Sprawa Stefana W. ujawniła gigantyczny problem. "Skazaniec wychodzi jeszcze bardziej zdemoralizowany"

Więźniowie odbywający kare mają szansę na uzyskanie wykształcenia zawodowego czy zdanie matury.
Więźniowie odbywający kare mają szansę na uzyskanie wykształcenia zawodowego czy zdanie matury. Fot. Bartosz Bańka / Agencja Gazeta
– Czasami osadzony może wyjść na wolność jeszcze bardziej zdemoralizowany. Im się zwyczajnie nie chce nad sobą pracować. Wolą grać, oglądać filmy. Czasami siedzą trzy lata w więzieniu i planują napad na bank. I tylko na tym się skupiają. Chęć musi płynąć z obu stron – mówi pracownik zakładu karnego. Statystyki nie napawają optymizmem: – Około 50 proc. pierwszy raz karanych wraca do przestępczości, a wśród recydywistów ten wskaźnik sięga nawet 80 proc. – podkreśla profesor Wiesław Ambrozik z Zakładu Resocjalizacji WSE UAM.


2013 rok. 21-letniego Stefana W. złapano na gorącym uczynku. Czwarty raz z bronią w ręku napadł na bank w Gdańsku. Skazano go na 5,5 roku. Przebywał w tym czasie w pięciu zakładach karnych w: Sztumie, Szczecinie, Malborku, Bydgoszczy i Gdańsku.


Aż trzy razy domagał się skrócenia kary: w październiku 2016 roku, czerwcu 2017 roku i czerwcu 2018 roku. Sąd za każdym razem odmawiał. Jego wniosków nie popierał ani dyrektor zakładu karnego, ani prokurator.

Ppłk Elżbieta Krakowska
rzeczniczka prasowa dyrektora generalnego Służby Więziennej ( w rozmowie z Polsat News)

Był więźniem, który nie wykazywał woli współdziałania w procesie resocjalizacji. Zaproponowano mu indywidualny program oddziaływania, zadania, które w jego przypadku były konieczne i właściwe do realizacji. Natomiast on nie wykazywał woli do współdziałania. Tym samym został wycofany z programowego systemu oddziaływania i ostatecznie karę pozbawienia wolności odbywał w systemie zwykłym.

Stefan W. do lutego 2018 roku był objęty programem "oddziaływań resocjalizacyjnych". Przez ponad pięć lat więzienia nagrodzono go tylko raz, a dyscyplinarnie ukarano – trzy.

Na wolność mężczyzna wyszedł w grudniu. 14 stycznia podczas finału WOŚP w Gdańsku 14,5 centymetrowym nożem z dużą siłą dźgnął Pawła Adamowicza. Zadał mu kilka ciosów. Celował w serce. Prezydent Gdańska zmarł kolejnego dnia.

I po raz kolejny wróciło stawiane już wielokrotnie pytanie: "Po co w ogóle ta cała resocjalizacja, skoro nie przynosi żadnych efektów?” – zastanawia się wielu komentatorów.

Co czwarty wraca

– Naiwne jest myślenie, że wpuszczamy bandytę do więzienia i za trzy lata wychodzi obywatel, który nie wyrzuci papierka na ulicę. Aby jakiekolwiek działania były skuteczne, to muszą być chęci z obu stron – mówi nam pracownik zakładu karnego z północnej części Polski. Woli pozostać anonimowy.
By udowodnić, że niewielu osadzonych chce nad sobą pracować, przywołuje kilka sytuacji. Pierwsza to rozmowa strażnika więziennego z osadzonym:


– Przemek, masz kolegę w Anglii. Niech oni ci załatwi robotę, jak wyjdziesz. Wyjedź tam, bo w Polsce nic dobrego cię nie czeka. Nawet zawodówki nie masz skończonej. Tam możesz pracować na zmywaku. Będziesz miał dobrze. Wyjedziesz i trzymaj się z dala od kłopotów.
– "No tak oddziałowy. Ty dobrze gadasz" – odpowiedział więzień. Ale dwa tygodnie po wyjściu z więzienia znów wylądował w celi.

– Dał komuś w twarz na dyskotece, ukradł dodatkowo telefon. I co ja mogę zrobić? Jak ja mogę na gościa wpłynąć? Chociaż powiem też szczerze, że są tacy, którzy mówią: "Jezus Maria, oddziałowy, jeszcze dwa miesiące i wychodzę i więcej tu nie wrócę". Idą do pracy, zmieniają kolegów i nie wracają. Ale jest gros takich, którzy wychodząc mówią: "Teraz to zrobię taki skok, że ukradnę bańkę" i są u nas kilka tygodni później.

Dane, które podaje "Rzeczpospolita", są zatrważające: z ponad 73 tys. więźniów, którzy właśnie odsiadują swoje wyroki, aż co czwarty może wrócić do celi po odbyciu kary. Patryk Jaki, wiceminister sprawiedliwości, który odpowiada za więziennictwo, szczycił się niedawno, że wskaźnik powrotności do przestępstw spadł do 38,9 proc. (2012-2016), a wcześniej wynosił ponad 40,1 proc. (2011-2015).

– To minimalne kryterium oceny nieskuteczności resocjalizacji penitencjarnej. Pokazuje ewidentnie, że resocjalizacja się nie udała. Oczywiście są też inne np. niezdolność do ułożenia sobie życia, związania się z pozytywnym środowiskiem itp,. ale one są o wiele trudniejsze do uchwycenia – mówi nam Irena Pospiszyl, pedagog resocjalizacyjna.

Szacowania profesora Wiesława Ambrozika są jeszcze mniej optymistyczne: – Wynika z nich, że około 50 proc. pierwszy raz karanych wraca do przestępczości, a wśród recydywistów ten wskaźnik sięga nawet 80 proc. – podkreśla ekspert.

Przepełnienie

Od lat mówi się, że w przepełnionych więzieniach trudno o resocjalizację. Na jednego oddziałowego przypada nawet ponad 100 osadzonych, w zakładzie karnym najczęściej jest jeden psycholog, który pomaga tylko tym najtrudniejszym "przypadkom".

– Jeżeli wychowawca ma pod swoją opieką 100-150 więźniów, to jak ma nad tym wszystkim zapanować? Jedyne, co może, to porozmawiać z osadzonym, przesłać mu list, zapytać, dlaczego rozrabia, sprawdzić, czy nie jest on nękany przez innych więźniów. Poza tym, w więzieniu jest za mało psychologów, wychowawców – zaznacza Irena Pospiszyl.

Na to narzekają też sami pracownicy zakładów karnych. – Odpowiadam za 110 osadzonych. Do jednej celi podchodzę ze 12 razy dziennie: śniadanie, obiad, kolacja, spacer, telefon, leki, korespondencja, widzenia, czynności procesowe. To jest ruch jak na Marszałkowskiej – opowiada Bartek.

Trudno jest mu znaleźć czas choćby na rozmowę z osadzonym. Zresztą nie zawsze ma na to ochotę, bo więźniowie bywają agresywni: – Rzucają w nas kiblami, kolega otwierał celę i dostał telewizorem. Dobrze, że się odsunął.

Z agresją osadzonych można walczyć na przykład podczas kursów, programów readaptacyjnych, które są regularnie organizowane. Ale i tu jest problem: nie zawsze są chętni, by w nich uczestniczyć.

– Było 15 miejsc na zajęcia "Stop agresji". Prowadził je psycholog i wychowawcy. Zapisało się 10 chętnych – opowiada jeden ze strażników więziennych.
Wtedy wychowawca poszedł i pytał: "Panie Kowalski, nie chce wziąć udziału w kursie?”. A on na to, że "woli popierdzieć w łóżko". "Pan Frankowski pójdzie?” – próbował dalej. I usłyszał: "A ja wiem, a po co mam tam iść?". "To pójdzie pan"– stwierdził. "No to pójdę" – zgodził się Frankowski. – I już jeden do przodu. Potrzeba jeszcze kilku dorzucić, bo słupki się liczą – komentuje strażnik więzienny Marek.

Doskonale wie, że nie może na kurs nikogo zaciągnąć siłą. – Jak się tak weźmie, to ten napisze skargę do Rzecznika Praw Obywatelskich, że został zmuszony groźbą, żeby pójść na kurs. Później RPO wysyła do nas jakieś pisma – rozkłada ręce.

Marek narzeka, że mało który osadzony jest żywo zainteresowany tym, co mówi prowadzący. – Kurs trwa, a oni najczęściej siedzą i rysują. A to męskie genitalia, a to wypisują na kartkach HWDP. Psycholog może sobie gadać swoje, oni i tak nie słuchają – mówi strażnik.

Więzień osadzony w zakładzie karnym czy areszcie może skorzystać z pomocy z psychologa. Choć nie zawsze jest to takie proste. – W więzieniu jest psycholog, przyjmuje codziennie, ale ma bardzo dużo pracy. Jak ktoś się tnie, wiesza, to wtedy korzysta z pomocy. Niektórzy idą, żeby się wypłakać albo popatrzeć sobie na dekolt i twarz ładnej psycholog. W więzieniu człowiek jest spragniony – rzuca strażnik.

– A jeśli osadzony chce regularnie korzystać z pomocy psychologa? – pytam.
– Terapia jest dla osób z zaburzeniami, a nie dla osoby, która dźgnęła kogoś nożem i trafiła do więzienia. Nikt nie prowadzi rozmów pt. "dlaczego dźgnąłeś go nożem?" – słyszę.

Nie było socjalizacji

– Resocjalizacja w takim stopniu to fikcja. Więźniowie najczęściej nie chcą się zmieniać, pracować nad sobą – podkreśla Marek. I opowiada o kolejnej sytuacji.
Pracownik zakładu karnego

Proszę sobie wyobrazić: w domu osadzonego była patologia: bicie, picie, gwałty, później dom dziecka, śmierć rodziców i brak kontaktu z resztą rodziny... Później on trafia do więzienia najpierw na trzy lata, później na pięć i tak wpada i wypada... Jak my mamy resocjalizować kogoś, kto się nigdy nie socjalizował? On nie umie żyć w społeczeństwie, nie zna norm społecznych, on nie wie, że trzeba pomagać innym ludziom, płacić podatki.

Na to uwagę zwraca także Irena Pospiszyl: – Resocjalizacja powinna polegać na tym, że po pierwsze rozwiązuje się problemy psychiczne człowieka, jeśli ten je ma i o ile to możliwe, powinna się dokonywać w środowisku otwartym. Warto pamiętać o tym, że 70-80 proc. osadzonych ma za sobą doświadczenia bycia ofiarą.

I dodaje, że bardzo często więźniowie dopiero w zakładach karnych uczą się podstawowych umiejętności organizacyjnych czy komunikacyjnych.

Zygmunt Lizak, były dyrektor okręgowy Służby Więziennej w Krakowie, przyznaje, że czasami nie da się osadzonego zresocjalizować. – Ale zawsze trzeba podjąć próbę: najpierw postawić solidną diagnozę i później zacząć działać. Musimy podmiotowo traktować człowieka – zaznacza Lizak. I dodaje, że za resocjalizację więźnia nie odpowiada tylko wychowawca i psycholog, ale i strażnik więzienny, dyrektor, minister, którzy powinni tworzyć zintegrowany system.
Zygmunt Lizak
były dyrektor okręgowy Służby Więziennej w Krakowie

Osadzonych należy resocjalizować poprzez pracę, naukę, zajęcia kulturalno-oświatowe, kontakt z rodziną, instytucjami społecznymi. To jest bardzo precyzyjnie zapisane w kodeksie.

Najważniejszym elementem resocjalizacji jest codzienna praca fizyczna osadzonego – uważa Marek, pracownik zakładu karnego.
Pracownik zakładu karnego

Oni wtedy wiedzą, że nie mogą siedzieć po nocach, grać, czy oglądać telewizji. Uczą się systematyczności. I dowiadują bardzo ważnej rzeczy: że uczciwe zarabianie pieniędzy jest elementem życia, elementem wolności.

Czasami więźniowie, jeśli nie mają fachu w ręku, mogą skorzystać z kursów i zarabiać w więzieniu. – Na przykład mieliśmy taki kurs na kafelkarza. Dwóch "majstrów z wolności" uczyło osadzonych, jak kłaść płytki. To akurat bardzo ich interesowało. Masowo się zapisywali – mówi pracownik zakładu karnego.

Paradoks resocjalizacji

Profesor Ambrozik podkreśla, że resocjalizacja możliwa jest tylko wtedy, gdy więzień ma kontakt ze "światem wolności". I porównuje to do nauki pływania. Jeśli uczymy kogoś pływać w basenie bez wody, to kiedy trafi do akwenu wypełnionego wodą i nie będzie w jego obecności nauczyciela, to się utopi.

– Szansę osadzonemu powinno dać także społeczeństwo, które nie docenia samej idei resocjalizacji. Ludzie są raczej za wykluczeniem, za działaniem opresyjnym. A musimy sobie uświadomić, że ludzi nieprzystosowanych, agresywnych będzie coraz więcej ze względu na to, że nowoczesne społeczeństwa wymagają większych kompetencji – mówi Ambrozik.

Wtóruje mu Irena Pospiszyl: – Jak można resocjalizować ludzi siedzących w kryminale, którzy wszystko robią na komendę? Mamy ich nauczyć samokontroli, samosterowania, umiejętności zawiadywania swoim życiem, to powinno się dokonywać w warunkach wolnościowych: pod kuratelą, elektronicznym nadzorem, wsparciem społecznym. Tu musi zadziałać cały system. Zakłady karne i resocjalizacyjne nie zrobią cudów.

O tym jak ważna jest otwartość społeczeństwa mówi też Zygmunt Lizak. – Jeżeli społeczeństwo nie chce przyjmować resocjalizowanych, polityk też w to nie wierzy, klawisz nie wierzy, skazany nie chce, to się ta resocjalizacja nie może udać – zauważa.

On sam wspólnie z osadzonymi wydawała gazetkę, "robił" więzienne radio, organizował koncerty czy eksperymentalne produkcje filmowe. Kiedy zobaczył, że osadzony ma talent plastyczny, to pojechał z nim na wystawę do Szwecji. Mówi, że w ciągu blisko 25-letniej kariery odniósł kilka "sukcesów resocjalizacyjnych".

– Resocjalizacja jest bardzo ważna. Pamiętajmy, że ci więźniowie po odsiedzeniu wyroku nie polecą w kosmos, nie wszyscy wyjadą do Anglii. Będą naszymi bardziej lub mniej zresocjalizowanym sąsiadami – podkreśla Zygmunt Lizak.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...