"Mogą mu zrobić krzywdę. Na różne sposoby". Pedofile i zabójcy dzieci nie mają łatwego życia w więzieniu

Budynek Aresztu Śledczego w Świdnicy - to tu trafił Jakub A., 22-latek, który przyznał się do zabójstwa 10-letniej Kristiny.
Budynek Aresztu Śledczego w Świdnicy - to tu trafił Jakub A., 22-latek, który przyznał się do zabójstwa 10-letniej Kristiny. Fot. Kamila Kubat / Agencja Gazeta
Wrzask osadzonych w areszcie niósł się przez całe miasto. "Je*** k****", "je*** szmaciarza", "wieszaj się", "będziesz zdychał" – takie okrzyki niosły się z zakratowanych okien tuż po tym, jak do aresztu w Świdnicy trafił 22-latek podejrzany o zabójstwo 10-letniej Kristiny z Mrowin. "Nie dadzą mu tam żyć" – komentowali świdniczanie zgromadzeni przed aresztem, ale mówili to raczej bez choćby cienia współczucia.


O tym, jak wygląda życie za kratami osób podejrzanych a potem skazanych za zabójstwo dziecka lub pedofilię i jakie to stanowi wyzwanie dla funkcjonariuszy Służby Więziennej, rozmawiamy z Krzysztofem Olkowiczem - dziś głównym koordynatorem ds. Ochrony Zdrowia Psychicznego w Biurze RPO, wcześniej zastępcą Rzecznika Praw Obywatelskich. W latach 1991-2015 był funkcjonariuszem Służby Więziennej, od 1996 był Dyrektorem Okręgowym Służby Więziennej w Koszalinie.


Co się dzieje, gdy do więzienia lub aresztu trafia człowiek skazany czy podejrzany o zabójstwo dziecka lub o jego zgwałcenie?

To jest bardzo poważny problem związany przede wszystkim z bezpieczeństwem takiego więźnia. Wiadomo, że skazani nie akceptują tego rodzaju przestępców. Mogą mu zrobić krzywdę. Na różne sposoby.

Konkretnie?

No, wiele się może zdarzyć. Niestety, ujawniony został wizerunek tego człowieka, co nie ułatwia sprawy.

Zagrożeniem są dla niego więźniowie grypsujący?


I grypsujący, i nie tylko. Po pierwsze - taki człowiek w ogóle nie może zostać grypsującym ze względu na rodzaj i charakter przestępstwa, jakiego się dopuścił. Tylko grypsujący to "ludzie". On nigdy nie będzie "człowiekiem" w więzieniu.

Ale ten tymczasowo aresztowany powinien być chroniony zarówno przed grypsującymi, jak i niegrypsującymi.

Czyli na przykład kontakt z więźniem-fryzjerem jest wykluczony? Bo ten ma w ręku ostre narzędzie.


No, jak trzeba go będzie ostrzyc, to na pewno będzie się to odbywało pod pełną kontrolą. Wiadomo, że bez kontroli to ten człowiek "mógłby się potknąć i nadziać na nożyczki", a tamten fryzjer byłby bohaterem do końca pobytu w więzieniu.

A spacery?

Tak, będzie mógł spacerować. Są w więzieniach pojedyncze spacerniki, kryte. Inni więźniowie nawet nie widzą, kto jest na spacerniku. Znam taki zakład, który spacernik dla skazanych szczególnie niebezpiecznych urządził na dachu. Tam nich z więźniów ich nie widzi.



Jakie jest więc zadanie funkcjonariuszy w sprawie Jakuba A.?

Obserwuję doniesienia ze Świdnicy i widzę, że administracja ma świadomość tego, co może się stać. Dlatego, jak to się mówi w slangu więziennym, musi go dobrze schować.

Na szczęście dziś jest w więzieniach i aresztach rozwinięty system monitoringu. Na pewno ten podejrzany jest pod dobrą ochroną. Gdyby jemu się cokolwiek stało, to byłaby ogromna porażka dla wszystkich. Te pierwsze dni są na pewno trudne dla każdego.

Wiadomo też, że w tych pierwszych dniach może dojść do jakichś prób autoagresji. Administracja musi zdawać sobie sprawę, że należy temu podejrzanemu poświęcić sporo uwagi.

Czytałem wspomnienia emerytowanego funkcjonariusza SW z łódzkiego aresztu, pod którego kuratelą był Mariusz Trynkiewicz. Jego dzieci były wtedy w tym samym wieku, co ofiary Trynkiewicza. On opowiadał, że z trudem powstrzymywał się, aby czegoś nie zrobić osadzonemu. Do Pana też czasem przychodzili funkcjonariusze z prośbą: "Panie dyrektorze, pan mnie weźmie od tego człowieka, bo nie ręczę za siebie"?



Nie, nie spotkałem się z takimi prośbami. Zawsze mówiłem pracownikom tak: Nie ma bicia, które się legitymizuje. Funkcjonariusz musi mieć dystans. I nawet największa podłość, którą uczynił jakiś z więźniów, w żaden sposób nie może być usprawiedliwieniem dla stosowania siły wbrew prawu.

Jasne, że wszyscy mamy emocjonalny stosunek do tej okrutnej zbrodni zabójstwa 10-letniej dziewczynki. Ale w przypadkach takich, jak ten w areszcie w Świdnicy, do ochrony takiego człowieka trzeba wybrać absolutnych profesjonalistów.

Jak to się stało, że wiadomość o tym, iż do aresztu trafił zabójca 10-latki, rozeszła się wśród osadzonych? Cały areszt grzmiał "będziesz zdychał", a wiadomo, że Jakub A. został doprowadzony z sądu korytarzem podziemnym.


Eee, wie pan, czasami w bardzo krótkim czasie w Warszawie wiedzą, co się stało w Krakowie. Te informacje rozchodzą się lotem błyskawicy. Podejrzewam, że wszyscy więźniowie ze wszystkich zakładów karnych wiedzą, gdzie siedzi ten człowiek. Byłoby lepiej, gdyby nie wiedzieli...

A jednak wiedzą. Skąd? Od kogoś z personelu?


Trudno mi powiedzieć. Więźniowie są bardzo dobrymi obserwatorami. Dziś w zdecydowanej większości zakładów nie ma na oknach przysłon.

Kontaktują się przez okno ze światem zewnętrznym?

Tak, też.

Przez komórkę również?


No, nie – więźniowie nie mają komórek.

Teoretycznie. Głośne były sprawy z Chełma czy Wrocławia, gdzie okazywało się, że jednak komórki za kratami są.


W czasie, gdy ja pracowałem w więzieniu, mieliśmy takie urządzenia, które pokazywały, czy w danym rejonie ktoś korzysta z telefonu komórkowego. Ale oczywiście - to jest ciągła gra, jaką skazani prowadzą z administracją więzienia. Dziś zegarek może być komórką.

Choć oczywiście bywają sytuacje, że jakiś drań-funkcjonariusz da się wciągnąć w niebezpieczne kontakty, jest przez więźniów szantażowany i dostarcza im np. telefon komórkowy.


Widział Pan reakcje osób nie tylko osadzonych, ale też zgromadzonych przed aresztem w Świdnicy? Wielu ludzi krzyczy: "dajcie go nam, my z nim zrobimy co trzeba!", "kara śmierci!". Co Pan o tym myśli?


Byłem i jestem przeciwnikiem kary śmierci. Jeżeli komuś się wydaje, że najwyższy wymiar kary niesie za sobą ten prewencyjny element zapobiegający popełnianiu najgorszych zbrodni, to się myli. Przeczą temu liczby. W roku 2001 r. mieliśmy 1325 zabójstw, a kary śmierci wtedy nie było. W ostatnich latach mamy ok. 500. Spadek więc nastąpił znaczny, mimo że kary śmierci nie wprowadzono.

Gdy jeszcze popatrzymy na charakter tych zabójstw, to dojdziemy do wniosku, że takich "killerów" jest naprawdę niewielu. Najwięcej jest niestety takich sytuacji, które rozgrywają się w domu, w kuchni, gdy ktoś chwyta za nóż oraz w takich, gdy w parku w grupie pijących jeden wypije za dużo i kolegę tzw. tulipanem potraktuje.

Nie sądzę, że gdyby istniała kara śmierci, to taki człowiek wziąłby do ręki kodeks, przeanalizował i doszedł do wniosku, że sobie jednak odpuści.