Z kobieta, która twierdziła, że zgubiła 450 tys. zł. w autobusie we Wrocławiu rozmawiały prawie wszystkie najważniejsze media
Z kobieta, która twierdziła, że zgubiła 450 tys. zł. w autobusie we Wrocławiu rozmawiały prawie wszystkie najważniejsze media Fot. TVN24.pl

Mieszkanka Wrocławia, która twierdziła, że zgubiła w autobusie 450 tys. zł, nigdy ich przy sobie nie miała, co potwierdza monitoring z pojazdu, w którym miała je zostawić. Dlaczego media pozwoliły jej oszukiwać wszystkich, którzy chcieli jej pomóc i okazywali współczucie? - Wiem, że dziś nikt nam już w podobną informację nie uwierzy - mówi wrocławski dziennikarz.

REKLAMA
Wszystko miało zacząć się pod koniec ubiegłego tygodnia, gdy pewna mieszkanka Wrocławia, jadąc autobusem linii 146 z ul. Świeradowskiej na ul. Peronową, zgubiła torbę z 450 tys. zł w środku. Kobieta miała wieźć prawie pół miliona złotych w gotówce komunikacją miejską właśnie po to, by jak najszybciej wpłacić je w banku na konto. Twierdziła, że warty fortunę bagaż postawiła koło nóg i wysiadając całkowicie o nim zapomniała.
Zawiadomiła o tym MPK i policję, ale tak naprawdę cała ta historia na dobre rozpoczęła się dopiero w poniedziałek, gdy wrocławianka przyszła do regionalnej redakcji radia ESKA i poprosiła o umożliwienie nadania jej ogłoszenia. - Przyszła do nas w poniedziałek przedpołudniem, z prośbą byśmy pomogli jej, bo zgubiła torbę w autobusie i potrzebuje to ogłosić. Zapytałem więc, co było w tej torbie. I wtedy powiedziała, że zgubiła 450 tys. zł i w jej oczach natychmiast pojawiły się łzy - mówi naTemat Piotr Bukowski z Radia ESKA.
"Była bardzo przekonująca"
Wówczas w jego redakcji od razu uznano, że to poważna sprawa i należy jej pomóc. Dziennikarze mieli wątpliwości, dlaczego wiozła prawie pół miliona złotych autobusem, ale była podobno tak przekonująca i tak szczegółowo wszystko opisywała, że trudno było jej nie uwierzyć. - Zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. To była pani po 50-tce, zupełnie nie sprawiająca wrażenia osoby z problemami psychicznymi. Cały czas zastanawialiśmy się jednak, kto wozi taką kwotę autobusem, a nie chociażby taksówką - relacjonuje Bukowski.
Piotr Bukowski
Radio ESKA

Już we wtorek pojawiło się to więc w niemal wszystkich wrocławskich mediach. Wszyscy w materiałach zastanawiali się, jak to możliwe, że jechała z tymi pieniędzmi autobusem, ale jednocześnie bardzo jej współczuli.

Szybko sprawą zajęły się jednak także inne media, a policjanci z wrocławskiej komendy potwierdzili, że otrzymali takie zgłoszenie i starają się pieniądze odnaleźć. Kobiecie zwrócenie się do mediów mieli zresztą doradzić sami funkcjonariusze, którzy dobrze wiedzą, że w takich sytuacjach nagłośnienie sprawy pomaga w jej szybkim i pozytywnym zakończeniu.
- Już we wtorek informacje pojawiły się w niemal wszystkich wrocławskich mediach. Wszyscy w materiałach zastanawiali się, jak to możliwe, że jechała z tymi pieniędzmi autobusem, ale jednocześnie bardzo jej współczuli. Bo jeśli ta kobieta przychodzi do nas i mówi, że to był dorobek jej życia... To wygląda, jakby stał się dramat. Szybko zwróciliśmy jednak uwagę, że bardzo powściągliwa była zarówno policja, jak i MPK - wspomina dziennikarz.
Potrzebowała takiej sumy
Sprawa zaginionych we Wrocławiu 450 tys. zł jeszcze ciekawsza zrobiła się jednak w środę, gdy kobieta zadzwoniła do ESKI twierdząc, że zainteresowanie mediów musiało pomóc i jest szansa, że policja jej pieniądze wkrótce odnajdzie. - Powiedziała, iż dzwonili do niej z komendy, że w tym autobusie był monitoring i funkcjonariusze są na tropie osoby, która zabrała torbę. Skontaktowaliśmy się jednak z policją, by sprawdzić, czy ujawniając to, nie przeszkodzimy w śledztwie. I okazało się, że oni wciąż nic nowego nie wiedzą. A dziś rano poinformowali, że monitoring rzeczywiście był, ale reszta historii to już nieprawda - tłumaczy Bukowski.
Z informacji napływających z Wrocławia wynika, że kobieta już przyznała, iż wszystko zmyśliła. Dlaczego? Podobno taka kwota była jej potrzebna i przed swoimi wierzycielami chciała udawać, że ją zgubiła. Piotr Bukowski podejrzewa, że zdesperowana postanowiła wziąć przykład z absolwentów uczelni, którzy chcąc zatrzymać legitymację studencką jeszcze na kilka miesięcy twierdzą, że ta im zaginęła. Wówczas muszą to potwierdzić dając ogłoszenie w prasie. - Może ona próbowała zrobić coś podobnego. Gdy do nas przyszła, chciał bowiem tylko po zgłosić, że zaginęła jej torba - podkreśla dziennikarz.
Barbara Stawarz
psycholog

Jeśli ona rzeczywiście szybko potrzebowała takiej sumy, to nie dziwię się, że miała różne pomysły. Byś może ta kobieta jest jednak zaburzona psychicznie.

Problemy finansowe potrafią skłonić do desperacji
Co innego dać fałszywe ogłoszenie o zgubieniu legitymacji, a co innego oszukać media w całym kraju i uruchomić potężną machinę policyjną. Psycholog Barbara Stawarz tłumaczy jednak, że w pewnym stadium desperacji różnica wcale nie musi być tak wielka. - Jeśli ona rzeczywiście szybko potrzebowała takiej sumy, to nie dziwię się, że miała różne pomysły. Byś może ta kobieta jest jednak zaburzona psychicznie - ocenia. Zdaniem ekspertki, wrocławianka mogła przez jakiś czas mieć przekonanie, że te pieniądze posiadała. Stąd była tak przekonująca dla policji i mediów.
Jest też trzecia możliwość. Problemy finansowe na taką skalę mogą być zapalnikiem, który ujawni dotąd niezdiagnozowane zaburzenia psychiczne. - Taka presja, poczucie zagrożenia mogą wywołać jakiś rodzaj stanu psychozy, lub skłonić do realizacji pomysłów, które są całkowicie oderwane od rzeczywistości - tłumaczy psycholog.
O to, dlaczego wywołała tak wielkie zamieszanie chcieliśmy wrocławiankę zapytać sami. Od rana nie odbiera jednak telefonu kontaktowego, który przekazała mediom.
Media okazały się bezmyślne?
To nie jest jednak tylko opowieść o kłopotach finansowych, czy granicach wytrzymałości psychiki. Sprawa zaginionych we wrocławskim autobusie 450 tys. zł stawia także pytanie o to, co w takich sytuacjach powinny robić media. Gdyby dziennikarze nie uwierzyli jej na słowo, całego tego cyrku przecież by nie było. - My w ESKA jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że na początku postanowiliśmy z tym chwilę poczekać i sprawdzić na ile się da. Ale ta informacja pojawiła się bardzo szybko w innych mediach, które od razu jej zaufały. I gdyby ta informacja była prawdziwa, podanie jej jak najszybciej mogłoby bardzo pomóc - tłumaczy Piotr Bukowski.

Gdy podamy informacje, że ktoś zgubił jakieś pieniądze, większość będzie myślała, że to na pewno kłamstwo. Na przyszłość musimy więc zadać sobie pytanie, czy publikować takie doniesienia, czy też puszczać je mimo uszu.

Dziennikarz zdaje sobie sprawę, że teraz o mediach we Wrocławiu mogą mówić "drugi Sosnowiec", bo znowu wszyscy byli poruszeni sprawą, która okazała się nieprawdą. - Gdy podamy informacje, że ktoś zgubił jakieś pieniądze, większość będzie myślała, że to na pewno kłamstwo. Mając takie środki, jak policja bylibyśmy w stanie to zweryfikować, ale na to trzeba bardzo dużo czasu - mówi.
- Czy media padają ofiarą takich sytuacji? Na pewno. Jednak naszym zadaniem jest informowanie, przekazywanie tego, czy nasze źródła są wiarygodne. I w tej sprawie jedną stroną była ta pani, a drugą policja, która przyznała, że zajmuje się sprawą. Na przyszłość musimy więc zadać sobie pytanie, czy publikować takie doniesienia, czy też puszczać je mimo uszu - zastanawia się dziennikarz.
Takich wątpliwości nie ma jednak Barbara Stawarz. - Jeżeli media zaczną wszystkie tego typu sprawy głęboko weryfikować, mogą też negatywnie zweryfikować kogoś, kto naprawdę jest w potrzebie. Dziennikarze są od tego, by szybko przekazywać takie informacje, a od weryfikowania są inni. Oczywiście w przypadku Madzi z Sosnowca była już taka sytuacja, w której za pośrednictwem mediów jedna osoba postawiła na nogi całą Polskę, ale to tylko pomysły osób zaburzonych, które mają miejsce i się czasem powtarzają. Co nie znaczy, że media nie powinny ważnych informacji szybko nagłaśniać - ocenia psycholog.