Tak, ten pan na zdjęciu jest cały obładowany marihuaną. Jamajka na własne oczy

Nawet na Jamajce taki widok nie należy do codzienności. Fot. naTemat
To koniec świata dosłownie i w przenośni. W Polsce skojarzenie z Jamajką jest jedno i dotyczy marihuany. To najczęstsze pytanie, które padało w kontekście tego kraju. Ale na Jamajkę nie można patrzeć tylko przez ten stereotypowy pryzmat. Oto, czym zaskakuje Jamajka i jak tam właściwie się dostać.


Chorwacja, Grecja, Włochy – to z tych najbliższych. Turcja, Egipt, Tunezja – to z tych nieco dalszych. Dominikana, Tajlandia, Bali – to jeśli chodzi o egzotykę. Natomiast Jamajka – choć słyszeli o niej wszyscy – zdecydowanie nie jest pierwszym, ani nawet jednym z popularniejszych podróżniczych wyborów Polaków.


W naTemat od zawsze staramy się przybliżać wam zagraniczne realia. Pokazujemy jak wygląda lokalne życie i jak zaplanować własną podróż. Odwiedzamy miejsce egzotyczne i zwracamy uwagę na tamtejsze problemy, jak ostatnio w Wenezueli. Teraz padło na Jamajkę.


Jamajka jest atrakcyjna podróżniczo przede wszystkim dlatego, że niemal przez cały rok mamy tam zagwarantowaną pogodę. Główny i najpewniejszy sezon jest od grudnia do kwietnia, ale w innych miesiącach też jest upalnie i słonecznie. Trzeba jedynie liczyć się z nagłymi, ale na szczęście krótkotrwałymi burzami lub opadami.
W teorii sezon huraganowy trwa od sierpnia do listopada, ale Jamajka nie odczuwa ich tak mocno jak inne kraje, więc po prostu trzeba liczyć się szybkim prysznicem z nieba. Dla pewności można zgłosić swoją podróż do systemu MSZ "Odyseusz", który będzie na bieżąco informował nas o ewentualnych zagrożeniach.


Najdroższą częścią podróży będzie naturalnie bilet do tego tropikalnego kraju. Najlepiej lecieć nie do stolicy Kingston, gdzie swoją drogą ze względu na gangi nie jest bezpiecznie, ale do leżącego na wybrzeżu Montego Bay. Bilety na trasie Warszawa-Montego Bay można trafić już za ok. trzy tysiące złotych. Najatrakcyjniejsze połączanie są z Polski przez Kanadę z długą przesiadką (nawet 20 godzin).

Ta długa przesiadka to wbrew pozorom dobra wiadomość, bo niejako "w gratisie" daje możliwość zobaczenia Kanady. A dokładnie samego Toronto i oddalonego o 1,5 godziny drogi od lotniska legendarnego wodospadu Niagara – jednego z cudów świata. Wynajmując auto czasu na pewno wystarczy na jedno i drugie.
Ta Kanada nie jest tutaj przypadkowo, bowiem to właśnie Kanadyjczycy są obok Amerykanów najczęstszymi gośćmi na Jamajce. To tam żadna odległość – z Toronto leci się cztery godziny, a z południa USA niecałe dwie. Rzut beretem. A i finansowo to dla nich żaden koszt.

– Przyjeżdżam tutaj od kilku lat. Wracam co trzy-cztery miesiące na kilka-kilkanaście dni – mówi amerykański emeryt, który zagaduje już pierwszego dnia. Generalnie to jedno z najczęstszych pytań, które na miejscu zadają turyści z Ameryki Północnej: "pierwszy raz na Jamajce?". Dla nich Karaiby to jeden z najczęstszych wakacyjnych kierunków. Pominę milczeniem fakt, że mało który polski emeryt byłby w stanie sobie na coś takiego pozwolić.

– W grudniu, gdy u Amerykanów robi się zimniej, widać wyraźne ożywienie. Do lutego-marca jest ich najwięcej, uciekają przed swoją zimą – mówi Everton Brown, lokalny przewodnik z 18-letnim doświadczeniem w branży turystycznej.
Everton jest charakterystyczny. Ma złoty sygnet, złote nakładki na zęby i okulary wysadzane złotymi kamieniami. Przynajmniej na takie wyglądają. Od sześciu lat prowadzi swój własny biznes turystyczny – obwozi gości z całego świata po najpopularniejszych atrakcjach na Jamajce. Wcześniej pracował tak samo, ale w czyjejś firmie.

Część klientów znajduje go sama w internecie, ale o większość trzeba zawalczyć – na plaży. Dlatego też Everton – podobnie jak i jego koledzy po fachu – od rana zaczyna rundę po plaży. Chodzi, zaczepia, zagaduje. Większość spuszcza go na drzewo, ale co jakiś czas zaczepi kogoś na dłużej, kto się zainteresuje i wycieczkę wykupi.
Generalnie "zaczepiacze" na plaży to jedno z najpopularniejszych zajęć. Niektórzy szukają klientów na wycieczki, inni sprzedają owoce, kanapki lub homary, a jeszcze inni kapelusze. Są też grajkowie lub handlarze marihuaną. Wszyscy walczą o uwagę turystów i starają się unikać hotelowych ochroniarzy, którzy ich co chwilę przeganiają.

W turystycznych rejonach są hotelowi ochroniarze, wspomniani handlarze wszystkiego i policjanci. Niby po różnych stronach, ale wszyscy się znają i żyją w symbiozie – ochroniarz przegania handlarza, żeby za chwilę rozmawiać w trójkę z nim i policjantem, zajadając się jego owocami.
A jak to jest z tą marihuaną na Jamajce? Nie tak jak mogłoby się wydawać, bowiem ta została zalegalizowana tam dopiero w 2015 roku. Od tego momentu legalnie można posiadać dwie uncje (ok. 56 gramów) na własny użytek. Nikt jednak nie zajmuje się ściganiem detalistów. A tych jest tam cała masa.

Nie ma żadnego problemu z kupnem marihuany w jakiejkolwiek postaci. Nie są ta sklepiki, ale raczej samotni handlarze, którzy zaczepiają na plaży. Jest ich naprawdę dużo. Jeśli mówisz, że nie palisz, przygotuj się na jedną z dwóch reakcji: śmiech lub niedowierzanie. To i tak nie przeszkodzi, żeby za chwilę wrócili z „magicznymi” ciasteczkami.
Sprzedaje się ją głównie na sztuki, choć z niektórymi można dogadać się na... właściwie każde ilości. Jeden blancik = 10 dolarów, ale – jak mówił ochroniarz w hotelu – powiedz takiemu handlarzowi ile pieniędzy masz i na pewno się dogadacie. Mają każde ilości o każdym smaku i w każdej formie. Istnym rekordzistą był jegomość ze zdjęcia na początku tekstu.

Niektórzy są tam tak zjarani i leniwi, że krzyczą do ciebie, żebyś sam do nich podszedł na leżak i kupił to, co akurat mają. Po kilku dniach zna się ich wszystkich i rozpoznaje nawet po głosie i tekstach, którymi zagadują do turystów.
Jeśli nie palisz, spróbują wcisnąć ci tandetne bransoletki. Niby „take it for free”, ale potem dawaj w zamian 5-10 dolków. Generalnie jako turysta możesz poczuć się tam jako idiota i frajer do zrobienia w konia (w sumie jak wszędzie), który jedyne o czym marzy to obwieszenie się bransoletkami, udawania rasta i palenie marihuany.
Wbrew pozorom nie jarają wszyscy dookoła, ale charakterystyczny zapach jest obecny naprawdę ciągle. Wsiadając do taksówki na lotnisku, ze środka buchnęło tak bardzo, że aż dziwne, że kierowca widział drogę i dowiózł wszystko w jednym kawałku.

Jeżdżenie tam to w ogóle dyskusyjna kwestia. I wcale nie chodzi o to, że ruch jest lewostronny. – Teraz będzie autostrada, więc już spokojnie – powiedział kierowca po czym przez 1,5 godziny jechaliśmy czymś, co u nas jest średniej jakości jednopasmówką gdzieś pośrodku niczego. Ten sam kierowca przewiózł nas przez pół wyspy z zepsutym prędkościomierzem i wszystkimi innymi wskaźnikami. Tankował "na oko" po 10 dolarów.
Stacje to też ciekawa sprawa, sporo z nich wygląda jak z typowego horroru, choć są też takie "normalne". Pewnie dlatego podczas tankowania w ogóle z auta się nie wychodzi, tylko podaje banknot przez okno i mniej lub bardziej miła Pani tankuje auto. Paragonów przy tego typu tankowaniach nie widziałem. Jak mówi przewodnik, rocznie ginie ok. 60 osób na drodze, w dużej mierze to motocykliści (nie trafiłem na ani jednego w kasku).

Transport miejski niby jest, ale realnie turyści poruszają się tam minibusikami z wynajętym kierowcą. Tak jest i szybciej, i bezpieczniej. Co kilkadziesiąt kilometrów są poustawiane blokady na drodze i rutynowe kontrole, na których czeka policja i wojsko z długą bronią. Tak po prostu. Czasem widać też jeepy załadowane żołnierzami, którzy gdzieś jadą. Najpewniej do stolicy – Kingston, gdzie już tak rajsko nie jest. Sporo gangsterki z prawdziwego zdarzenia.
Przejazd przez Jamajkę to ciężki szok i przykład tego, jak różne są definicje normalności. Życie toczy się przy drodze: "sklepiki" (budy), serwisy samochodowe czy myjnie. Tych ostatnich jest zaskakująco sporo. Trochę takie nasze myjnie samoobsługowe, z tym że tam stoi kilka słupów, blacha na dachu i kilka wiader. W ogródkach czy na placach jest multum wraków i zepsutych/rozbitych samochodów.

Podczas 3-godzinnej przejażdżki w głąb Jamajki, domy, które choć trochę przypominają domy akceptowalne w naszej rzeczywistości, mogłem policzyć na palcach dwóch rąk. Oczywiście są i bogatsze dzielnice/budowle czy większe miasta, ale to rzadkość. Generalnie bardzo przygnębiający widok, który na długo zostaje w głowie.
Jest biednie, bardzo. Można odnieść wrażenie, że palą tam nie dlatego, że są tacy wyluzowani, ale dlatego, żeby być w stanie to znieść. Ten świat jest oddalony zaledwie kilkaset metrów od hoteli przy plażach.

Najpopularniejsza jest ta o nazwie Seven Mile Beach w Negril – to totalnie rajska plaża, która nierzadko pojawia się rankingach na najlepsze plaże świata. Niestety kilka kroków w drugą stronę od hotelu jest smutna rzeczywistość.
Najbliższy sklepik to buda "u Majka', półki trochę jak u nas w PRL-u. Pan patrzy na wybrane produkty i cenę rzuca"na oko”. Nie miał wydać? Żaden problem. – Daj 5$, 3$ doniesz innym razem – mówi. Jak doniosłem, to nawet nie pamiętał o co chodzi.

Na Jamajce nie jest tanio. To jeden z największych powodów do narzekania przez Jamajczyków. A jak to wygląda z punktu widzenia zagranicznych gości? Dla najliczniejszych Amerykanów czy Kanadyjczyków koszta są atrakcyjne. Oczywiście jeśli mówimy o tych "normalnych" wydatkach i miejscach, bez ultraluksusowych skrajności.

A jak to wygląda dla Polaków? Śniadanie dla dwóch osób to wydatek ok. 20$. Obiad w restauracji z napojami 30-50$, napój w sklepie 1-2$, piwo 3$, drink 5-6$. Atrakcje turystyczne? Snorkeling 30-35$, rejs katamaranem ze snorkelingiem, napojami, obiadem i skokami z klifu w Rick'c Cafe 70$, wyjazd do wodospadów YS Falls 90$, bliższe wycieczki 30-50$.
Średnie zarobki to "ponad sto dolarów" na dwa tygodnie. Tak przynajmniej twierdził nasz przewodnik Everton, który sam – patrząc na jego wygląd i cennik – musi wyciągać zdecydowanie więcej. Generalnie amerykańskimi dolarami można zapłacić tam wszędzie. W turystycznej okolicy nie było też Jamajczyka, który nie mówiłby po angielsku.

– O, a tutaj jest szpital. Jeśli przyjdziesz i nie jest to nagłe zagrożenie życia, możesz poczekać nawet dwa dni na przyjęcie – mówi Everton, przejeżdżając przez jedną z mieścin. I tak jak szpitali nie ma dużo, to jest naprawdę sporo... kościołów. Ale to raczej zwykłe parterowe budynki, a nie świątynie jako takie, które znamy z Polski.
Co ciekawe, jeśli jest taka możliwość, większość Jamajczyków woli chować swoich bliskich u siebie w... ogródku. – To normalne i legalne, ceremonia wygląda standardowo z tym że grób jest pod domem. Dla tych, którzy nie mogą lub nie chcą sobie na to pozwolić, są zwykłe cmentarze – opowiada przewodnik.
Jamajka potrafi zaskoczyć widokami. To nie tylko plaże, ale sporo naprawdę gęsto porośniętych gór lub poukrywanych w środku wyspy wodospadów/parków z klimatem rodem z Bali. Po ulicach poza masą kóz czasami przebiegają mangusty. To takie większe gryzonie, które są sprowadzane z Afryki, żeby "zajmowały się" wężami. Jest egzotycznie nie tylko ze względu na widoki. Niemal do samego brzegu często podpływają płaszczki, które wyglądają dość przerażająco.
Jamajczycy o Polsce raczej nie słyszeli, a i nie ma tam dużo turystów z naszego kraju. Rozmowy nie otwierał ani Lech Wałęsa, ani Robert Lewandowski. Dopiero Jan Paweł II sprawiał, że coś zaczynali kojarzyć. Do tej pory pamiętam szczerze rozczarowanie na twarzy jednego upalonego jegomościa, który z dumą krzyczał "alles klar, alles gut?!", a potem usłyszał, że my "not from Germany”.

Ale tak naprawdę na Jamajce najważniejszy zwrot jest tylko jeden. To tamtejsze "ya man" / "yeah mon", które jest używane przez wszystkich niemal ciągle. To takie lokalne "żaden problem, spoko luzik". Brzmi mega klimatycznie i słyszy się to naprawdę wszędzie.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...