polityk czy dziennikarz opowiadają się po konkretnej stornie? – Ci wszyscy ludzie poszukują osób, które będą widoczne medialnie, słyszalne. W ten sposób mogą się w jakiejś mierze utożsamiać z tymi ludźmi, popierać ich poglądy. Natomiast oni sami nie mają żadnej racji bytu poza takim "podczepieniem się" – odpowiada medioznawca Jacek Dąbała z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Jeden z internautów docenił wyznanie i postawę Roberta Mazurka i przyznał: "chcemy symetrystów, nie propagandystów". Ale Wiesław Gałązka, medioznawca z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej, mówi o coraz bardziej rosnącym podziale. – W tej chwili dziennikarze stają się propagandystami, czyli starają się zohydzać przeciwników i gloryfikować swoich. To niestety jest widoczne po obu stronach – przyznaje.
Wiesław Gałązka
Dolnośląska Szkoła Wyższa

Teraz ten podział urósł do ogromnych rozmiarów. Zaczyna to przypominać państwo Hutu i Tutsi. Jeszcze trochę i dojdzie do przelewu krwi, skoro dochodzi do dramatycznych sytuacji, gdzie mamy do czynienia z rosnącą przemocą, czy dyskryminacją. Również wśród dziennikarzy.

Czy i dlaczego to się teraz nasila? – Na pewno ze względu na komunikację cyfrową, która jest wszechobecna. Możliwości techniczne niejako wywołały lawinę możliwości wypowiadania się i przyprawiania ludziom gęby – mówi Jacek Dąbała. – Od czasu, kiedy mamy wolną podziemną prasę, to tego typu awantury towarzyszą jej od zawsze. To, co się nasiliło, to próby instytucjonalizacji tego na poziomie prawie państwowym – stwierdza prof. Jacek Kurczewski.
Co na to sami dziennikarze i politycy? – Wątpię, by "Polityka" zdecydowała się zatrudnić jakiegoś faszystę albo komunistę, ale różnice poglądów w redakcji są dość duże. Nie wiem, czy akurat w sprawie uchodźców miały taki jasny wyraz, ale w wielu kwestiach bardzo się różnimy. Ale sądzę, że nie w stosunku do demokracji – uważa Jacek Żakowski.
Jacek Żakowski
dziennikarz "Polityki"

Myślę, że to większy problem wśród prawicowcy mediów. Natomiast w tych liberalnych różnice są duże. Wielokrotnie polemizowałem z kolegami w różnych sprawach, np. Leszka Balcerowicza, jego poglądów i szkód, jakie zrobił w Polsce. Inni uważają, że to zasługi. Ale także w sprawie polityki społecznej, czy rządu Donalda Tuska. To oczywiście wywołuje emocje w środowisku, ale jest normalne. Po tej drugiej stornie, trudno mi sobie wyobrazić w "Gazecie Polskiej Codziennie" bardzo krytyczny tekst o Jarosławie Kaczyńskim. A mi się zdarzało pisać bardzo krytyczne teksty o Komorowskim, czy o Tusku.

O to samo chcieliśmy zapytać dziennikarzy "prawicowych mediów". Ale żaden z nich nie chciał lub nie znalazł czasu, by z nami porozmawiać.