
Wreszcie nic nie muszę po pracy. Nikt mi nie każe wychodzić z domu. I ja sobie też nie każę. Niech leje do maja – twierdzi Agata, która lato lubi, ale nie znosi związanej z nim presji. Takich jak ona jest dużo więcej. Najczęściej są przepracowani i nie mają po pracy na nic siły. Po prostu chcą odpocząć we własnych czterech ścianach, a jesienią chociaż nie mają poczucia, że marnują nieliczne ciepłe dni.
W czym problem? W ludziach. – Wychodzę styrana z roboty o dziewiętnastej, a wszyscy mnie męczą, żeby pójść np. na piwo nad Wisłę. Kiedy ja naprawdę po tej pracy najbardziej chcę wrócić do domu i odpocząć – opowiada.
Leon Ciechanowski, psycholog z SWPS, potwierdza, że czasami możemy być ofiarami swoistej "presji". – Jeśli znajdujemy się w jakiejś warstwie społecznej, zawsze jest presja. Żeby wyjechać w czasie lata na wakacje. Wszyscy to lubią. Przyczyn może być wiele. Ale można tego po prostu nie lubić także, nie chcę spekulować – tłumaczy.
Odpowiem trochę w drugą stronę. Jest coś takiego jak depresja sezonowa. Udowadniano to naukowo, zwłaszcza w tych krajach na północy. Ale to, co jest ciekawe, i w ogóle niedawno przebadane, to fakt, że istnieje wioska w Norwegii, której mieszkańcy przeciętnie nie doświadczają tej depresji sezonowej. A ona może mieć duże powikłania, być poważną chorobą. Tym bardziej naukowcy głowili się, dlaczego tak u nich jest. Badając dowiedziono, że ci ludzie mają inne podejście do zmiany sezonów. Cieszą się na to, że wreszcie przychodzi zima, będą mogli wyjść na narty itp.
Jeśli więc unikamy wyjść, bo po prostu jesteśmy zmordowani po pracy, wytłumaczenie według Ciechanowskiego jest w miarę klarowne, choć oczywiście każdy przypadek jest indywidualny i trzeba go tak rozpatrywać przed wydaniem osądu. – To może być oznaka pracoholizmu. Wiemy, że nie wpływa on na nas dobrze. Pracoholizm podnosi samopoczucie tylko na krótką metę, długofalowo nie jest zdrowy – mówi.
