Był królem polskiego narkobiznesu. Wyjaśnił nam, jak kokaina z Ekwadoru znalazła się w Stokrotce

Jarosław Maringe "Chińczyk" opowiedział nam, jak kokaina z Ekwadoru mogła się znaleźć w magazynach sklepu Stokrotka.
Jarosław Maringe "Chińczyk" opowiedział nam, jak kokaina z Ekwadoru mogła się znaleźć w magazynach sklepu Stokrotka. Fot. Kadr z kanału YouTube Chińczyk
Być może czytaliście którąś z jego książek albo słyszeliście historię gościa, który w latach 90. zbudował w Polsce małe narkotykowe imperium. Jarosław Maringe ps. "Chińczyk" opowiedział naTemat, czym jest "dojrzewanie bananów".

Pod koniec listopada ekspedientki w kilku sklepach sieci Stokrotka musiały się nieźle zdziwić, kiedy w trakcie rozładowywania skrzynek z bananami znalazły wewnątrz nich paczki wypełnione kokainą. Biały proszek trafił do Polski wraz z transportem bananów z Ekwadoru.

Narkotyki zostały znaleziono w czterech województwach – mazowieckim, łódzkim, śląskim i dolnośląskim. W sumie 220 kg koki o łącznej wartości kilkudziesięciu milionów złotych. Pozostaje pytanie, jak do tego doszło?
Odpowiedź zna Jarosław Maringe ps. "Chińczyk", były przemytnik, który od wielu lat nie zajmuje się już gangsterką.

Jako twórca wyjątkowo skutecznych patentów na szmuglowanie narkotyków, może mi Pan powiedzieć, jakim cudem w jednym tygodniu na terenie Polski przepada transport ponad 200 kg kokainy?

Dziwnym zbiegiem okoliczności kiedyś faktycznie zajmowałem się "dojrzewaniem bananów". Moim zdaniem przemytnicy - amatorzy po prostu pomylili skrzynki. Prawdopodobnie dilerzy, którzy czekali na towar, dostali zamiast niego banany, natomiast koks poszedł do Stokrotki. Widziałem już kiedyś takie rzeczy. Dzieje się to w Polsce co jakiś czas. Tu jednak skala pomyłki jest porażająca, ktoś strzelił sobie w kolano.


Ciekawą opcją byłoby sprawdzenie, co to w ogóle była za firma, która zajmowała się tym transportem. To jednak pewnie w końcu wyjdzie, nawet jeśli byłoby trzeba szukać prawdy po "słupach". Niesamowicie ciekawa historia.

A co oznacza fakt, że kokaina została znaleziona w zupełnie różnych od siebie okręgach – w województwie łódzkim, dolnośląskim, śląskim i mazowieckim?

To tylko potwierdza fakt, że importer adresował paczki z kokainą na magazyny Stokrotki.

Czyli kartel dogaduje się na miejscu z eksporterem bananów i to on wysyła dla nich przesyłki z narkotykami?

Tak.
Czym się Pan obecnie zajmuje?

W tej chwili zajmuje się dwiema branżami. Jestem twórcą gier MMO na urządzenia mobilne, to moja najnowsza pasja. Poza tym, w moim życiu dzieje się naprawdę dużo. Co prawda znudziło mi się już pisanie książek, lecz w ich miejsce zabrałem się za tworzenie scenariusza dla jednego reżysera. Najwięcej czasu schodzi mi jednak na gry i algorytmy. Dlatego tak ciężko mnie złapać.

Wcześniej zależało mi na tym, by wykluczyć zarabianie gangsterów na książkach. Zrobiłem to, dlatego teraz zabrałem się coś innego – w tym przypadku gry MMO.

Pan chyba szybko się nudzi.

To nie tak. Ja jestem antropologiem życia – więcej satysfakcji daje mi badanie konkretnych środowisk czy rzeczy, niż osiąganie sukcesów na ich polu.

To wyszło jakieś pięć lat temu – zastanawiałem się, czy mam jakieś zaburzenia emocjonalne, jestem uzależniony od emocji lub cierpię jeszcze na coś innego. Odnalazła mnie grupa socjologów z Collegium Civitas, pod przewodnictwem dr. Marka Troszyńskiego. Zaczęliśmy prowadzić badania nad antropologią życia. Dowiedziałem się wtedy, że jestem jedną z bardzo niewielu osób, urodzonych z tym fenomenem.

To pewnego rodzaju przekleństwo, które polega na tym, że co chwilę będę wpadał w nowe środowiska, by je badać. Tak było z przestępczością, dziennikarstwem, a teraz z grami.

Bardzo się Pan wciągnął w te gry?

Na pewno Pan o tym nie wie, ale wśród graczy MMO jestem jedną z największych legend na świecie, głównie w takich grach jak World of Tanks Blitz czy Stormfall. Dodatkowo prowadzę szkolenia dla graczy za pośrednictwem globalnych forów, o tym, jak nie dać się oszukać dużym firmom produkującym gry MMO. Piszę również poradnik o tym, jak chronić się przed oszukiwaniem na mikropłatnościach.

Na polu gier MMO prowadzę naprawdę dużo różnych działań, jednak nie o wszystkim mogę Panu teraz powiedzieć. Proszę jednak śledzić doniesienia medialne, bo wkrótce będzie o tym głośno.
Brzmi poważnie.

Zasadniczo chciałbym stworzyć miejsce wirtualnej rozrywki dla tysięcy osób. Świata opartego na naszej planecie w dwóch wersjach zbudowanych na jednym silniku. Dla pierwszej grupy graczy będzie dedykowany świat stylizowany na wiek XVIII, XIX i XX. Drugi model ma nawiązywać do mojej ulubionej serii Warhammer, czyli produktu firmy Total War.

Dla niewtajemniczonych, świat będzie mocniej osadzony w świecie fantasy niż rzeczywistym. Mówię o tym pomyśle otwarcie, ponieważ wielu ludzi może mieć ideę, ale tylko garstka wie, co z nią zrobić. Na przykład jak ustawić mikropłatności, by użytkownicy nie czuli się wykorzystywani. Ja to wiem.

Mam wrażenie, że poza badaniami w zakresie "antropologii życia", bardzo istotną kwestią w Pana przypadku jest hajs.

I tu się pan myli. Na pewno kreatywność jest cechą, którą uwielbiam rozwijać, ale hajs? Ja dam panu pewien przykład, a nawet dowód – gdyby chodziło o pieniądze, nie skłóciłbym się z pewnymi dziennikarzami przy okazji promocji mojej książki. Jednak, że uznałem to środowisko za wyjątkowo paskudne, wolałem pozostać uczciwym wobec siebie i nie brać udziału w ich szemranych rozgrywkach.

Przez to odcięto mi dostęp do obecności w mediach, skutkiem czego sprzedaż moich książek spadła o 90 proc. Ja napisałem je przede wszystkim po to, by zamknąć temat zarabiania gangsterów na byłym bandytyzmie. To był mój cel, pisałem o tym w mailach, które być może kiedyś opublikuję.
A Pan nie odcinał kuponów na byłym bandytyzmie? Czytając Pana książkę, miejscami wpada się w świat, który przypomina akcję hollywoodzkiego filmu. Z tą różnicą, że Pan to przeżył.

To wszystko zależy od tego, na jakim się jest poziomie świadomości emocjonalnej. W tej chwili mój punkt świadomości jest zupełnie inny, jestem wysoko ponad starym życiem. Wiadomo, że dostarczało mi ono wielu przeżyć, emocji i rozmaitych doświadczeń. Mieszkałem w 11 krajach, odwiedziłem około 50 – poznałem mnóstwo ciekawych kultur.

Wynalazłem patent na przemyt amfetaminy w butlach gazowych, który nigdy nie wpadł na granicy. To dawało mi emocje, owszem, ale wtedy, nie teraz.

A za co Pan tak nie lubi dziennikarzy?

To nie jest tak, że nie lubię wszystkich dziennikarzy, żebyśmy mieli jasność. Mam szacunek do bardzo wielu z nich, jak chociażby Magdaleny Rigamonti. Nie cierpię tych, którzy na początku lat 90. nie nadawali się o niczego, ale przypadkiem udało im się trafić w taką niszę, jak dziennikarstwo śledcze.

Wtedy wszystko tak naprawdę działo się samo, nie trzeba było wiele się starać, żeby zrobić karierę w prasie. Oni jednak poczuli się wielcy, wyjątkowi i zaczęli manipulować ludźmi. Jest kilku takich dziennikarzy śledczych, którzy raczej prowadzili śledztwo, jak zarobić parę złotych, zamiast tropić prawdziwe afery. To czysta hipokryzja.
Ile zawdzięcza Pan ludziom a ile sobie?

Wszystko zawdzięczam samemu sobie, jednak staram się pomagać innym ludziom. Mam w sobie bardzo dużo empatii, lubię to robić.

Nie zawdzięcza Pan niczego nawet swoim rodzicom?

Dziękuję mojej mamie za to, że mnie urodziła. Poza tym nic. W wieku 13 lat zarabiałem 100 dolarów tygodniowo, mając 16 bylem już takim indywidualistą, że sam się utrzymywałem.

A stare życie naprawdę już Pana nie pociąga?

Powiem panu, że mi o tych narkotykach to już nawet wstyd mówić. Totalnie mi na tym nie zależy.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...