
Krew, pot i łzy, lata ciężkich treningów. A pieniądze są tylko wtedy, jak jesteś najlepszy – tak żyją zapaśnicy, ciężarowcy i im podobni. Stosunkowo lekki trening i duże pieniądze, nawet jak nie jesteś na szczycie? Tak mają piłkarze. Tymczasem na Euro była kompromitacja, a na igrzyskach zdobywamy medale. Gdzie tu sprawiedliwość?
REKLAMA
Ten rok stoi pod znakiem dwóch wielkich imprez sportowych. Najpierw było Euro, w narodzie wielka mobilizacja, doping, wsparcie, ale na boisku kompromitacja. Najsłabsza z możliwych grup i ostatnie miejsce. Balonik, który potężnie pękł. Teraz mamy igrzyska, na których Polacy startują w kratkę. Mieliśmy występy, o których chcielibyśmy zapomnieć, jak judoka, który przez kilka minut spacerował po tatami jak starsza pani po molo w Sopocie. Ale są i tacy, których zmagania oglądaliśmy z zapartym tchem.
Wydawał własne pieniądze
Chociażby Adrian Zieliński czy Damian Janikowski. Oba przykłady są dosyć smutne. Adrian zwyciężył na przekór Polskiemu Związkowi Podnoszenia Ciężarów, który wszczął wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Przed igrzyskami pojechał do Gruzji na zgrupowanie. Związek się na nie nie godził i go nie opłacił. Polak musiał więc wydać własne pieniądze, prawie 50 tysięcy złotych. Zaryzykował i wygrał. Za złoty medal otrzyma ponad dwa razy więcej, więc wyjdzie na swoje. Tylko czemu takim kosztem?
Chociażby Adrian Zieliński czy Damian Janikowski. Oba przykłady są dosyć smutne. Adrian zwyciężył na przekór Polskiemu Związkowi Podnoszenia Ciężarów, który wszczął wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Przed igrzyskami pojechał do Gruzji na zgrupowanie. Związek się na nie nie godził i go nie opłacił. Polak musiał więc wydać własne pieniądze, prawie 50 tysięcy złotych. Zaryzykował i wygrał. Za złoty medal otrzyma ponad dwa razy więcej, więc wyjdzie na swoje. Tylko czemu takim kosztem?
Gdy wczoraj na podium stał Damian Janikowski, cieszyli się pewnie wszyscy ci, którzy kiedyś trenowali zapasy, ale zarabiali grosze i musieli postawić na coś innego. Teraz pracują w knajpach, dowożą pizzę, są kierowcami, ale w tej jednej chwili mogli się poczuć radość, że jeden z nich dotarł na szczyt. Że o zapasach wreszcie się mówi. Bo to taki sport, gdzie na odpowiednim poziomie mogą żyć tylko najlepsi, medaliści mistrzostw świata i Europy. Sam Janikowski mówi, że trenuje zapasy od 12-13 lat i w ciągu roku nie zarobi tyle, ile przeciętny piłkarz dostaje za miesiąc nędznej gry. A przecież walczy tak efektownie i zarazem skutecznie. Pozostali zapaśnicy, ci słabsi, muszą kombinować, by mieć co włożyć do garnka.
Damian Janikowski trenuje z Piotrem Zeltem:
Inni, ciekawsi, nie zmanierowani
Jeszcze do niedawna byłem przekonany, że, będąc dziennikarzem sportowym, najlepiej jest pisać o piłce. Bo narodowy sport, bo największe emocje. Sądziłem, że dużo bardziej będę żył Euro. Tymczasem guzik, bardziej wciągnęła mnie olimpiada.
Przed igrzyskami napisałem szereg tekstów o naszych reprezentantach, którzy jechali tam z większymi lub mniejszymi nadziejami na medal. Niektórych miałem okazję poznać osobiście, z innymi porozmawiać przez telefon.
I wiecie co? Ci ludzie są zupełnie inni, ciekawsi. I nie tak zmanierowani. Przeciętny piłkarz staje po meczu lub w jego trakcie przed kamerą i mówi: "No więc yyy, tak yyy, zrealizowaliśmy założenia trenera yyy, cieszymy się, yyy". A po meczu najczęściej żel na włosy i w miasto. Albo, jak ktoś jest już ustawiony życiowo, wtedy bez żelu, do domu. Dziennikarze? Jak kogoś znają dobrze i lubią, porozmawiają. Jeśli nie, będzie o to ciężko.
Spoko, jutro pogadamy
A teraz weźmy Adriana Zielińskiego. Zdobywa złoto, osiąga szczyt. Nie dość, że zaraz po sukcesie odpisuje na smsa, to jeszcze następnego dnia zgadza się telefonicznie porozmawiać i daje nam wywiad. Damian Janikowski odpisał jeszcze szybciej, ledwie kilkanaście minut po dekoracji. "Dzięki, dzwoń jutro jakoś po południu". Wyobrażacie sobie polskiego piłkarza, który na arenie międzynarodowej osiąga podobny sukces (ok, załóżmy na chwilę, że samo to nie jest fantastyką), a potem tak reaguje? Ja nie.
A teraz weźmy Adriana Zielińskiego. Zdobywa złoto, osiąga szczyt. Nie dość, że zaraz po sukcesie odpisuje na smsa, to jeszcze następnego dnia zgadza się telefonicznie porozmawiać i daje nam wywiad. Damian Janikowski odpisał jeszcze szybciej, ledwie kilkanaście minut po dekoracji. "Dzięki, dzwoń jutro jakoś po południu". Wyobrażacie sobie polskiego piłkarza, który na arenie międzynarodowej osiąga podobny sukces (ok, załóżmy na chwilę, że samo to nie jest fantastyką), a potem tak reaguje? Ja nie.
Jest jeszcze jedna różnica. Piłkarze najczęściej nie mają po zakończeniu kariery na siebie pomysłu. Często jest to trenerka, szkolenie młodzieży, ewentualnie jakaś praca w charakterze działacza, ambasadora. Ale często też popadają w alkoholizm czy hazard. Nie widzą sensu w życiu. Historia zna wiele takich przypadków. W piłce jest ich więcej, pewnie dlatego, że tam człowiek przyzwyczajony jest do życia w luksusie. Nie musi walczyć o swoje. Trochę potrenuje, a pieniądze płyną i tak szerokim strumieniem. Gorzej, gdy ta sielanka nagle się kończy.
Adrian Zieliński, nasz mistrz olimpijski:
Akademia, forma budowlana, trenerka
Teraz parę przykładów naszych olimpijczyków. Wang Zeng Yi, który nas reprezentował w pingpongu, chce po zakończeniu kariery otworzyć w Polsce akademię tenisa stołowego. I przenosić do naszego kraju chińskie wzorce szkolenia. Piotr Siemionowski, kajakarz (w sobotę powinien stanąć na podium), już teraz jest prezesem firmy transportowo-budowlanej, a po głowie chodzi mu kupno specjalnych helikopterów. Marcin Dołęga – ten, któremu tak wczoraj nie wyszło i który dziś szczerze powiedział, że może nie nadaje się do tego sportu – już od pewnego czasu interesuje się trenerką i z tym wiąże swą przyszłość.
Oni muszą walczyć. O pieniądze, których ciągle brakuje. O zainteresowanie mediów, które wolą pisać o blamażu Śląska Wrocław w europejskich pucharach.
Szkoda, że nie mają tak łatwo.
