Pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie protestowały tłumy
Pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie protestowały tłumy Fot. Maciej Stanik / naTemat

Wczorajsze dwa prezydenckie weta to "sukces, ale kasy Sorosa na astroturfing" – uznał jeden z internautów. Kiedy Polacy protestowali w obronie sądów, zwolennicy partii rządzącej snuli w sieci spiskowe teorie: "To nie bunt, lecz opłacona i skoordynowana akcja marketingowa"; "Czy ktoś wierzy, że przez przypadek wszyscy mają takie same świeczki, a drogi sprzęt audio pojawił się 'spontanicznie'? #Astroturfing". Opozycja nie ma wątpliwości, kto i dlaczego ich podburzał. – Trolling przestał działać. Więc musieli sobie znaleźć nową formę obrony – mówi nam Grzegorz Furgo z PO. A najlepszą obroną jest atak.

REKLAMA
W ostatnim tygodniu Polacy wyszli z domów, poderwali się z kanap. I tłumnie ruszyli przed Pałac Prezydencki, parlament, sądy. Zbierali się w dużych miastach, protestowali też w tych małych – czasami w pojedynkę. Młodzi, starsi – w każdym wieku. Pojechali za prezydentem Andrzejem Dudą nawet do nadmorskiej Juraty. W ten sposób protestowali przeciwko demontażowi wymiaru sądownictwa przez PiS. Apelowali o trzy prezydenckie weta (ustawy o Sądzie Najwyższym, KRS i ustroju sądów powszechnych). Wierzyli, że dokona się szybka przemiana "Adriana w Andrzeja", że prezydent wreszcie oderwie pępowinę od PiS i wybije się na niezależność. I dziś Andrzej Duda to zrobił – wetując dwie z trzech ustaw.
"Z żalem przyznaję, że to sukces, ale kasy Sorosa na #Astroturfing" – ocenił internauta.
Jeszcze 21 lipca szef MSWiA w TVP przekonywał, że żadnych protestów nie ma, a na Krakowskim Przedmieściu pojawiają się "spacerowicze". Ale ci z Krakowskiego Przedmieścia przenieśli się do innych miast. Dlatego Prawo i Sprawiedliwość jakoś musiało sobie z tym tłumem "esbeków", "komunistów" i "zdrajców" poradzić. Tak protestujących nazwał wiceminister Jarosław Zieliński. Zaczęto więc na antenie TVP zaklinać rzeczywistość. Informowano na przykład, że podczas czwartkowej demonstracji pod Pałacem Prezydenckim zgromadziło się zaledwie 14 tys. osób. A rzecznik prezydent Warszawy mówił przynajmniej o 50 tys. Zresztą, wystarczyło spojrzeć na zdjęcia wykonane z drona, żeby zobaczyć morze ludzi, z płonącymi świecami w dłoniach.
Trzeba było zmienić narrację. Wyciągnięto więc "astroturfing" i podano: "marketingowcy/opozycja chcą obalić polski rząd". Znaleziono też winnych: w centrum spisku postawiono fundację Otwarty Dialog. To ta, która wcześniej wspierała kijowski Majdan. "Wiadomości" zwróciły uwagę, że w radzie fundacji zasiada ojciec Dominiki Wielowieyskiej z "Gazety Wyborczej" i Bartosz Kramek, który doświadczenia z Ukrainy chce wykorzystać "do zmiany władzy w Polsce". "Pretekstem jest reforma sądownictwa, które według Kramka powinien się przeciwstawić silny front łączący wiele grup społecznych – to stwierdzenie reportera "Wiadomości".
W mediach społecznościowych i tych tradycyjnych, sprzyjających władzy (Radio Maryja, TVP), zaczęto powtarzać: to nie są spontaniczne protesty, ale odgórnie sterowane. I co ciekawe, nie tylko przez opozycję, ale i przez niemiecki koncern Rossmann. A to dlatego, że w tym sklepie manifestujący zaopatrują się w świece. "Sklep popiera wspieranie sił antyrządowych?#pytanieretoryczne" – napisał ktoś, inny internauta zarządził: "bojkot sklepu".

Niebezpieczny przeciwnik

– Czy ktoś wierzy, że przez przypadek wszyscy mają takie same świeczki, a drogi sprzęt audio pojawił się "spontanicznie"? #AstroTurfing – takie pytanie postawił jeden z internautów. Ale problem "identycznych świeczek" protestujących spędzał sen z powiek wielu osobom. "Zwróćcie uwagę jak totalni próbują wyśmiać astroturfing, co też jest techniką manipulacji" – czytam dalej.
Internautów swoimi wypowiedziami rozpalali sami politycy i prawicowi publicyści. – Do Polski "wszedł bardzo niebezpieczny przeciwnik". Polska jest dziś obiektem zmasowanej akcji dezinformacyjnej ze strony środowisk opozycyjnych – uznał Jacek Sasin, poseł PiS, mówiąc o zjawisku tzw. astroturfingu. O tym dyskutowano także na antenie TVP, Radia Maryja, pisano na łamach wPolityce.pl. Jednak w ostatnich dniach wiele osób pytało wprost, co się kryje za tą egzotycznie brzmiącą nazwą. – Pierwsze słyszę – odpowiada nam profesor Jerzy Bralczyk. Użytkownicy internetu łopatologicznie wyjaśniają: "Astroturfing jest wtedy, gdy demonstrują ci, których nie lubimy". I dodają, że ostatni niesterowany przez nikogo protest obywatelski odbył się w obronie ACTA kilka lat temu.
Przydatna okazuje się także Wikipedia, zwłaszcza, że zespół śledczy Anity Gargas ("Magazyn śledczy Anity Gargas" w TVP) donosi, że ktoś edytował wpis na temat astroturfingu. A to dlatego, że za przykład takich działań podano tam: zwiezienie tłumów Polaków do Warszawy, kiedy gościł w niej Donald Trump. Faktycznie, od soboty to hasło w Wikipedii edytowano blisko 20 razy.
logo
Przedostatnia wersja hasła "astroturfing" w Wikipedii Fot. Screen z Wikipedii
logo
Ostatnia wersja hasła "astroturfing" w Wikipedii Fot. Screen z Wikipedii
Dziś Wikipedia głosi, że "astroturfing" to "anglojęzyczny eufemizm służący do nazwania pozornie spontanicznych, obywatelskich organizacji czy inicjatyw podejmowanych w celu wyrażenia poparcia lub sprzeciwu dla idei, polityka, usługi, produktu czy wydarzenia". Dalej czytamy, że zjawisko to "budzi kontrowersje" i uważane jest za nieetyczne. A to dlatego, że "poprzez sztucznie napędzany rozgłos (astroturf marketing, buzz marketing) pozwala astroturferom stworzyć wrażenie prawdziwej organizacji o szczerych intencjach, równocześnie ukrywając swoją prawdziwą tożsamość". Następnie pada stwierdzenie: "jest kuszącą metodą dla pragnących uzyskać szybkie efekty specjalistów od public relations i marketingu".

O "astroturfingu" za Wikipedią

Kampania tego typu ma sprawiać wrażenie niezależnej reakcji społecznej, podczas gdy rzeczywista tożsamość jej inicjatora i jego intencje pozostają ukryte. Astroturf marketing nazywany jest czasami green marketingiem. Czytaj więcej

– To pojęcie, które na taką skalę nie funkcjonowało w języku debaty publicznej. W tym sensie jest to novum. Natomiast samo zjawisko było wielokrotnie opisywane – tłumaczy nam Sergiusz Trzeciak, specjalista ds. marketingu politycznego w Collegium Civitas. – PiS w ten sposób znalazło wytłumaczenie, dlaczego takie tłumy wyszły na ulice, podkreślając, że wszystko nie zostało spontanicznie zorganizowane – dodaje Trzeciak.
Specjalista ds. marketingu politycznego odsłania kulisy i mówi wprost, że często partie korzystają z takich metod: planują wydarzenia, opłacają je, a przez społeczeństwo są one odbierane jako spontaniczne działania. Ale jego zdaniem tak się nie stało w przypadku protestów w obronie sądownictwa. – Przy tej skali protestu (w obronie niezależności sądów – red.) wszystko nie mogłoby być wyreżyserowane, zaplanowane – zaznacza. I tłumaczy, że zawsze przy na tego typu akcjach, ktoś chce zbić kapitał polityczny. Ale z drugiej strony umiejętnie prowadzony astroturfing może zniechęcać, czy to do kupna produktu czy przyjścia na protest. Jednak PiS musiałby umiejętnie kreować przekaz, np.: "Zobaczcie, wygląda to jak spontaniczny protest, ale za tym stoją olbrzymie pieniądze, zastanów się, czy chcesz w nim uczestniczyć". – Jako obywatel wiedząc, że taki protest jest przez kogoś zorganizowany, trzy razy pomyślałbym zanim wybrałbym się na niego. I gdyby PiS-owi udało się sprzedać taką narrację, to miałoby to sens – zaznacza.
Ale nie udało się. Poza tym, politycy tej partii nie wytrzymali i zaczęli obrażać uczestników protestów. Słyszeliśmy o "esbekach”, "komuchach" , "zdrajcach". – To już szkodzenie własnej narracji. Astroturfing może działać. Ale to się nie uda, jak wyjdzie minister i obrazi ludzi. To strzelanie gola do własnej bramki – podsumowuje Trzeciak.

Opozycja: trolling przestał działać

O astroturfing pytam także posłów opozycji – to oni według niektórych polityków i dziennikarzy – wykorzystują to narzędzie, by na ulice polskich miast zwabić tłumy. – To są kompletne bzdury – powtarza dwukrotnie Grzegorz Furgo z Platformy Obywatelskiej. Jego zdaniem wypromowano to hasło, ponieważ partia rządząca musiała sobie znaleźć nową formę obrony. A to dlatego, że "klasyczne metody walki" przestały działać. – Ekipa rządząca jest kompletnie zaskoczona. Bo internet wymknął się im spod kontroli. Do niedawna nad tym panowali poprzez opłacone rzesze trolli, agencji, które niszczyły np. Bronisława Komorowskiego. Ale teraz w internecie zobaczyli młodzież, która ma dosyć prezesa Kaczyńskiego, Błaszczaka, który w Sejmie opowiada kompletne bzdury o "spacerowiczach" Dosyć bzdur ministra Zielińskiego, który wyzywa od zdrajców. Trolling przestał działać. I oni musieli sobie znaleźć nową formę obrony – tłumaczy nam Furgo.
Grzegorz Furgo
poseł PO

Widać totalne zaskoczenie, bo nie działa telewizja, obciachem wśród młodych stało się oglądanie TVPiS. Jeżeli młodzież mówi: jesteś obciachowy, jak pasek w TVP Info, to znaczy, że ta skala jest nie do zatrzymania. Okazuje się, że klasyczne metody walki propagandowej, które były dobre na początku przestało działać. Wiadro pomyj w sieci nikogo już nie interesuje, nikt się na to nie nabiera. To zostało obnażone.

Takie samo pytanie kierują do posła Nowoczesnej Witolda Zembaczyńskiego. – To totalna wojna propagandowa. Ta machina mediów reżimowych musi być czymś oliwiona. A nic tak dobrze jej nie naoliwi, jak wciskane przez publicystów kity.I pojęcie astroturfingu jest tego najlepszym przykładem. Wprowadza się słowo, które jest niekoniecznie zrozumiałe dla przeciętnego Polaka, ale brzmi ponętnie. Na protesty przychodzą ludzie, którzy ruszyli z domu, bo uważają, że tak trzeba. Żadną pisowską propagandą nie da się udowodnić, że jest inaczej – zaznacza Zembaczyński.