Branża beauty także otwiera się mimo decyzji rządu o wstrzymaniu ich działalności z powodu epidemii.
Branża beauty także otwiera się mimo decyzji rządu o wstrzymaniu ich działalności z powodu epidemii. Fot. archiwum prywatne

Są tacy, którzy zgodnie z decyzją rządu zamknęli się i czekają. Niektórzy mówią, że otworzą się, jeśli za dwa tygodnie nic się nie zmieni, ale część osób straciła już cierpliwość. – Stwierdziłam, że nie będę ukradkiem chodzić po klientach, bo to jest straszne – mówi w rozmowie z nami Iwona Kowalska, właścicielka jednego z salonów fryzjerskich w Bydgoszczy.

REKLAMA
Nie boi się pani?
Nie. Nie boję się, nie podchodzę do tego ze strachem. Co prawda zamykam salon na klucz, ale nie dlatego, żeby uniknąć policji. Robię tak od kilku miesięcy ze względu na epidemię. Chodzi o to, żeby nikt nie kręcił się w środku. Wpuszczamy tylko osoby umówione na konkretny termin.
To nie jest strach przed policją. Myślę, że każdy normalny człowiek rozumie nasze położenie. Zostanie bez pieniędzy dwa tygodnie przed świętami, to trochę kiepska sytuacja. Każdy chce żyć godnie, a nie wszyscy mogą pracować gdzieś indziej.
Nie jesteśmy w stanie tak funkcjonować, że z dnia na dzień nas zamykają i mówią: kiedyś może wam damy pieniądze, a może nie damy.
Od miesięcy głośno jest o gastronomii, restauratorach, którzy się otwierają mimo ciągłych kontroli. Rozumiem, że nie jest pani wyjątkiem, tylko że branża beauty dołącza do takiego działania?
Salony się otwierają. Nieoficjalnie dużo osób działa. Nie każdy się do tego przyzna, bo są obawy, że jak zrobi się głośno, to zaczną się kontrole i posypią się kary. Ludzie się boją, ale właściwie nie wiem czemu. Jeśli nie będziemy nic robić, to i tak niczego nie zyskamy i będziemy tak ciągnąć jeszcze długo.
Zamykanie kogoś na dwa tygodnie nie ma większego sensu. To jest moje zdanie i nie tylko moje. W Bytomiu są otwarte cztery knajpy i nie zauważyłam, żeby były u nich jakieś kontrole, żeby nakładano na właścicieli mandaty. Cały czas normalnie funkcjonują, co oznacza, że działanie Strajku Przedsiębiorców, i to, że się buntujemy, nam pomaga. Coś jednak da się coś załatwić.
Nie wydaje mi się, że ludzie, którzy dostawaliby codziennie po 30 tys. kary z sanepidu lub z policji, pracowaliby dalej. Trwają w swoim postanowieniu. Myślę, że gdyby więcej osób oficjalnie mówiło o tym, że pracuje, a nie pracowało po cichu, to byłoby lepiej.
Nie myślała pani, żeby na wszelki wypadek działać w "podziemiu"? Dużo się o tym mówiło podczas pierwszego zamknięcia.
Mój salon przy pierwszym lockdownie faktycznie był zamknięty. Jedynym wsparciem, które mogłam dać klientom, było odsprzedawanie im farb, których używaliśmy u mnie. Dzięki temu nie przychodzili później z bóg wie czym na głowie i nie trzeba było tego ratować.
Wtedy każdy się bał, ale teraz jest inaczej. To jest bardzo ciężki temat, który nie daje wszystkim spokoju. Faktycznie jest to sytuacja patowa i to nie tylko dla naszej branży.
Kiedy nastąpiło pierwsze zamknięcie, byliśmy bardziej do tego przygotowani. Od razu pojawiły się zapewnienia, że będziemy dostawać pieniądze, aby przetrwać lockdown. Teraz niestety takiej zapowiedzi nie było.
Nie chcę pracować w podziemiu, bo uważam, że mamy prawo pracować normalnie. Nawet wyroki sądowe, które są wydawane, mówią jasno, że możemy działać. Od roku czekamy na ogłoszenie stanu wyjątkowego, który by nas zablokował, ale wiemy, że tak się nie stanie, dlatego bezprawnym jest zamykanie wszystkiego, co się da i nie dawanie ludziom szansy na zarabianie i normalne funkcjonowanie.
Stwierdziłam, że nie będę ukradkiem chodzić po klientach, bo to jest straszne. Nie lubię, gdy ludzie głośno krzyczą, że czegoś nie chcą, że na coś się nie zgadzają, ale jednocześnie siedzą jak myszki pod miotłami i spotykają się z klientkami w ich domach.
Uważam, że jeśli się nie otworzymy oficjalnie i nie będziemy się z tym afiszować, to jeszcze długo nie wrócimy do normalnego życia, którego wszystkim brakuje.
Zamknięcie biznesu na dwa tygodnie wiąże się z tym, że kiedy po tym czasie nas otworzą, nic nam nie dadzą, czyli jesteśmy na stracie przed samymi świętami. Z drugiej strony każdy zdaje sobie sprawę, że raczej na dwóch tygodniach się nie skończy.
Na tę chwilę nie słyszmy o żadnych planach rządu, których celem byłoby wsparcie naszych biznesów, żadnych propozycji, które sprawiłyby, że firmy nie upadną. Aczkolwiek wiem, że branża beauty bardzo o to walczy. Jestem cały czas na bieżąco, sprawdzam informacje. Mocno się wspieramy.
Stwierdziłam, że jeśli rząd nie podejmie kroków, żeby nam pomóc, to ja nie przestanę pracować. Też mam dom, rodzinę, dzieci, też chcę, żeby mogły mieć one prawdziwe święta.
Poza tym nie czarujmy się, jeśli zamykamy się na tydzień przed świętami – w czwartek po południu dowiadujemy się, że od soboty nie pracujemy – to nie jesteśmy w stanie w jednym dniu zamknąć wszystkich klientów.
Po otwarciu fryzjerzy często anulują te wizyty, które przepadły, bo mają duże obłożenie. Ja jestem osobą, która tak nie potrafi i w pierwszej kolejności biorę pod uwagę właśnie osoby, którym przepadły wizyty, ale nie jestem w stanie tego nadrobić.
Dlatego zostałam w pracy. Jestem sama, nie mam pracowników, więc zagrożenie zakażeniem też jest dużo mniejsze. Na razie się tego trzymam, zobaczymy, jak długo dam radę, bo przyznam, że fizycznie też trochę zaczynam mieć dosyć.
Czyli klienci są?
Jest dużo pracy. Już pod koniec lutego miałam zapisy do połowy kwietnia, biorąc pod uwagę fakt, że dalej mamy obostrzenia, które regulują naszą pracę z klientami. Tych obostrzeń się trzymam, więc mogę przyjąć mniej chętnych.
Nie zmienia to faktu, że kiedy nas znowu zamknęli, kilka osób zrezygnowało z wizyty. Jest to normalne i każdy, kto ma otwarty salon, liczy się z tym. Dużo osób boi się kontroli, tego, że przyjdzie policja, że będzie nas spisywać. Ludzie nie chcą brać w tym udziału i to rozumiem, nie mam z tym problemu.
W takiej sytuacji nie wpisuję nikogo na ten termin i robię sobie trochę wolnego w tym gorącym czasie. Natomiast ludzie, którzy nie byli zapisani, całkiem mi obcy, dzwonią codziennie i pytają, czy ich upchnę, dlatego że jest rozgłos, że mój salon jest czynny.
Chyba byłam pierwszą osobą, która wrzuciła na profil Strajku Przedsiębiorców plakat, z którego wynikało, że nie zamknęłam salonu. Kiedy zerknęłam dziś na statystyki, to powiem szczerze, byłam pod wrażeniem. W ciągu trzech dni 5 tys. osób polajkowało ten post, 1,5 tys. go udostępniło i mam tam chyba ponad 400 komentarzy. Ludzie się wspierają.
Super jest to, że inni poszli za tym przykładem i na tę chwilę nie dają się rządowi. Próbują walczyć z tym bezprawiem.
Ale nie neguje pani istnienia wirusa?
Jestem świadoma tego, że nie jest to wymyślona historia. W naszej branży jest tak, że dużo rozmawiamy z klientami, dlatego po części również z tego powodu zdaję sobie sprawę, jaka jest skala zachorowań. Znam przypadki osób, które chorują, chorowały, ale też takich, które umarły. Tego jest bardzo dużo.
Jednak do sklepów też chodzimy i istnieje ryzyko, że tam też się zarazimy. Wszyscy wiedzą, że u fryzjera, u kosmetyczki, są zachowane najwyższe standardy bezpieczeństwa, dlatego, że przy otwieraniu tych salonów sanepid bardzo tego pilnuje. Są procedury, kontrole... Nie rozumiem wykluczenia naszej branży.
Ta zeszłoroczna pomoc rzeczywiście była wsparciem?
Jeśli chodzi o mnie, to tak. Wstrzymano składki ZUS, było postojowe, otrzymałam dotację. Prowadzę jednoosobową działalność, dlatego to, co dostałam od rządu, pozwoliło mi przetrwać.
Są jednak salony, które mają pracowników, i tu pomoc nie była już wystarczająca. Niektórzy płacą po kilka tysięcy złotych za wynajem lokalu, dlatego to, co wtedy dostali, nie starczyło nawet na opłaty. Pokrywali je z postojowego, więc tak naprawdę na siebie, na życie, na wypłaty nie mieli nic.
Niektórzy płacili pracownikom ze swoich pieniędzy, bo nie załapali się na tarcze. Część osób, która otworzyła salony chwilę przed lockdownem nie dostała żadnej pomocy i to jest bardzo przykre. Wszystkie swoje oszczędności wyłożyli na to, żeby otworzyć swoje działalności i nagle nie dostają nic. To jest chyba największy problem.
Jest chyba jeszcze ciągły stres?
Jest ciągła niepewność. Nie wiemy, czy będziemy mogli jutro pracować, czy nie. Spadki obrotów odnotował chyba każdy. Mimo tego, że pracujemy dobrze, staramy się zapewnić bezpieczeństwo, to ludzie są przestraszeni, chcą się zaszczepić, czekają.
Jestem też matką, więc poza pracą jest jeszcze opieka nad dziećmi, które od roku siedzą w domu. Trzeba pilnować ich nauki online, wypełniać wiele zadań, pamiętać o szeregu obostrzeń, które uniemożliwiają nam normalne funkcjonowanie. To na pewno odbija się na zdrowiu psychicznym niejednej i niejednego z nas.
Każdy jest zmęczony sytuacją, strachem, niepokojem. Nie wiadomo, co będzie jutro, a choroba nie znika. Dalej z nią żyjemy. Media codziennie informują o zakażonych, o zgonach... Jesteśmy bombardowani tym z każdej strony.
Trudno jest czerpać z czegoś radość, ale dla mnie tą radością jest właśnie praca. Dlatego nie chciałabym, żeby ktoś mi ją odebrał, dlatego jestem tam, gdzie jestem i robię to, co robię.