
Do tej pory Polska eksportowała do Japonii głównie maszyny i urządzenia mechaniczne oraz elektryczne, a także części do nich. Telewizja Polska postanowiła zmienić ów stan rzeczy: wysyła do Kraju Kwitnącej Wiśni coś, co ma być nowym hitem eksportowym: serial "Korona królów"! Przyznaję, ta wiadomość ubawiła mnie setnie. Ale gdy już udało się uspokoić i zatrzymać tę karuzelę śmiechu, zacząłem oceniać fakty na poważnie. Wówczas okazało się, że… w tym szaleństwie może być metoda.
"Groteskowe peruki i brody wyglądają jak z podmiejskiej imprezy karnawałowej", "wnętrza zamków przypominają raczej kiczowate zajazdy przy autostradzie" – to zaledwie dwa z naprawdę wielu zarzutów, którymi internauci miotają w stronę tej telenoweli historycznej. Jednak w tym miejscu należy wziąć pod uwagę kwestię egzotyki.
Gdy w Polsce pod adresem "Korony królów" używa się zwrotów "kicz", "amatorszczyzna" i "niechlujstwo", tyczy się to również gry aktorskiej. Wyrobiony, oczekujący czegoś naprawdę wysokim poziomie, telewidz może załamać się, "podziwiając" drewniane role, których w produkcji TVP naprawdę nie brakuje.
