logo
Buble kosmetyczne znanych i lubianych marek Prawo autorskie: studiostoks / 123RF Zdjęcie Seryjne

Każda z nas ma w swoich zapasach kosmetyki użyte raz i zapomniane. Tak samo jest z ubraniami – nie polubimy się i koniec. Większość tych selektywnych wyborów jest subiektywna. Właściwie nie wiadomo co jest nie tak, bo w końcu dany produkt poleciła nam zachwycona nim przyjaciółka, a dany ciuch to nówka z ulubionej sieciówki. Ale zdarza się i tak, że ufając sprawdzonej marce trafiamy na kosmetyk obiektywnie kiepski. Taki, który nie tylko ma lepszych zastępców, ale zwyczajnie nie daje argumentów, by użyć go ponownie. Oto 10 kosmetycznych wpadek, tak zwanych bubli kosmetycznych, przed kupieniem których lepiej pomyśleć dwa razy.

REKLAMA
Syoss Anti-grease Dry Shampoo
Naprawdę nie trzeba mieć doświadczenia z suchymi szamponami, żeby zorientować się, że ten kosmetyk nie działa jak powinien. A właściwie dokładnie odwrotnie – włosy wyglądają na brudniejsze niż były. Moje przypominają siwo-brązowy mokry filc – jestem brunetką, a szampon daje efekt siwizny. No i ten zapach… Miał być cytrynowy, ale stanęło na „aromacie” najtańszego odświeżacza powietrza w spray’u z etykietą „owoce cytrusowe”. Trudno jest mi sobie wyobrazić, że istnieją włosy, które reagują na ten kosmetyk inaczej. A jeszcze trudniej pojąć, jak to możliwe, że to właśnie Syoss wyprodukował najlepszą piankę do włosów, jaką miałam.

False Lash Effect Mascara, Inglot
Ten tusz jest jedną z największych wpadek kosmetycznych, z jakimi miałam do czynienia. Jedyne, co gwarantuje to „efekt pandy” już po godzinie i to za niecałe 40 zł! Biorąc pod uwagę, że za tą cenę kupimy cztery opakowania rewelacyjnego tuszu od Lovely, albo trzy któregokolwiek od Eveline (wszystkie są bardzo w porządku), nie rozumiem, co powoduje, że Inglot utrzymuje False Lash Effect przy życiu. Może powodem jest fakt, że mimo lichej, rzadkiej, zwykłej szczoteczki tuż po aplikacji rzeczywiście otrzymujemy obiecany efekt sztucznych rzęs? Tylko co z tego, skoro po godzinie kruszy się i osypuje, bardzo długo klei się i odbija na powiekach, a po dwóch godzinach mamy wokół oczy cienie i grudki zupełnie jakbyśmy ścierały tusz celowo. Tak jak cenię Inglot za wszystko do paznokci, tak na tej maskarze bardzo się zawiodłam.

Green, krem na naczynka Tołpa
Skoro jesteśmy przy polskich markach, pora na zawód na naprawdę zaufanych producentach. Po pierwsze – Tołpa. Zasłynęła wiele lat temu z doskonałych kosmetyków do pielęgnacji cery tłustej i trądzikowej oraz z preparatów z borowiną. Ich jakość rzeczywiście jest niezmiennie wysoka. Jednak dotarły do nas wieści o wyjątkowo kiepskim kremie do cery naczynkowej, co zabolało tym bardziej, że skoro to marka bazująca na naturalnych składnikach, krem powinien być jeśli nie skuteczny, to chociaż łagodny… Choć wiadomo, że każdy krem na każdej cerze działa inaczej, to obiektywnie ocenić można jakość produktu na podstawie jego składu – pierwszych kilka pozycji to substancje chemiczne, które niby mają działanie wygładzające, czy nawilżające, ale głównie znalazły się w tym kremie po to, by stworzyć jego konsystencję i trwałość.

Według opinii nieznających się osób (sama nie używałam, nie mam kłopotu z naczynkami), to zwykłe drogeryjne „mazidło” o chemicznym zapachu i podrażniających właściwościach. Podobno twarz po nim piecze, choć nie widać oznak uczulenia. Z pewnością nie działa jak powinien, a biorąc pod uwagę, że naprawdę dobry naturalny krem można kupić za niewiele ponad 10 zł, trudno znaleźć argument, by po niego sięgać. Niech was nie skusi nawet to, że kosztuje kilkanaście złotych w Lidlu. W stałej ofercie tego sklepu jest tańszy, o niebo lepszy krem złożony wyjątkowo łagodnych składników (emolientów, których używa się w produkcji kosmetyków dziecięcych).

Ziaja, dwufazowy płyn do demakijażu oczu
Kolejny dość nieoczekiwany zawód. Ziaja to marka słynąca z wielu bardzo skutecznych, dobrych produktów w niskich cenach. Tym razem się nie udało. Płyn ten przeznaczony jest wyłącznie do demakijażu oczu, a zachowuje się jakby było zupełnie odwrotnie. Szczypie, zmywa makijaż z wielkim oporem, zostawia skórę suchą, czerwoną i podrażnioną. Dałam mu kilka szans. Nic z tego. To produkt skreślony, a zaznaczam, że nie jestem typem „wrażliwca”.

Ziaja, krem do depilacji Sensim Depil
Jeszcze jedna wpadka Ziaji. I to tego samego gatunku – krem do depilacji, który nie depiluje i bardzo podrażnia skórę normalną. A przeznaczony jest do wrażliwej (!). Za brzydki zapach go nie krytykuję, bo nie znam kosmetyku tego typu, który pachniałby fiołkami, ale za brak skuteczności, czerwone smugi po szpatułce i pieczenie tak silne, że trudno wytrzymać do końca należy mu się dyskwalifikacja.

Wodoodporny eyeliner, Wibo
Wibo to polska marka, która ma na swoim koncie chyba najwięcej hitów kosmetycznych ostatnich lat. Niektóre perełki z Wibo dorównują, a czasem nawet przewyższają jakością produkty kultowe i najdroższe zarazem. Z kolei reszta ich kosmetyków, które zdążyłyśmy poznać jest więcej niż przeciętna. Stąd moje zdziwienie, gdy zabrałam się do testowania klasycznego czarnego eyelinera tej marki. Co prawda, jestem w tej kategorii bardzo wymagająca i nawet eyeliner okrzyknięty hitem wszechczasów od Eveline nie jest w stanie mi dogodzić (za krótki i za miękki pędzelek), ale w tym przypadku w swej ocenie nie jestem osamotniona. Wodoodporny eyeliner z Wibo również ma kiepskiej jakości pędzelek, który rozdziela się na końcu przez co nie daje nawet cienia szansy na równą, precyzyjną kreskę. Poza tym szybko gęstnieje – po pierwszych dwóch próbach tuż po zakupie sięgnęłam po niego po kilku tygodniach, gdy skończył się mój niezastąpiony dotąd eyeliner z Rimmel. Ciągnął się, miał w sobie jakby grudki… Do wyrzucenia.

Kredka woskowa do brwi, Sleek
To kolejny produkt, wobec którego miałam wysokie oczekiwania – pierwszą kredkę w tej formie, również ze szczoteczką, kupiłam nomen omen marki Wibo. Zapłaciłam chyba 9 zł i byłam zachwycona – pigmentacja akurat, kolory uniwersalne, aplikator precyzyjny. Klasa – to jeden ze wspomnianych hitów. Nie sądziłam więc, że taki kosmetyk można zepsuć. No cóż, kredka marki Sleek zawiera wosk, co uważałam za jej atut. Tymczasem chyba właśnie wosk jest winien efektowi oblepienia i posklejania brwi oraz trudności w precyzyjnej aplikacji – tą kredką właściwie nie da się pracować tak, by się nie natrudzić. Fakt, moje brwi nie są łatwe do opanowania, ale to właśnie dlatego chciałam nabyć kosmetyk z wyższej półki niż najtańsza drogeryjna.

Rozświetlacze wypiekane, Makeup Revolution
Do rozświetlaczy tej marki podeszłam jak do kosmetycznych pewniaków – palety cieni do powiek mają świetne. Kilka z nich to naprawdę dobre zamienniki klasyki od Too Faced czy Urban Decay. I rzeczywiście, jakościowo tym rozświetlaczom nie mam nic do zarzucenia, ale te kolory… Jeden za zimny, drugi za ciepły (innych nie ma), a cerę mam pospolitą (mój podkład to najczęściej najjaśniejszy beż). Zdaniem wizażystek nie ma takich cer, na których którykolwiek z tych produktów wyglądałby dobrze.

Baza pod cienie, Wibo
Znowu Wibo i znowu rozczarowanie (drugie i póki co, ostatnie). Kupiłam tę bazę mając z Wibo wyłącznie dobre doświadczenia, a było ich wiele. Była to moja pierwsza baza pod cienie w życiu, nabyłam ją w ramach eksperymentu „sprawdzę czy mi się w życiu przyda”. Kiedy nadeszła na nią pora (większe wyjście) okazała się klapą już na wstępie. Bardzo niewygodne opakowanie, z którego trudno cokolwiek wydobyć. To raz, a dwa – baza nie trzyma się powieki. Jakby nigdy nie zasychała, roluje się przy nakładaniu. Nie byłam w stanie nawet sprawdzić jej trwałości, bo zrobienie makijażu oka na całą noc przy jej użyciu wydało mi się większym ryzykiem niż umalowanie się „na podkład”.

Samoopalacz pod prysznic, Lancaster
Na koniec bubel kosmetyczny od producenta z naprawdę wysokiej półki cenowej. Kosmetyk, który widzicie na zdjęciu kosztuje ponad 100 zł w perfumeriach. Ponieważ doświadczenie z samoopalaczami mam niemałe od razu wzbudził moje podejrzenia opis producenta – ekspresowa aplikacja, piękna opalenizna już po pierwszym zastosowaniu, wygoda stosowania pod prysznicem. Skończyło się jak przypuszczałam – zaciekami i plamami na całym ciele. Nie do końca winię za to producenta, po prostu trudno mi sobie wyobrazić co miałby mieć w sobie balsam, by rozprowadzony na ciele, w dodatku pod prysznicem, czynił cuda w minutę.