
Tym wydarzeniem na początku kwietnia żyła cała społeczność międzynarodowa. Świat nie posiadał się z oburzenia wobec użycia broni chemicznej przez siły rządowe w syryjskiej Doumie. Reperkusje tego ataku były poważne – Stany Zjednoczone pod osłoną nocy zaatakowały cele w Syrii, Rosja przekazała USA ostrzeżenie o konsekwencjach... Minęły 3 tygodnie tych zdarzeń i wreszcie polska minister do spraw pomocy humanitarnej postanowiła zabrać głos.
REKLAMA
Pod wpisem Beaty Kempy zaroiło się od sugestii, że to jednak "odrobinę" za późno. W końcu sklecenie niecałych czterech linijek tekstu nie powinno nastręczyć większych problemów. No, chyba że nie ma się pewności, po czyjej stronie jest racja w tym konflikcie – po stronie syryjskich cywilów czy Baszara el-Asada, po stronie Waszyngtonu czy jednak po stronie Moskwy.
Trzy tygodnie po ataku chemicznym syryjskich sił rządowych na cywilów w mieście Douma minister do spraw pomocy humanitarnej zdecydowała się potępić ten czyn.
Dlaczego i po co minister Beata Kempa zabrała głos w tej sprawie? Trudno znaleźć odpowiedź. Wystarczy przypomnieć, że od owego 7 kwietnia zdarzyło się już bardzo wiele – amerykański nocny atak na cele w Syrii, mocna odpowiedź władz w Damaszku, rosyjskie groźby wobec USA o tym, że Zachód poniesie konsekwencje, dramatyczna diagnoza sekretarza generalnego ONZ, że konflikt w Syrii może się rozlać na inne rejony...
Na Twitterze internauci nie zostawiają suchej nitki na pani minister, która jest zwolenniczką "niesienia pomocy na miejscu".
Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o tempo publikowania tego, co należałoby opublikować, Beacie Kempie od dawna nie idzie najlepiej. Wyroki Trybunału Konstytucyjnego jeszcze z 2015 i 2016 r. nie zostały opublikowane na mocy jej decyzji jako ówczesnej szefowej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. W wyniku nowelizacji mają być opublikowane wkrótce, aby załagodzić spór z UE o praworządność w Polsce.
