"Kiedyś był handel, dzisiaj oby mieć parę groszy". Staruszki z Ochoty sprzedają kwiaty, sery i skarpety

Pani Tola (w beżowym płaszczu, o lasce) i pani Danusia (w granatowej kamizelce).
Pani Tola (w beżowym płaszczu, o lasce) i pani Danusia (w granatowej kamizelce). Fot. naTemat
Wstają o świcie, pakują towar – kwiaty, sery, robione na drutach skarpety czy kapcie – i ruszają na handel na warszawską Ochotę. Niektóre przyjeżdżają z Raszyna, inne aż z Nowego Targu. Tak dorabiają do nędznej emerytury. – Jakby było dobrze w kraju, to człowiek, by tu nie siedział – mówi Władzia. Żadna z nich nie narzeka, a tym, co mają, chętnie się dzielą. Tola łoży na remont kościoła. – Będzie jakaś zasługa u Boga – cieszy się.

Danusia z Raszyna: żywe kwiaty
Raszyn pod Warszawą. Danusia wstaje punktualnie o 3:30. Zabiera wózek, wiaderka i łapie autobus. Spieszy się na giełdę, żeby mieć kwiatki z pierwszej ręki. Doskonale wie, że jak weźmie od ogrodnika, to "fuszerki nie będzie" i klient będzie zadowolony. To znaczy, że wróci.

– Kwiatuszki są świeżutkie, mieszczą się idealnie w wózeczku, nic się z nimi nie dzieje – mówi do mnie jak do dziecka, łagodnym głosem, zdrabniając wyrazy. Poprawiaja swoje duże plastikowe okulary i na uszy naciąga fioletową czapkę. Ubrała się grubo. Rano przecież jest już bardzo zimno.

A Danusia o świcie zjawia się przed jest warzywniakiem, który mieści się przy wejściu na dworzec przy stacji Warszawa-Ochota. Teraz handluje różami, wiosną przywozi też tulipany. Z nimi mniej roboty, róże trzeba oskubać jeszcze z kolców.

Handel zaczyna około 7:00, kończy przed ósmą wieczorem. – Do Raszyna wrócić, to tylko wydaje się tak daleko. Wystarczy wsiąść w tramwaj 9 albo 7, jechać do końca i potem cztery przystanki autobusem – mówi. Towar, który zostanie, przechowuje u kolegi w warzywniaku.


Ostatnio dużo jej zostaje, bo ludzie żałują na kwiaty. Kiedyś było lepiej. Jak Danusia przestała pracować w Domu Mody Astra (przez 32 lata była tam krawcową), to zaczęła sobie dorabiać w handlu. To przez męża. On jako pierwszy sprzedawał warzywa, włoszczyzny miał dużo.

– I mnie to pociągnęło. Na początku handlowałam sztucznymi kwiatami, takimi z Jabłonexu – pamięta doskonale.
– Na Ochocie zaczęłam handel i tu skończę – żartuje Danusia. Uśmiecha się i odsłania braki w uzębieniu. Szybko tłumaczy: – Mówię tak, bo robię sobie szczękę. Ząbki leczę.

Przed laty Danusia była na Ochocie jedną z 20 kwiaciarek. Z tamtych czasów została tu tylko ona. – Część się stąd przeniosła, bo nie było szans, żeby z tego wyżyć, a część poumierała – dorzuca.
– To już nie jest taki handel jak kiedyś. Nie ma szans, żeby z tego wyżyć – zaznacza. Ludzie się ograniczają, wczoraj poszły tylko dwie paczki róż. Jedna sztuka kosztuje 2 złote, chyba że róża jest krótsza – wtedy 1,5 złotych.

Ale Danusi nie tylko o zarobek chodzi. Bo z emeryturą swojej i męża jakoś wiążą koniec z końcem. – Sprzedam kochanie, to się cieszę, a jak nie sprzedam, to nie płaczę, bo mam emeryturę – powtarza ciepłym głosem.

Uwaga! ważne! UDOSTĘPNIAJCIE PROSZĘ!Na stacji kolejowej Warszawa Ochota, jak wejdziecie schodami, tuż po lewej siedzą...

Opublikowany przez Monika Gawłowska Środa, 3 października 2018
– Liczy się, żeby z domu wyjść do ludzi – mówi Danusia. Dzieci wyfrunęły dawno temu z gniazda, a ile można siedzieć z mężem.

– Czasami mogę nie sprzedać, ale z tą porozmawiam, z tamtą słówko zamienię. Wszystkich człowiek zna z widzenia – zapewnia. Co chwilę przerywa naszą rozmowę, bo życzy znajomym, którzy przemykają chodnikiem "dobrego dnia".
Danusia handluje dopóki nie przyjdą mrozy. Ona może i by wytrzymała niską temperaturę (kiedyś handlowała też zimą), ale kwiaty, by zmarzły. Cieszy się więc, kiedy zima przychodzi późno: – Zeszły rok był tak dobry, że handlowało się prawie do świąt. Do marca w domu posiedzę. Zdrowie nie pozwala, żeby w zimie stać – dodaje.

Danka na nic nie narzeka. Najchętniej mówiłaby o polityce.
– Jestem bardzo zadowolona z rządu – mówi ni stąd, ni zowąd.
– Czym się tak pani przysłużyli? – dociekam.
– No zaraz, tych vatowców ściagają. To było bezprawie. Jak można było nic nie produkować, tylko sfałszować i za nic brać pieniądze? Bardzo mi się podoba, że dzieciom dali.

W końcu trafia się klient. Chce kupić kwiat, ale w doniczce. Danusia sprzedaje, głaszcze psa i zaraz wraca.

– Te kwiaty w doniczkach to koleżanki. Jak jej nie ma, to ja coś tam zawsze sprzedam.
– A gdzie koleżanka? – pytam.
– Pojechała księdzu rybę zawieść, bo była u rodziny nad morzem. Tam znajomych ma i świeże ryby przywozi. Handluje kapciochami własnej roboty. Przychodzi z nudów i żeby parę złotych zarobić na opłaty. Wiadomo, że co dwie emerytury to nie jedna. A ona męża już nie ma.

Tola z Warszawy: kapcie i kwiaty

Toli miało nie być w czwartek w pracy. Dzień wcześniej wróciła z wypoczynku nad morzem. Była u rodziny. Ale, kiedy już obdarowała proboszcza świeżym dorszem, to postanowiła wpaść na chwilę do Danusi i zobaczyć, jak jej handel idzie. Niedaleko ma stąd do domu.
– Proboszczowi zaniosłam całego dorsza. Takiego dużego. Z kilogram miał. Kucharkę ma, to mu wytrybuje. Ja na Kościół daję, a konkretnie to na remont. Ksiądz najpierw z zewnątrz zrobił, teraz w środku.

– Starcza pani, żeby jeszcze wesprzeć Kościół? – pytam.
– Dałam już 1,5 tysiąca. Jeszcze 500 złotych. Sprzedałam tych kapci, kamizelek, to dam mu z tego. W przyszłym roku, jak będę miała, to jeszcze dam na Kościół. Będzie jakaś zasługa u Boga. Przecież nie dają na rozrywki, tylko na Dom Boży – sprowadza mnie na ziemię.

Tola ma 84 lata. Jest zgarbiona i porusza się o lasce. Nie wie dokładnie, jak długo sprzedaje skarpetki i kwiaty.

– Jak bazar był, to handlowałam. Teraz mnie przez parę dni nie było, bo byłam nad morzem, żeby trochę jodu powdychać. Ale nie wolno było do morza dojść, bo woda chlustał. Bałam się, że mnie zmoczy – mówi z błyskiem w oczach.

Tola nad morze pojechała do rodziny, ale kapcie i kamizelki, którymi handluje w Warszawie, zabrała też ze sobą. – Tam to Niemcy dużo więcej dawali. Sprzedałam trzy kamizelki, po trzy pracy dziecinnych i męskie kapci – raportuje.

W Warszawie Tola handluje też kwiatkami w doniczkach i sprzedaje trochę ciuchów. Mąż umarł, została sama. – Przychodzę, a co będę siedzieć. Emeryturę mam po mężu, o trzysta złotych więcej. 1 607 złotych teraz dostaję – mówi.

Dobre życie z mężem miała. – On nie palił – chwali go Tola. No i dwoje dzieci jej dał. –Pracowałam w sztabie na Rakowieckiej i na powązkach w wojskowości. Sprzątałam tam – opowiada.

Tola jest zaprawiona w boju: handluje też zimą, choć do pracy przychodzi później. – I policja mnie nie gania. Kiedyś pytali kwiaciarki: "Co się dzieje z panią Tolą". A ona mówi tak: "Siedzi w domu i filmy ogląda".

– Jakie filmy pani ogląda? – dociekam.
– Włoskie. Amy. ("Tajemnica Amy" – red.)
– Amy to chyba turecki – poprawia ją Danusia.
– To film o takiej dziewczynce. Matka służyła u takich bogatych, on się zakochał, dziecko zrobił. A ona okazała się za biedna – opowiada Tola.

Mówi, że ogląda też różaniec w Telewizji Trwam. Od lat słuchała "Jaka to melodia?", ale kiedy zmienił się prowadzący, to przestała.

– Tamten to elegancko prowadzi, a ten to taka pierdoła.
– Janowski był tyle lat – wzdycha Danusia. Po chwili chwali się: – Nawet kawę Jakiego mamy – dorzuca Danusia, pokazuje przy tym biały kubek.
– Ooo – reaguje z entuzjazmem Tosia.

Władzia z Nowego Targu: oscypki i kapcie

Naprzeciwko Toli i Danusi rozłożyła się piękna kobieta. Głowę zawinęła w chustę, bo siedzi w przeciągu. Ale przynajmniej twarz wystawiła na słońce. I widać na niej jego ślady. Zimno jej. Na białej serwecie położyła oscypki, niżej kapcie. Takie ciepłe, góralskie. – Syn u kogoś szyje kapcie, to tak trochę wezmę – mówi Władzia.

72-latka od 15 lat na handel do stolicy przyjeżdża z Nowego Targu. I wiosną, i zimą. Ubierze się grubo. – Dziewczyny mi tutaj zrobią do termosiku kawy. Są stali klienci – opowiada cichutko.

– Nie lepiej byłoby do Krakowa jeździć? – dopytuję.
– Bliżej, ale tam jest tych handlujących dużo. Długo już tak jeżdżę. Trzeba dorobić do emerytury, bo mam tylko 850 złotych – narzeka.
Całe szczęście, że Władzia ma tanie bilety. A samą drogę w pociągu bez problemu przesiedzi. Odpocznie sobie. Do Krakowa jedzie pięć godzin, później przesiada się na autobus. Dwie godziny i jest w Warszawie. Czasami w stolicy zostaje dwa dni, wtedy nocuje u kuzynki.

– Te serki to są dla mnie bomba, rewelacja. Jeśli ktoś lubi oscypki, to one są pyszne – przerywa nam stała klientka Władzi. Dziś wzięła tylko jedną sztukę, ale zapewnia, że wróci za tydzień.

Władzia sama robi oscypki. – Mamy trochę ziemi, dziesięć baranków, trzy krówki, konika. I tak jakoś żyjemy. Jakoś trzeba sobie radzić, bo oni podnoszą emeryturę o 5 złotych. A co to jest? Światło zapłacić, telefon zapłacić i koniec. Jakby było dobrze w kraju, to człowiek, by tu nie siedział – rzuca ze spokojem Władzia.

Mruży oczy i po chwili równie cicho i spokojnie dodaje: – Emeryci w Niemczech to mają lepiej. Przyjeżdżają do nas do Zakopanego, tam są te termy. I oni mogą sobie na to pozwolić. Ja mam chorą tarczycę, lekarz mówi, żebym nad morze pojechała i jodu powdychała. Jedź, jedź, ale za co?

Władzia nie wie, kiedy pojedzie nad morze. Ale wie, że na handel do stolicy będzie jeździć tak długo, jak jej zdrowie pozwoli.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...