
Mieszkanka Wrocławia, która twierdziła, że zgubiła w autobusie 450 tys. zł, nigdy ich przy sobie nie miała, co potwierdza monitoring z pojazdu, w którym miała je zostawić. Dlaczego media pozwoliły jej oszukiwać wszystkich, którzy chcieli jej pomóc i okazywali współczucie? - Wiem, że dziś nikt nam już w podobną informację nie uwierzy - mówi wrocławski dziennikarz.
Wówczas w jego redakcji od razu uznano, że to poważna sprawa i należy jej pomóc. Dziennikarze mieli wątpliwości, dlaczego wiozła prawie pół miliona złotych autobusem, ale była podobno tak przekonująca i tak szczegółowo wszystko opisywała, że trudno było jej nie uwierzyć. - Zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej. To była pani po 50-tce, zupełnie nie sprawiająca wrażenia osoby z problemami psychicznymi. Cały czas zastanawialiśmy się jednak, kto wozi taką kwotę autobusem, a nie chociażby taksówką - relacjonuje Bukowski.
Już we wtorek pojawiło się to więc w niemal wszystkich wrocławskich mediach. Wszyscy w materiałach zastanawiali się, jak to możliwe, że jechała z tymi pieniędzmi autobusem, ale jednocześnie bardzo jej współczuli.
Sprawa zaginionych we Wrocławiu 450 tys. zł jeszcze ciekawsza zrobiła się jednak w środę, gdy kobieta zadzwoniła do ESKI twierdząc, że zainteresowanie mediów musiało pomóc i jest szansa, że policja jej pieniądze wkrótce odnajdzie. - Powiedziała, iż dzwonili do niej z komendy, że w tym autobusie był monitoring i funkcjonariusze są na tropie osoby, która zabrała torbę. Skontaktowaliśmy się jednak z policją, by sprawdzić, czy ujawniając to, nie przeszkodzimy w śledztwie. I okazało się, że oni wciąż nic nowego nie wiedzą. A dziś rano poinformowali, że monitoring rzeczywiście był, ale reszta historii to już nieprawda - tłumaczy Bukowski.
Jeśli ona rzeczywiście szybko potrzebowała takiej sumy, to nie dziwię się, że miała różne pomysły. Byś może ta kobieta jest jednak zaburzona psychicznie.
Co innego dać fałszywe ogłoszenie o zgubieniu legitymacji, a co innego oszukać media w całym kraju i uruchomić potężną machinę policyjną. Psycholog Barbara Stawarz tłumaczy jednak, że w pewnym stadium desperacji różnica wcale nie musi być tak wielka. - Jeśli ona rzeczywiście szybko potrzebowała takiej sumy, to nie dziwię się, że miała różne pomysły. Byś może ta kobieta jest jednak zaburzona psychicznie - ocenia. Zdaniem ekspertki, wrocławianka mogła przez jakiś czas mieć przekonanie, że te pieniądze posiadała. Stąd była tak przekonująca dla policji i mediów.
To nie jest jednak tylko opowieść o kłopotach finansowych, czy granicach wytrzymałości psychiki. Sprawa zaginionych we wrocławskim autobusie 450 tys. zł stawia także pytanie o to, co w takich sytuacjach powinny robić media. Gdyby dziennikarze nie uwierzyli jej na słowo, całego tego cyrku przecież by nie było. - My w ESKA jesteśmy w o tyle dobrej sytuacji, że na początku postanowiliśmy z tym chwilę poczekać i sprawdzić na ile się da. Ale ta informacja pojawiła się bardzo szybko w innych mediach, które od razu jej zaufały. I gdyby ta informacja była prawdziwa, podanie jej jak najszybciej mogłoby bardzo pomóc - tłumaczy Piotr Bukowski.
Gdy podamy informacje, że ktoś zgubił jakieś pieniądze, większość będzie myślała, że to na pewno kłamstwo. Na przyszłość musimy więc zadać sobie pytanie, czy publikować takie doniesienia, czy też puszczać je mimo uszu.

