
Kiedyś były filmy porno, dziś są amatorskie pokazy na żywo za pieniądze. Żony, matki, kochanki, siostry, pary, małżeństwa zarabiają w internecie na pokazywaniu swojej intymności. O tym, czy to normalne, jak daleko od tego do prostytucji oraz do czego to prowadzi – rozmawiamy z dr Mirosławem Pęczakiem, kulturoznawcą z Uniwersytetu Warszawskiego.
REKLAMA
O tym, jak się robi amatorski porno-biznes, pisaliśmy tutaj. W tamtym tekście przedstawiamy to zjawisko od strony pokazujących, którzy nie widzą w swoim zachowaniu nic złego. Wręcz przeciwnie – cieszą się, że tak łatwo mogą zarobić. O tym, skąd to wynika i do czego prowadzi, rozmawiamy zaś z dr. Mirosławem Pęczakiem z UW.
naTemat: Zwykli ludzie, pokazujący za pieniądze swoje ciało w sieci i traktujący to jak biznes – to wytwór internetu? Czy może internet po prostu dał upust jakiejś pierwotnej seks-przedsiębiorczości?
Dr Mirosław Pęczak: Patrząc na to z perspektywy biznesu, jest to zjawisko wytworzone przez internet. Bierze się stąd, że w sieci mamy pozór intymności – większość użytkowników tego typu ma wrażenie, że zostaje anonimowa.
Jesteśmy skazani na upowszechnianie się takiej formy – wszystko do zobaczenia, na żywo, za jedyne 5,99 zł? To proces nieuchronny?
Internet to mutacja kultury audiowizualnej, w której stopniowo przełamywano, od początku istnienia filmu, rozmaite tematy tabu. Tak powstały różne nisze i, między
innymi, potężny przemysł pornograficzny. Internet wchłonął to wszystko: te nisze, dał możliwość upustu najdziwniejszych potrzeb, przejął też pornografię. Ale przy tym dodał coś nowego: interaktywność.
Fakt, że można kogoś nakłonić do zrobienia czegoś, szczególnie w kontekście erotycznym, ma bardzo duże znaczenie. Do tego dochodzi możliwość zarabiania na tym.
Widać tutaj, że jesteśmy na początku drogi, która nie wiemy dokąd prowadzi. Reklama stopniowo przenosi się do internetu, tak samo jest z usługami, również erotycznymi. A fakt, że to, co oglądamy, dzieje się na żywo, jest dodatkowo bardziej ekscytujący. Może dane nam będzie oglądać czyjąś śmierć za pieniądze – nie daj boże, oczywiście, ale kto wie, do czego dojdziemy.
A czerpanie z tego pieniędzy tylko umacnia to zjawisko.
Skoro mamy kryzys, to ludzie korzystają z takich okazji. To tak samo jak swojego czasu z reality show: ludzie nie chcieli się tam spełniać aktorsko w romantycznych rolach, tylko doraźnie zarobić. W omawianym przez nas przypadku jest podobnie.
Różnica jest jednak w odbiorze, bo internet daje poczucie indywidualnego odbioru, że to coś jest tylko dla nas. Telewizja kojarzy się bardziej z odbiorem zbiorowym. Nie ma w niej właśnie tego poczucia pozornej intymności.
Czytaj też: Przemoc i makabryczne treści w siec. Medioznawca: Fascynacje złem i brzydotą zawsze były silne w człowieku
Czy ludzie, którzy rozbierają się w sieci przed innymi, to "potencjalne prostytutki"? To znaczy – czy w innych okolicznościach, na przykład, oddawaliby się za pieniądze? Można w ogóle porównywać jedno z drugim? Dziewczyna, z którą rozmawiałem, twierdzi, że "przecież nic nie robi z mężczyznami".
Z granicą między jednym, a drugim, jest jak z całym przemysłem porno. Niektóre aktorki zgadzają się tylko na rozbieranie, ale być może, za jakiś czas, zgodzą się również na akt seksualny. Tak jest w zasadzie z każdą granicą, chociażby marihuaną –
Trzeba pamiętać, że ta dziewczyna niby ma komfort, że się tylko pokazuje, ale robi to za pieniądze, które zarabia na upuście jakichś emocji erotycznych. Pod tym względem to podobne do prostytucji.
niektórzy sięgają po coś więcej, inni zatrzymują się tylko na niej.
Tak jak ta dziewczyna tłumaczą się też tancerki w klubach go-go. I niektóre z nich świadczą inne usługi, a niektóre ograniczają się do tańczenia. Przy czym trzeba pamiętać, że ta dziewczyna niby ma komfort, że się tylko pokazuje, ale robi to za pieniądze, które zarabia na upuście jakichś emocji erotycznych. Pod tym względem to podobne do prostytucji.
Rozwój takiego "biznesu" wpłynie na życie seksualne ludzi? To znaczy – czy fakt, że w domu, za 5 złotych i bez ruszania się z fotela, można mieć "prawie" seks, nie spowoduje, że ludzie zaczną się bardziej alienować, zaniedbywać tę sferę życia?
Tutaj, wśród użytkowników sieci, zachodzi zaskakująca korelacja – badania dowodzą, że osoby aktywne w internecie są również aktywne poza nim. Ten stereotyp pryszczatego grubasa to minimalna część internautów.
Zobacz też: Wielka ściema w sieci – większość opinii, komentarzy i recenzji w internecie to dzieło marketingowców
Powinniśmy się martwić tym, że na pozór normalne osoby tak lekko traktują swoją cielesność, intymność? Czy czas się przyzwyczaić?
One to traktują jako pracę. To znak tych czasów. Można nad tym ubolewać, ale ta granica przyzwolenia jest coraz mniej widoczna.
Bardziej istotne jest jednak, że pod tym względem zmieniają się też sami Polacy. Choć obecnie jesteśmy na etapie hipokryzji. Bo jeśli spytać kogoś na ulicy, co sądzi o takim zachowaniu, to pewnie je potępi, a w duchu budzi to w nim niezdrowe zainteresowanie. Dotyczy to szczególnie ludzi młodych. A powstanie takiego biznesu to po prostu znak zmiany kulturowej. Jedna z form korzystania z internetu.

