
Zewsząd słychać, że testom w kierunku zakażenia koronawirusem poddawanych jest zdecydowanie zbyt mało Polaków Jedni obwiniają o to władze PiS, inni zapracowanych lekarzy i zakorkowane laboratoria. Jednak sami medycy zwracają uwagę na postawę pacjentów. A ta bardzo się zmieniła od początku pandemii...
Mamy 25 listopada A.D. 2020. Ministerstwo Zdrowia poinformowało właśnie o 15 362 nowych zakażeniach koronawirusem. Kolejni eksperci grzmią, że kluczem do opanowania niepokojącej sytuacji jest masowe poddawanie społeczeństwa testom.
Dlaczego ta kwestia wciąż pozostawia naprawdę wiele do życzenia? Tutaj zaczyna się wskazywanie palcem winnych, ci z kolei szukają wymówek i starają się usprawiedliwiać. Politycy (jak to oni) umywają ręce, zrzucając winę na branżę medyczną. Czytaj także: Ważna zmiana w raportach o koronawirusie. Nie będzie szans, by zweryfikować rządowe dane
Oczywiście chodzi głównie o medyków odpowiadających za kierowanie pacjentów na testy (czyli lekarzy Podstawowej Opieki Zdrowotnej oraz, od niedawna, zatrudnionych w Nocnej i Świątecznej Opiece Zdrowotnej oraz zajmujących się opieką paliatywną i hospicyjną). Lekarze z kolei zwracają uwagę na temat wielkiej niewydolności systemu zdrowotnego, za którą odpowiadają przecież rządzący.

Jednak w tej burzliwej debacie pojawił się bardzo intrygujący wątek, który poruszyło właśnie Porozumienie Zielonogórskie, czyli największa polska organizacja pracodawców ochrony zdrowia, skupiająca 13 tysięcy lekarzy z 15 województw, sprawujących opiekę nad 12 milionami pacjentów.
Zamieściła na swojej stronie pismo (jego pełną treść znajdziesz tutaj) skierowane do nas, obywateli. Można w nim przeczytać:
"Lekarze rodzinni Federacji Porozumienia Zielonogórskiego apelują do pacjentów, by nie rezygnowali z kontaktu z lekarzem w razie objawów infekcji, a także wykonywali zlecone testy na koronawirusa. Z doświadczeń lekarzy zrzeszonych w Federacji w całym kraju wynika, że coraz więcej osób unika wykonania testu (...)"
– To bardzo niepokojąca tendencja, którą obserwujemy od paru tygodni. Coraz więcej Polaków, mówiąc kolokwialnie, chodzi i "sieje" pomimo niepokojących objawów. Robią zakupy, czy też, nie daj Boże, chodzą do pracy, stanowiąc bardzo poważne zagrożenie dla innych. Podczas teleporad medycznych słyszę: "panie doktorze, bez przesady, nie jest aż tak źle. Trochę pokaszlę, ale wreszcie mi przejdzie. No i uniknę całego tego zamieszania z kwarantanną, odwiedzinami policji i różnymi działaniami administracyjnymi" – mówi w rozmowie z naTemat Wojciech Pacholicki, wiceprezes Porozumienia.
Jak podkreśla, takie osoby wykazują się nie tylko brakiem odpowiedzialności za innych (czy to członków rodziny, znajomych, czy też społeczeństwo jako takie). Często nie uwzględniają również faktu, iż podobne zachowania mogą być śmiertelnie groźne dla nich samych.

– Nie biorą poprawki na to, że jeżeli u pacjenta nietestowanego nasilą się duszności i zajdzie konieczność hospitalizacji, to wówczas zaczną się wielkie schody – mówi Pacholicki.
O co chodzi? Cóż, w naszych realiach sprawy mają się następująco: jeżeli nie posiadamy pozytywnego wyniku testu, nie możemy liczyć na przyjazd "karetki covidowej".
Jednocześnie pod domem nie pojawi się również karetka zwykła, bo przecież... mamy objawy koronawirusa. Koło się zamyka. Lecz nawet gdy uda się wreszcie rozwiązać kwestie logistyczne i pacjent dotrze na SOR, najpierw będzie musiał zostać poddany odpowiedniemu testowi, a następnie czekać – nierzadko dwie doby – na wyniki. Dopiero wówczas będzie można rozpocząć właściwe leczenie.
– Praktykuję w jednym miejscu od ponad 20 lat, a więc znam doskonale swoich pacjentów i rozmawiam z nimi szczerze. Podkreślają, że oczywiście, rozumieją moje argumenty: czy wiedzą, że zachowując się nieodpowiedzialnie, narażają innych, zwłaszcza starszych członków rodziny? Tak. Czy mają świadomość faktu, iż w przypadku hospitalizacji osoba bez testu musi czekać znacznie dłużej na pomoc, co czasami może oznaczać granicę pomiędzy życiem a śmiercią? Oczywiście. A jednak coraz powszechniej odmawiają rekomendowanej diagnostyki – słyszę od Agaty Sławin, lekarza rodzinnego z Wrocławia.
Jak mówi, w ostatnim czasie zauważyła bardzo niepokojącą ewolucję zachowań pacjentów. O ile na początku pandemii wszyscy wręcz marzyli o "wymazywaniu się" i narzekali na zbyt słabą dostępność testów oraz fakt, iż lekarze mają ograniczone możliwości kierowania na takowe, dziś – gdy sytuacja uległa poprawie – nie chcą z nich korzystać.

– Od tygodnia, może dziesięciu dni, coraz częściej zdarzają się sytuacje, w których dzwoni pacjent, zaczynając od słów: "Pani doktor, mam gorączkę boli mnie gardło, ale od razu zastrzegam, że to nie COVID-19! Proszę mnie nigdzie nie kierować, bo ja zawsze tak choruję". Zaczynają się tłumaczenia, że to tylko przeziębienie, bo przecież mamy jesień, a dana osoba niedługo wcześniej grabiła liście albo myła okna – mówi Sławin, przechodząc do wyjaśnienia przyczyn tej kuriozalnej sytuacji.
Choć zaznacza, że nie chce usprawiedliwiać podobnych, bardzo nieodpowiedzialnych zachowań, to jednak stara się zrozumieć motywacje kierujące pacjentami. Czyli obawy dotyczące zbyt długiego "aresztu domowego".
Jak wygląda sytuacja we Wrocławiu? Po zrobieniu testu czeka nas siedem dni czekania na wynik, choć zdarzało się, że proces przeciągał się do dni dwunastu.
Dołóżmy do tego fakt, iż zgodnie z obowiązującymi procedurami nawet gdy dowiemy się, że jesteśmy "minusem", musimy przejść jeszcze dziesięć dni kwarantanny dodatkowej (w przypadku naszych domowników to tydzień). Jak tłumaczy doktor Sławin, zazwyczaj w tym czasie zniknęły już objawy koronawirusa – przecież większość z nas przechodzi infekcję w sposób łagodny lub średnio ciężki – tak więc wizja dalszego "aresztu" jest jeszcze bardziej przerażająca. Gdy człowiek czuje się zdrów, desperacko chce wrócić do normalności – "bo praca", "bo biznesy", "bo życie"!

Jej zdaniem usprawnienie procesu otrzymywania wyników polepszyłoby sytuację, sprawiając, że znaczna część pacjentów przestałaby wzbraniać się rękami i nogami przed ludźmi w dziwnych strojach ochronnych, wkładających im patyczki do jam nosowo-gardłowych i gardeł.
– Cóż, wykażę się nieco mniejszym zaufaniem do zdrowego rozsądku pacjentów. Przecież np. w Radomiu, gdzie praktykuję, wszystko odbywa się znacznie sprawniej: normą jest otrzymanie wyniku w czasie krótszym, niż 48 godzin. Pomimo tego tendencja jest identyczna, co we Wrocławiu. Ludzie boją się jakiejkolwiek izolacji, bo przecież to same kłopoty. Niestety, to kwestia wygodnictwa i braku odpowiedzialności – komentuje Wojciech Pacholicki, napomykając o kolejnej grupie naszych rodaków.
Chodzi tu o osoby, które, owszem, zgłaszają się do lekarzy, choć robią to zdecydowanie zbyt późno. Dzwonią, mówiąc: "dwa tygodnie temu chyba miałem covida". Jak dodaje wiceprezes Porozumienia Zielonogórskiego, biorąc pod uwagę obecną sytuację, w gruncie rzeczy nie wiadomo, co robić z takimi ludźmi.

No dobrze, a może jednak nie skupiać się wyłącznie na nieodpowiedzialnych zachowaniach coraz większej rzeszy rodaków i poszukać jakichś wątków optymistycznych?
– Spójrzmy na obecną sytuację: jeżeli na 40 tysięcy przeprowadzonych testów aż 25 tysięcy jest dodatnich, to czego dowiedzielibyśmy się, robiąc ich 100 tysięcy? Naprawdę trudno o optymizm, bo jeżeli porównać tę kwestię z innymi państwami europejskimi, okaże się, że jesteśmy na szarym końcu. Tak naprawdę nie wiemy, czy mamy do czynienia z realnym spadkiem ilości zachorowań, czy jedynie rozpoznań – mówi Wojciech Pacholicki.
Jak podkreśla, ma świadomość tego, iż testy masowe z wielu powodów są nierealne. Jednak zdecydowanie warto byłoby iść w stronę jak najpowszechniejszego "wymazywania" nie tylko pacjentów objawowych.
– Tak, aby zminimalizować ilość sytuacji następujących: w domu siedzi chory, zdiagnozowany pozytywnie tatuś, lecz mamusi i dzieci już nikt nie bada, no bo przecież nie mają objawów. A przecież tak naprawdę nie wiemy, co się z nimi dzieje i jak dużym zagrożeniem będą, wychodząc na zewnątrz, już po kwarantannie – kończy przedstawiciel Porozumienia.
Ja zaproponuję jeszcze jeden fragment apelu tej organizacji:
"Choć wydaje się to oczywiste, warto po raz kolejny podkreślić, że sam obowiązek kwarantanny czy izolacji nie jest karą ani niczyją fanaberią, a postępowaniem uzasadnionym względami epidemiologicznymi. Nawet gdy sam zakażony przechodzi chorobę łagodnie, może zarazić kogoś, dla kogo oznaczać ona będzie śmierć. 10 dni izolacji kontra ludzkie życie – to nie jest dylemat, podlegający dyskusji".
