
Kaczyński raczej przestał wierzyć, że Solidarna Polska i Porozumienie pozwolą mu na uzyskanie większości konstytucyjnej, na co do 2019 roku prezes z pewnością pokładał nadzieje. Po to była mu koalicja ze skrzydłem fundamentalistycznym oraz skrzydłem liberalnym, by podjąć próbę realizacji scenariusza węgierskiego i zdobycia większości zdolnej do zmiany Konstytucji.
Wątpię jednak, by prezes PiS wciąż żył tym marzeniem. Zapewne już zrozumiał, że szczyt możliwości Zjednoczonej Prawicy to był 2019 rok. Potem widział, z jakim trudem Andrzej Duda tylko minimalnie powyżej poprzeczki wygrał wybory prezydenckie. Aktualnie najbardziej optymistyczny dla PiS scenariusz jest więc taki, że wyniki kolejnych wyborów pozwolą im na utrzymanie większości w Sejmie...
Na tym w ogóle polega cały problem Platformy, że kiedy Kaczyński rzuca im rękawicę, oni muszą ją podnieść. Już prędzej Lewica mogłaby w tej sprawie kręcić, ale ona nie ma żadnego znaczenia. Żeby osiągnąć tę większość potrzebną do rozwiązania Sejmu, muszą jednogłośnie zagłosować posłowie PiS i PO. Taki jest dziś układ sił w parlamencie...
Minister sprawiedliwości opowiada w wywiadach, że nieudane reformy sądów to wina Kancelarii Premiera, która kolejne etapy jego wspaniałych reform blokowała. Kaczyński oczywiście tej narracji przyjąć nie może, gdyż oznaczałoby to, że wyrzucić trzeba Morawieckiego i dać na jego miejsce jakiegoś polityka akceptowanego przez Ziobrę...